Świat

“Wszystko, albo nic”. Nowa generacja bohaterów szosy

Richard Carapaz
Richard Carapaz / fot. Ineos Grenadiers

Richard Carapaz wygrał sobotni etap Volta a Catalunya po ataku, liczącym około… 130 kilometrów. Jak sam mówił, już przed etapem wiedział, że on i ekipa zagrają o pełną pulę. Wyczyn Ekwadorczyka to kolejny dowód zmian w kolarstwie i powrotu do pięknej, agresywnej jazdy.

Z niekłamaną radością można przyjmować to, co stało się w ostatnim czasie z kolarstwem. Nowa generacja bohaterów, której “okrętami flagowymi” są Wout van Aert czy Mathieu van der Poel wniosła do rywalizacji nie tylko powiew świeżości, ale i niesłychaną wręcz fantazję. To, co dzieje się w tym roku jest tego potwierdzeniem.

Niemal każdy z zawodników ze ścisłego topu popisał się już w ciągu tych niecałych trzech miesięcy szaleńczym na pozór atakiem, który przekuł w wielki triumf. Tak zrobił MvdP (w piątek, podczas Settimana Internazionale Coppi e Bartali), Van Aert (wygrywając E3 po akcji w duecie z Christophem Laporte), czy Tadej Pogacar, by wspomnieć tu chociażby Strade Bianche i jego 50 kilometrów “solo”.

Do elitarnego grona dołączył w sobotę Carapaz. Mistrz olimpijski razem z Sergio Higuitą, “Monsterem” z BORA-hansgrohe 130 kilometrów od finiszu dali rywalom pstryczek w nos i… odjechali w siną dal. Wygrali z prawie minutową przewagą. Po latach nudnej, schematycznej jazdy, której sukcesy opierały się w dużej mierze na wysiłkach całych drużyn – to jak łyk świeżego powietrza.

“Planowaliśmy powalczyć o wszystko, albo nic” – mówił Ekwadorczyk na mecie. Ekwadorczyk, który swoimi spektakularnymi sukcesami łamie stereotypy, do których jako obywatel tego kraju zdążył się już przyzwyczaić. Mówił po triumfie w Giro d’Italia, że “pochodzi z kraju o kulturze klęski”, gdzie do samego końca Corsa Rosa powątpiewano, że jego sukces jest realny. Teraz burzy mity, jakie przez lata w jego ojczyźnie narosły.

To Top