Felietony

Lato

fot. Krzysztof Bienkiewicz
fot. Krzysztof Bienkiewicz

Liczba trzy zawsze była moją ulubioną. Pod tym numerem najczęściej widniało moje nazwisko w szkolnym dzienniku. Kiedy jako dzieciak zaczynałem grać w piłkę, to na obronie i z tą cyfrą na koszulce. W tamtych czasach byłem też ministrantem, a że Jezus upadł trzy razy pod krzyżem… Młodzieńcze skojarzenia rządzą się swoimi prawami, a dorosły umysł wciąż propaguje tę liczbę. Nie z powodu filozofii Drogi Życia, według której wibracja tej liczby związana jest z artyzmem (ekskjuzmi, łat?). Ale głównie dlatego, że kiedy na prognozie pogody ta cyfra pojawia się z przodu zapowiadanej temperatury, to wiem, że nadchodzący dzień będzie wspaniały na rower.

Nie znam nikogo, kto by miał podobnie. I nikt nie podziela mojej ekscytacji względem zapowiedzianych upałów. Ale kiedy pani pogodynka ostrzega przed temperaturowym Armagedonem, pan Krzysztof zaciera dłonie i smaruje łańcuch, szykując się na długi wypad. I żadne tam 6 rano albo po zachodzie Słońca. Bang, centralnie w południe i bum, w sam środek dnia, prosto w największy żar hutniczego pieca.

Sytuacja sprzed kilku dni, kiedy cała Polska już zaczynała myśleć o zarzynaniu baranów na ofiarę bóstwom Słońca, by je trochę przygasili. 12:27. Wsiadam, ruszam, przejeżdżam kilkaset metrów. Na oponach czuję dziwną miękkość. No przecież dobijałem do ośmiu atmosfer tuż przed wyjściem, zaraz pod domem złapałem gumę? Staję, sprawdzę, opony twarde jak kamień. To nie one, to asfalt. Rozgrzany słońcem w zenicie delikatnie ugniata się pod ciężarem ciała, pomimo, że jego BMI od trójki (na szczęście) jeszcze się nie zaczyna. Jadę. Grzeje. Choć ja tego nie czuję. Kiedy kręcisz, pęd powietrza niweluje napór ognistego powietrza. Znów sygnał z dołu ciała. Pieką stopy. Za mocno zacisnąłem SPDy? Przecież zawsze robię to w taki sam sposób. Ponownie, to temperatura, która już na samym początku jazdy nagrzewa stopy do tego stopnia, że pęcznieją w butach i zaczynają piec od spodu. Za chwilę pewnie pot, pomimo bandany, zaleje okulary. A owijka kierownicy rozgrzeje się tak, że trzeba będzie częściej przekładać dłonie. Uśmiecham się, jadę dalej i zaczynam czuć to, co powoduje, że tak to lubię. Miękkość. Otacza mnie rozgrzana miękkość. Lubię jeździć w takim ciepłym kokonie, on mnie nigdy nie osłabia, a wręcz powoduje ekscytację.

Tego dnia wyjeżdżałem z miasta odcinkiem biegnącym między warszawskimi mostami, Grota oraz Północnym. Tam zawsze jest intensywnie na początku lata, kiedy trawy są jeszcze nieskoszone. Trasa biegnie wałem i z obu stron ciągną się chaszcze. Te po lewej są na wysokości ramion, te po prawej na wzniesieniu, więc jeszcze wyżej i sięgają powyżej głowy. Jadąc tamtędy, znajdujesz się w paranormalnym parotunelu. Krzaki zbierają gorąc i poruszane wiatrem, raz po raz uwalniają ją wprost na ścieżkę. Odczuwa się to tak, jakbyś przez parę kilometrów jechał pomiędzy szpalerem leżących na boku lokomotyw, które stale buchają na ciebie gorącą parą z kominów. Temperatura ponad 30 stopni, wiatr prawie 30 kilometrów, który te 30 stopni wciska w twoje ciało, podgrzewając jego temperaturę do okolic 40 C.

I ponownie, to dziwne, ale ja wtedy naprawdę dobrze się czuję. Choć płonę, to płynę. W całości i w momentach. Bo w trakcie jazdy wiatr chłodzi i nie czuć żaru czy parnoty. Ale kiedy staję, mam wrażenie, że całe moje ciało jest owinięte w płonącą od środka folię. I wtedy zawsze mam to samo odczucie i jednakową myśl. “Matko, ale grzeje. Boże, jak ja to uwielbiam”.

A kiedy w końcu wyjedzie się poza miasto, to wjeżdża kolejny wymiar lata. Organiczność. Ona jest jednym z elementów, który tworzy intensywność doświadczenia jazdy o tej porze roku. Wiatr w uszach, ciepło na skórze, pęd jazdy na klatce piersiowej. Zapach suchych szyszek w lesie, powiew dojrzewających owoców w sadach. Wszystkie trzmiele, odbijające się od przedramion, chmury niewidzialnych muszek, wpadających na okulary, bliżej nieokreślane stworzenia, które raz na jakiś czas wypluwasz z ust. Kiedy tak grzeje, naturalnie muszę łapać głębsze hausty powierza, ale na niektórych odcinkach się nie da, bo chmary owadów, jakby niewidzialną dłonią rzucane na mnie garściami, napierają na twarz mocniej, niż tłumy klientów na Biedrę w trakcie przed-majówkowej promocji na browar i kiełbe z grilla.

No i szosowcy. Ziomki, koledzy, kolarze. Jechałem niedawno trasą pod Warszawą i minęła mnie grupa składająca się z około piętnastu osób. Od razu widać, że przysłowiowe konie. Bez kropli potu na czole objechali mnie z taką prędkością i lekkością, że nawet gdybym miał wypruć płuca, zerwać mięsień dwugłowy, czworogłowy i półścięgnisty również, to i tak bym ich nie dogonił. A oni tylko śmignęli i popłynęli dalej. Patrzyłem na oddalający się mini-peleton bez cienia frustracji czy zazdrości. W mym odczuciu zagnieździło się bardziej niedowierzanie, że tak szybko można jeździć na rowerze oraz zachwyt, jak oni pięknie wyglądali w tym oddalającym się poza horyzont szpalerze.

Chwilę później mijałem pole zboża. Obróciłem w głowę w prawo i jechałem patrząc przez chwilę na kłosy. One zaś przesuwały się przed moim oczami równą linią jednolitego koloru. A cała ta przestrzeń delikatnie falowała, jak spokojne morze, obserwowane z poziomu wody.

I te wiejskie sklepy, gdzie siedząc na rozgrzanym krawężniku jesz wczorajsze drożdżówki. I te miejskie ścieżki, gdzie czujesz perfumy dziewczyn mijanych w drodze powrotnej. I te dwie myśli podsumowujące jeden dzień obrazujący całą porę roku. Kolarstwo jest piękne. Lato jest wspaniałe.

To Top