Polska

Piotr Zelt: Pozytywne myśli

Piotr Zelt
Piotr Zelt / fot. archiwum prywatne

To zwykle dzieje się bez planu. To zawsze zdarza się poza moją kontrolą. Idę czegoś posłuchać, w trakcie pada kilka zdań, instynktownie rodzi się we mnie chęć odbycia  rozmowy. Kiedy więc Piotr Zelt, aktor filmowy i teatralny, wykładowca Szkoły Filmowej Macieja Ślesickiego i Bogusława Lindy, na zorganizowanych niedawno targach Bike Expo powiedział do mikrofonu, że na rowerze dużo myśli i kolarstwo pomogło mu w zmaganiu się z chorobą, wiedziałem, że po zakończeniu rozmowy podejdę i zapytam się o możliwość przeprowadzenia wywiadu. Spotkaliśmy się kilkanaście dni później w warszawskiej kawiarni. Zamówiliśmy kawę, usiedliśmy przy stoliku i przy akompaniamencie gwaru rozmów oraz brzęku filiżanek, porozmawialiśmy o myślach towarzyszących jeździe na rowerze, o esencji zawodu aktora i o tym, dlaczego przyznanie się do słabości tak naprawdę jest dowodem siły.

Piotr Zelt

Krzysztof Bienkiewicz: Na targach Bike Expo podszedłem do pana po panelu o nazwie “Kolarstwo zaczyna się po 40-tce”. Czy wtedy, kiedy z przodu pojawiła się czwórka do pana życia zawitało kolarstwo?

Piotr Zelt: Tak, choć rower szosowy pojawił się w moim życiu już wcześniej. W mojej rodzinie nie było żadnych koneksji z kolarstwem, ale pod koniec szkoły podstawowej zapragnąłem mieć rower szosowy, model Jaguar. To były inne czasy i wtedy taka maszyna była wręcz nieosiągalna, ale mój wspaniały dziadek jakiś cudem go dla mnie załatwił. To był rower z przerzutkami Favorit, NRDwoskimi szytkami Garmina, które były bardzo trudno dostępne. Kiedy się zepsuły sam je łatałem, zaszywałem, naklejałem na obręcz. Roboty było przy tym co niemiara, ale rower był wspaniały. Potem jednak go zarzuciłem. Sam już nie pamiętam dlaczego. Myślę, że naturalnie nadszedł etap życia, w którym inne sprawy mnie interesowały. Ten rower stał więc i kurzył się w garażu. A potem stała się rzecz straszna. Rower miał zdjęte koła i moja mama w jakimś szale porządków wystawiła Jaguara za bramę uznając, że jest popsuty. To się stało w trakcie mojej nieobecności. Ja wtedy już nie mieszkałem w domu, ale kiedy przyjechałem i o wszystkim się dowiedziałem, to głęboko przeżyłem tę stratę. (śmiech) I później nie było kolarstwa w ogóle.

Powrót nastąpił po latach?

I to wielu. Zaczęło się od tego, że kilka lat temu na warszawskim Wilanowie pojawiły się ustawki rowerowe. Tak się składa, że dosyć blisko kumpluję się z Mikołajem Pytlem, byłem kolarzem, obecnie szefem sklepów Air Bike, znanym w internecie jako Król Rowerów. Często bywałem u niego często w sklepie, kupowałem różne rowery, MTB, rower dla córki, ale na “szosę” wtedy jeszcze nie patrzyłem. Z czasem staliśmy się kumplami i mimowolnie zaczęliśmy się również inspirować. Ja już wtedy rozpocząłem moją przygodę z hokejem, Mikołaj zainteresował się moim sportem, a ja z kolei stwierdziłem, że może bym wypróbował kolarstwo szosowe i tak się zaczęło. Na początku wypożyczyłem u niego rower i pojechałem na ustawkę. Pierwszy wyjazd był ciężki. Pomimo, że grupa była średnio zaawansowana, to jednak tempo było dla mnie zbyt ostre, zostałem z tyłu grupy i oddychałem rękawami. Ale pomimo tego niezwykle mi się spodobało, kupiłem używanego Cannondale’a i zacząłem regularnie jeździć. Najpierw na ustawki, ale też sam i wtedy bardzo polubiłem również tę druga opcję. Jazda w pojedynkę to dla mnie fantastyczne przeżycie, gdyż wtedy mam czas tylko dla siebie. Na wsłuchanie się w mój organizm, na walkę ze swoją niemocą lub słabościami. To także czas na przemyślenia, na wewnętrzne wyciszenie się. Ja to porównuję do rodzaju medytacji, ponieważ w trakcie jazdy samemu przebywa się ze swoimi myślami i poprzez powtarzalność ruchów ciała wpada się w swoisty rytm.

