Felietony

Marco Pantani: bohater, czy oszust?

Marco Pantani
Marco Pantani / fot. Wikimedia Commons

14 lutego to – jak wiadomo powszechnie – święto zakochanych, którym patronuje św. Walenty. Ten sam biskup jest jednak również obrońcą przed chorobami umysłowymi i nerwowymi. Gorzką ironią losu jest, że to właśnie tego dnia, w 2004 roku odszedł Marco Pantani – człowiek, u którego istniały wyłącznie skrajne uczucia i którego depresja oraz uzależnienia sprowadziły na tragiczną ścieżkę.

Osobiście, gdy wspominam “Pirata” zawsze dotyka mnie dysonans poznawczy. Wynika on z tego, że oczywiście wiem o jego dopingowych skandalach, co do których po latach nie ma najmniejszej wątpliwości, ale jednocześnie… jego mit i estyma, jaką mimo występków cieszy się we Włoszech niejako “zaciera” to, co złe. Nie zawsze potrafię pojąć, dlaczego tak się dzieje – przecież akurat Marco nie należy do tych zmarłych, wobec których obowiązuje zasada, by mówić “dobrze, albo wcale”. Wręcz przeciwnie – przeważnie wręcz się go biczuje mimo, że od prawie 20 lat patrzeć może na to jedynie z góry.

Lubię czytać o wyjątkowych atakach Pantaniego. O tym, jak kochał atakować z ostatnich pozycji w grupie, by upajać się widokiem wycieńczonych rywali. Jak doprowadził do tego, że jego triumfy zyskały niemal metafizyczny charakter. Że nagrywa się o nim piosenki i kręci filmy mimo, że przecież – u podstawy – przez lata oszukiwał miliony ludzi.

Dlaczego tak się dzieje? Nie jest przecież ucieleśnieniem “romantycznego drania”. Nie mnie to oceniać, ale przeczytać można, że uznawany był za niezbyt urodziwego, a z powodu swojego wyglądu decydował się na operacje plastyczne (między innymi uszu, bo nazywano go “Elefantino” właśnie przez nie). Jego historia nie jest też szczególnie ckliwa – raczej brutalna, bo aresztowanie w 1999 roku, gdy w zasadzie witał się już z kolejnym triumfem w Giro d’Italia takie bez wątpienia było.

Pantani jak Maradona?

Kiedyś wydawało mi się, że odpowiedź znalazłem. Było to w momencie, gdy zmarł Diego Maradona, pod koniec 2020 roku. Wtedy dostrzegłem, jak wiele łączyło te postacie: obie były niezwykle barwne i żyły niejako “w swoim świecie” – wartości i przekonań. Sens ich istnieniu nadawały rzeczy, dla zwykłego śmiertelnika niedostępne, niechciane lub wręcz odrzucające. A mimo wszystko ciągnęli i ciągną za sobą tłumy. Dlaczego? Bo fascynują.

Fascynują stylem bycia, licznymi zagadkami i mitem, jaki wokół siebie przez lata zbudowali. Obaj na sumieniu mieli wiele, lecz – jak widać – większości ludzi to specjalnie nie przeszkadza. Nawet po publikacji głośnej książki Matta Rendella o Pantanim, która – jak się wydawało – całemu mainstreamowi zilustrowała, że Włoch był zwykłym (nie-zwykłym?) oszustem, wiele się nie zmieniło. Italia wciąż śpiewa piosenki o swoim idolu. Snuje nowe teorie dotyczące jego śmierci, wznawia śledztwa… Jakby niczego się nie nauczyła. Albo nie chciała się nauczyć.

To Top