Świat

“Zemsta” Thibaut Pinot. Wielki powrót Francuza

Thibaut Pinot
Thibaut Pinot / fot. Groupama / FDJ

Thibaut Pinot (Groupama-FDJ) wygrał finałowy, piąty etap Tour of the Alps. Zrobił to niespełna dobę po druzgocącej porażce, gdy Miguel Angel Lopez wyprzedził go na ostatnich metrach czwartkowego odcinka. Zaliczył tym samym pierwsze zwycięstwo od ponad 1000 dni!

Pinot przeszedł długą drogę od człowieka chcącego rzucić rower bezpośrednio po kontuzji, jakiej doznał podczas Tour de France 2019. Jak mówił, nie mógł nawet patrzeć na rower, a powrót do treningów przyszedł mu z wielkim trudem. Nie poddał się jednak: wierzył, że będzie w stanie znów znaleźć się na poziomie, dającym mu możliwość walki z najlepszymi.

Potrzebował ku temu prawie trzy lata, ale… zrobił to! Podczas Tour of the Alps prezentował się znakomicie, a na czwartym etapie pojechał w ucieczce dnia, bijąc się o zwycięstwo etapowe. Ostatecznie jednak go nie wywalczył: w dramatycznych okolicznościach został w końcówce wyprzedzony przez Miguela Angela Lopeza. Na finiszu nie mógł się pozbierać. Przerwał rozmowę z mediami, płacząc. Wieczorny komunikat prasowy był jednak pełen optymizmu: drużyna deklarowała, że Thibaut czuje się dobrze, a piątek będzie dniem walki o wymarzony, wyczekiwany triumf.

Tak też się stało. Pinot jechał, jakby był to ostatni wyścig jego kariery. Od początku w ataku, nie oglądając się na innych, dyktując zabójcze tempo. Przetrzymać je był w stanie tylko David de la Cruz, ale i on w końcu musiał się poddać. Francuz jechał nie tylko po miejsce na podium: jechał po przełamanie, po nowe otwarcie, po “przewrócenie tej zasr***** strony”, która otworzyła się w momencie kontuzji na trasie “Wielkiej Pętli”. Gdyby był Polakiem, pewnie grałoby mu w uszach “Gdyby miało nie być jutra” Pezeta.

Zamiast tego w uszach rozbrzmiewał mu pewnie za to wściekły krzyk dyrektora sportowego, wraz z którym krzyczała cała kolarska Francja, której Pinot jest pupilem. To też musiało go nieść. I poniosło, choć jak na kolarza z Lure przystało, nie obyło się bez dramaturgii, gdy na ostatnim zjeździe De la Cruz go dopędził. Grunt jednak, że wszystko skończyło się szczęśliwie.

W końcu. Po latach udręk.

To Top