O czym pan myśli jeżdżąc na rowerze?

Nie ma tutaj ograniczeń tematycznych. Myślę o sprawach zawodowych, rodzinnych. Czasami mam jakieś przemyślenia, które idą dalej, szerzej i dotyczą kondycji świata, jak na nim funkcjonujemy, jak traktujemy przyrodę. Wysiłek fizyczny wykonywany na rowerze sprzyja myśleniu, obcowaniu z obserwacjami czy refleksjami i bardzo sobie cenię ten czas.

A czy nie jest tak, że wysiłek fizyczny dokonuje naturalnej selekcji myśli, rzekłbym odsiewa plewy, i na rowerze wyciąga się esencję zaistniałych w trakcie jazdy myśli czy refleksji?

Zdecydowanie tak. Tu się nawet trochę poprawię względem tego, co powiedziałem wcześniej nt. ograniczeń w myśleniu. One jednak są, ale w tym sensie, że myślenie w trakcie jazdy na rowerze jest przede wszystkim pozytywne. Tam nie ma negatywnych myśli.

Ale życie niesie różne sytuacje, również te mało przyjemne.

To prawda. Może to jest kwestia endorfin, które się wydzielają w trakcie ruchu fizycznego, ale jadąc na rowerze nie mam dołujących myśli.

Nawet jeśli się pan np. rano pokłóci się z kimś, to nie powraca pan do tego w trakcie popołudniowego wypadu?

Nie przypominam sobie takich sytuacji. Kiedy wsiadam na rower, następuje przejście w inny, bardzo pozytywny wymiar. Mam nawet taką myśl, że resetowanie głowy o którym wiele osób mówi w kontekście tej czynności, nie stoi w sprzeczności z tym, że ja w trakcie jazdy dużo myślę, ponieważ jak mówię, to myślenie jest pozytywne. Pojawiają się optymistyczne wnioski czy refleksje i to ostatecznie oczyszcza mój umysł. Układ oddechowy również. (śmiech)

Powiedział pan, że lubi jeździć zarówno w pojedynkę, jak i w grupie? Czym to się dla pana różni?

To są zupełnie dwie inne sytuacje. Uwielbiam samemu jeździć, bo wtedy to jest czas tylko dla mnie, a w grupie jest fajnie, ponieważ w tym przypadku jeżdżenie jest bardziej zadaniowe. Trzeba się pilnować, jak się jedzie z tyłu, zmieniać prowadzącego, kiedy ktoś się zmęczy z przodu, dawać znaki, kiedy jest się na czele grupy. Wtedy to jest praca zespołowa w trakcie której często włącza się także element mikro rywalizacji. Pomimo, że jedziemy dla przyjemności bądź w ramach amatorskiego treningu, to często ktoś wychodzi na przód, chce narzucić swoje tempo, pokazać, że jest silniejszy albo sprawdzić, czy się utrzymasz. I to też jest bardzo fajne.

A co pan zwykle czuje po jeździe?

To jest strzał pozytywnej energii oraz euforii. Oczywiście czasami pojawia się zmęczenie fizyczne, ale najwięcej jest w tym błogości, którą uwielbiam. Moja partnerka zwraca na to uwagę. Ona wie, że bywam nerwowy, nadpobudliwy lub wybuchowo reaguję bez powodu i kiedy to się dzieje, Kasia zwykle mi mówi “idź na rower”. (śmiech). Ona wie, że po jeździe jestem fantastycznie uregulowany, pogodny, uśmiechnięty, wyluzowany. Po rowerze duż lepiej funkcjonuję dla otoczenia. Poza tym aktywność fizyczna, w tym rower, jest jedną z tych czynności, która otwiera mi głowę na nowe pomysły. Jestem bardziej kreatywny, mam więcej inwencji np. dotyczącej mojej pracy, rozwiązań scenicznych. Kiedy pracuję nad rolą, to kreatywne pomysły dotyczące roli przychodzą mi do głowy zarówno na rowerze, jak i po zakończeniu jazdy.

