Świat

Barometr Giro d’Italia. Emeryt wraca do gry, zagadkowy Mathieu van der Poel

Domenico Pozzovivo
Domenico Pozzovivo / źr. Intermarche - Wanty

Poniedziałek był dla Giro d’Italia dniem przerwy przed finałowymi, decydującymi o losach klasyfikacji generalnej etapami. To dobra okazja, by podsumować wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, a przede wszystkim – przyjrzeć się, kto swoją formą zdaje się pikować, a kto błyszczy… na nieco innych polach.

Po 15 etapach zmagań “na papierze” sytuacja w “generalce” wydaje się być wręcz… nudnie przewidywalna. Prowadzi bowiem murowany faworyt, typowany do wygranej jeszcze przed wyścigiem – Richard Carapaz (Ineos Grenadiers). “Wejście smoka” zanotował w Corsa Rosa Mathieu van der Poel (Alpecin-Fenix), który wygrał etap i nosił koszulkę lidera imprezy, a przełomowy sukces odniósł Biniam Ghirmay (Intermarche-Wanty), wygrywając swój pierwszy etap Grand Touru. Im dalej w las, tym jednak ciekawiej, ale… nie uprzedzajmy faktów.

A mógł być na emeryturze

Domenico Pozzovivo, bo o nim mowa, to jak dotąd zdecydowanie największa niespodzianka wyścigu. 39-letni zawodnik, który na początku roku pozostawał bezrobotny zyskał angaż w Intermarche-Wanty. Przed startem Giro można było uznawać go za kandydata do walki o etapowe zwycięstwo, ale rutyniarz, który mógł już nawet zakończyć karierę przerasta jakiekolwiek oczekiwania. W klasyfikacji generalnej jest piąty i ma realną szansę, by wspiąć się nawet na podium, tym bardziej, że ostatni tydzień zmagań będzie bardzo trudny, co sprzyja jego predyspozycjom. A wszystko to nie tylko po wspomnianym okresie “bezrobocia”, ale i poważnym wypadku, w którym ucierpiał przed kilkoma laty.

Stary “Rekin” i może

Czwartego dnia rywalizacji, gdy Vincenzo Nibali zanotował straty na stokach Etny, a po finiszu ze łzami w oczach zapowiadał, że to jego ostatnie Giro w karierze można było spodziewać się, że skupi się na walce o etapowe zwycięstwo, które pozwoli mu pożegnać się z wyścigiem w wielkim stylu, podobnym do tego, w jaki karierę kończył Alberto Contador, wygrywając na Angliru. I faktycznie, “Rekin z Mesyny” szukał szans na to, by ruszyć w odjazd, ale wydarzenia kolejnych dni sprawiły, że dość nieoczekiwanie… wrócił do gry. I co więcej – nie było to dzieło przypadku, czy skutek udanego odjazdu, który pozwolił mu w sposób kontrolowany przez czołówkę odrobić parę minut. Enzo jest w tym wyścigu jednym z najmocniejszych. A mając w pamięci, że “trzecie tygodnie” wychodzą mu zazwyczaj najlepiej, może być naprawdę ciekawie.

Warto odnotować, że gdyby udało mu się wygrać wyścig (aktualnie do lidera traci sporo, bo prawie trzy minuty, ale… nie takie rzeczy już świat widział) byłby jego najstarszym triumfatorem w historii.

Mathieu “na plus”, ale…

Holender zaczął wyścig zgodnie z planem – wygrał pierwszy etap i przez cztery dni był liderem zmagań. Wydaje się jednak, że z trudami trzytygodniowej rywalizacji radzi sobie średnio. I nie wynika to z faktu, że z czasem zaczyna słabnąć – wciąż jest aktywny, atakuje i szarpie. Jego ruchy czasami sprawiają jednak wrażenie… niezbyt przemyślanych, chaotycznych. Wygląda to trochę tak, jakby sam wierzył w typowania ekspertów, dla których bywał kandydatem do wygranej w 2/3 z przejechanych już etapów. Jeździ tak, jak lubi – jakby jutra miało nie być, ale w Grand Tourach o to właśnie chodzi, by wiedzieć, kiedy wyhamować, by później móc uderzyć ze zdwojoną siłą.

Mathieu sporo zamieszania robi jednak w social mediach. W niedzielę “rozgrzał” Włochów pozując z pizzą i prowokacyjnym pytaniem o… ananasa, co dla purystów uważane jest za zbrodnię.

Carapaz i znak zapytania

Jak już pisałem – przed startem wyścigu Ekwadorczyk uznawany był za głównego faworyta i póki co faktycznie prowadzi, choć… wydaje się, że czeka go nie lada gimnastyka, by różowy trykot obronić. Sobotni, “przestrzelony” atak prawie 30 kilometrów od mety z pewnością kosztował go sporo sił, ale kto wie, czy istotniejsze nie było to, co wydarzyło się wcześniej – BORA-hansgrohe zdołała odizolować go od wszystkich pomocników i pokazała, że w kluczowych momentach będzie prawdopodobnie musiał liczyć tylko na siebie. Czy podoła temu wyzwaniu?

“Landismo” na kolejnym zakręcie

Trudno znaleźć kibica, który (nawet po cichu) nie sympatyzowałby z Mikelem Landą. Zbudowana wokół niego otoczka daje iluzję, że mamy do czynienia z zawodnikiem od lat odgrywającym w Grand Tourach kluczowe role. I faktycznie tak jest, ale tylko, jeśli pod uwagę weźmiemy dramaturgię. Miejsc na podium klasyfikacji generalnej ma bowiem tyle, co Rafał Majka – jedno.

W miniony weekend Hiszpan odstawał nieco od najlepszych i póki co nie wygląda na to, by mógł nawiązać walkę z Richardem Carapazem czy depczącym mu po piętach Jai’em Hindley’em. Kto wie jednak, być może to jest właśnie “ten” wyścig?

To Top