Ja po każdej jeździe czuję bardzo intensywną klarowność myśli, jakbym wypił milion nieszkodliwych dla żołądka kaw.

Tak, i to jest fantastyczne, bo dzięki temu mam poczucie, że dużo lepiej funkcjonuję na moim poletku zawodowym. Mam większą kreatywność i ciekawsze pomysły. Nasze ciało to tablica Mendelejewa. Podczas wysiłku fizycznego uwalniają się różne substancje chemiczne i to bardzo korzystnie wpływa na nasze funkcjonowanie.

Piotr Zelt

Jest pan wieloletnim ambasadorem kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. Czy rower pomógł panu w zmaganiu się z tą chorobą?

Z pewnością. Z tym że z depresją jest tak, że nie da się jej wyleczyć przez samą aktywność fizyczną. Kiedy pojawia się ten stan, jest potrzebna pomoc bądź psychiatry bądź psychoterapeuty. Często również konieczna jest farmakoterapia. Natomiast później rower bardzo pomaga w utrzymywaniu tego zdrowego poziomu i powstrzymywaniu ewentualnych nawrotów depresji. Ja zawsze byłem bardzo aktywny fizycznie, ale w momentach, w których miałem incydenty depresyjne, zaprzestawałem uprawiania sportów, co było też dowodem poważnego problemu. Kompletnie nie miałem wtedy chęci na jakikolwiek ruch. Nie miałem energii do podjęcia nawet podstawowych czynności życiowych, co jest charakterystyczne dla depresji. Dlatego też w takiej sytuacji ludzie często się zaniedbują, przestają cokolwiek wokół siebie robić. To jest okropne uczucie, bo ma się wrażenie, że nie ma się fizycznie sił do podjęcia najprostszych czynności, a to wszystko jednak idzie z głowy. Osoba, która ma problem z depresją i ta choroba się u niej rozwinęła, nie będzie w stanie wybrać się na rower ani wykonać efektywnego treningu. W momencie, kiedy zaczyna wsiadać na rower, to znaczy, że to jest już w miarę uregulowane i zaleczone. I właśnie na takim etapie rower czy inna aktywność fizyczna pomaga utrzymywać się w dobrej formie i na fajnym poziomie funkcjonowania. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek doświadczenia ze stanami depresyjnymi, to polecam aktywność sportową, a szczególnie rower. Jest on fantastyczny, gdyż ma duże wartości terapeutyczne. Są nimi powtarzalność ruchu, czyli poruszanie się w przewidywalnym rytmie, obcowanie ze swoimi myślami, przyrodą. Można też być w kontakcie z ludźmi i pojechać na ustawkę z grupą innych kolarzy, co również jest świetnym przeżyciem.

Jaki był odzew na pana udział w kampanii “Twarze depresji”?

Z mojego środowiska zawodowego nie odebrałem żadnych negatywnych sygnałów. Wręcz odwrotnie, raczej parę osób to ośmieliło. Zwróciły się do mnie mówiąc, że też mają problem, chcieli się poradzić, pytali czy mogę do kogoś ich skierować. Po cichu, na ucho, ale przyznali się do problemu, czyli cel został osiągnięty. Ja właśnie dlatego zdecydowałem się na udział w kampanii, żeby oswajać temat, żeby ośmielić ludzi, żeby poszukali pomocy medycznej, jeżeli mają taki problem. Zaś wśród moich bliskich reakcje były dwojakie. Moja mama i siostra widząc, co się ze mną dzieje, nakłoniły mnie, żebym poszukał pomocy medycznej. To ważne, gdyż osoby z najbliższego otoczenia są kluczowe we wspieraniu czy nakłanianiu do poszukania pomocy. I tak się zdarzyło w moim przypadku. Ale np. mój ojciec, który wywodzi się z innego pokolenia, podszedł do tego nieufnie, z niechęcią, no bo „jak to psychiatra, a co ty, wariat jesteś?”. Z jego strony spotkałem się z mniej pozytywnym odbiorem. On nie odważył się skrytykować tego wprost, ale wiedziałem, że nie popiera mojego działania i ma obawy związane z tym czy nie zacznę być postrzegany w sposób niewłaściwy lub dla mnie niekorzystny. Po jakimś czasie jednak mu przeszło. Zobaczył, że nic szczególnego się nie dzieje, że nie ma to wpływu na moją pracę. Ja zawsze byłem punktualny i wywiązywałem się z moich obowiązków, nawet jeśli miałem gorsze dni. Zawsze byłem w stanie się zmobilizować i pojawić się na planie czy scenie, więc nawet po moim upublicznieniu choroby okazało się, że w moim środowisku zawodowym nie było obaw że nie dam rady, coś nawalę czy trzeba mnie omijać szerokim łukiem. Nawet po zaangażowaniu się w kampanię niczego takiego nie odczułem.

Czy mężczyźni cały czas mają ograniczenia w rozmawianiu o emocjach? Ja mam wrażenie że tak i że te blokady wynikają głównie z obawy przed oceną, że zostanie to odebrane jako słabość.

To wciąż pokutuje. Dlatego też twardo i konsekwentnie trzymam się postanowienia, żeby oswajać i nagłaśniać ten problem w społeczeństwie. Wydaje mi się, że na tym polu wciąż jest bardzo dużo pracy do wykonania. Cały czas funkcjonują stereotypy, że facet powinien być silny i twardy.

To nie wyklucza tego, że może być też emocjonalny czy wrażliwy.

Dokładnie. To jednak wciąż jest postrzegane zero-jedynkowo. Ja uważam, że jeżeli coś się z człowiekiem dzieje, to przyznanie się i poszukanie pomocy jest dowodem siły i odwagi, a nie słabości. Trzeba pamiętać o tym, że depresja nie dotyka tylko nas, osoby bezpośrednio chorujące, ale całe nasze otoczenie. Ono ponosi tego konsekwencje, gdyż musi funkcjonować z takim człowiekiem, co często nie jest łatwe. Jeżeli więc zaczynamy robić coś w kierunku leczenia, próbujemy wziąć się za bary z problemem, to nie robimy tego tylko dla siebie, ale również dla naszych bliskich. Takie osoby powinny być podwójnie zmotywowane do tego, żeby walczyć z tą chorobą, poszukać fachowej pomocy i się leczyć.

Jakie są według pana mylne wrażenia nt. znanych aktorów? Czego ludzie nie wiedzą o osobach z pierwszych stron gazet?

Tego, że borykamy się z takimi samymi problemami, jak większość społeczeństwa. Wbrew wyobrażeniom wielu z nas nie zarabia w Polsce kolosalnych pieniędzy. To często są przyzwoite zarobki, ale nierzadko są również średnie i niejednokrotnie zdarzają się okresy, kiedy ich nie ma w ogóle. Aktorstwo to jest kapryśny zawód. Są okresy, kiedy zarabiamy dobrze, a chwile później przez parę miesięcy nie zarabiamy nic, więc nie jest tak łatwo i różowo. Ludzie nie rozumieją też tego, że to jest zawód. Aktorstwo to profesja, jak każda inna i trzeba się jej nauczyć. Ona rządzi się pewnymi określonymi prawami i aby ją dobrze wykonywać trzeba posiąść pewne umiejętności techniczne, tak jak w każdym innym zawodzie. Ten przysłowiowy talent jest gdzieś na końcu. To jest przede wszystkim rzemiosło. Stolarz, hutnik, lekarz, adwokat musi znać się na swoim fachu, musi posiąść wiedzę i pewne umiejętności. Tak samo jest z aktorstwem.

W jaki sposób wyrabia się rzemiosło aktorskie? Jakie dokładnie umiejętności rozwija się przyuczając do tego zawodu?

Tu zawiera się mnóstwo aspektów. Pracujemy nad kwestiami technicznymi, takimi jak dykcja, emisja głosu czy umiejętność oddychania, ale jesteśmy też kształceni w kierunku uwalniania emocji. Często skrajnych emocji. Aktorstwo nie polega na udawaniu, tylko na prawdzie. W fikcyjnej rzeczywistości musimy sprzedać prawdziwe emocje, bo tylko wtedy to działa na widza. Wymaga to najtrudniejszego ekshibicjonizmu, czyli emocjonalnego. Trzeba pokazać swoje prawdziwe emocje w danych sytuacjach. Dlatego Hamleta gra się co jakiś czas na nowo. Każdy Hamlet jest inny. Każdy aktor inaczej interpretuje tę postać. Co innego znaczą problemy Hamleta dla każdego z nas. Uwalnianie emocji można wytrenować, tak jak w sporcie można wyćwiczyć technikę biegu przez płotki czy skoku wzwyż. W procesie uczenia w szkole aktorskiej robi się różne ćwiczenia na emocje, żeby nastąpiło coś, co ja nazywam “wyjmowaniem z szuflady”. Chodzi o to, żeby aktor miał w zasobach mechanizm szybkiego uruchomienia danej emocji. Uczymy się umiejętności żonglowania emocjami, aby być w stanie przeprowadzić tzw. przebieg psychologiczny postaci. Budując daną rolę należy posiąść pewną “nadwiedzę”, która wykracza poza to, co jest w scenariuszu. Na zajęciach często prosi się studentów, żeby napisali życiorys przydzielonej im postaci. Chodzi o to, żeby zbudować wiedzę o tym w jakich warunkach bohater się wychowywał, czy ojciec go bił, czy był molestowany, a może był maminsynkiem lub przysłowiowym pączkiem w maśle. To wszystko ma wpływ na to, jak się buduje rolę. Szukamy więc informacji o tym, co się zdarzyło “przed” scenariuszem.

Czy zdarzyło się panu wyjmować coś z przytoczonej przed chwilą szuflady również w życiu prywatnym? Czy stosował pan techniki aktorskie poza pracą, na przykład chcąc zrobić wrażenie na kobiecie, która się panu podobała?

Świadomie nigdy tego nie robiłem, natomiast podświadomie pewnie każdy z nas to czyni, niezależnie czy jest aktorem czy nie. Na pewnym etapie poznawania się i stroszenia piórek, często przyjmujemy pewną pozę, kiedy chcemy zdobyć osobę, która jest dla nas atrakcyjna. Jednakże ja mam wrażenie, że przedstawiciele mojego zawodu są mniej skłoni do “aktorzenia” w życiu prywatnym. My jesteśmy bardziej świadomi tych mechanizmów, a także przez to, że ze względu na charakter naszej pracy my często jesteśmy kimś innym. Grając postać wchodzimy w czyjeś buty i dlatego aktorzy w prywatnym życiu chcą być sobą, tęsknią za realnym światem, także w emocjach.

Oprócz bycia sobą, co by pan powiedział, że jest w życiu ważne?

Ważne jest, żeby być wiernym sobie i realizować marzenia. Nauczyć się słuchać siebie, rozpoznawać co jest dla nas ważne i odpychać to, co jest nieistotne. Unikać ludzi oraz sytuacji, które są dla nas toksyczne. No i działać. Starać się wdrożyć w życie myśli, które przechodzą nam przez głowę. Oczywiście nie da się zrealizować absolutnie wszystkiego, ale trzeba próbować i to jest bardzo ważne. Żeby cały czas wyznaczać sobie cele, mieć nowe pomysły. Wtedy się nie starzejemy. Jednocześnie dobrze pamiętać o tym, że nie ma co się unieszczęśliwiać czy biczować, jeśli wszystkiego nie uda się zrealizować. Ja np. cały czas marzę o tym, żeby zdobyć licencję lotniczą. Zawsze chciałem być pilotem. Teraz są takie możliwości, że można zdobyć uprawienia na małe, cywilne samoloty. Cały czas o tym myślę, choć licznik bije i PESEL jest, jaki jest. Proces szkolenia jednak trwa trochę długo. Trzeba temu poświęcić sporo czasu oraz pieniędzy, ale wciąż myślę, że to jest jeszcze przede mną. Jeśli jednak nie uda mi się tego zrealizować, to nie będę z tego powodu nieszczęśliwy. Bardzo wiele rzeczy w życiu już mi się udało zrobić i osiągnąć. Choć na pewno jeszcze wyznaczę sobie nowe cele. (śmiech)

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

To Top