Felietony

Szczęście

fot. Krzysztof Bienkiewicz

To było w warszawskim Parku Saskim. Nie jestem pewien dlaczego. Nie było tam stacji systemu Veturilo, nie robiłem specjalnego przystanku. Pewnie akurat w tym miejscu spojrzałem na aplikację i może właśnie dlatego zapamiętałem podekscytowaną myśl o tym, że “wow, dziś przejechałem dwucyfrowy dystans!”.

Ta liczba to było 15 km. Dziś zaś zauważyłem, że od tego czasu dwie cyfry są wciąż obecne, ale za nimi pojawiły się cztery dodatkowe. Od sierpnia 2019 roku, kiedy jeszcze na miejskich traktorach rozpocząłem moje regularne, rowerowe przygody, przejechałem ponad 22 tys. km. To jest jakieś pół równika. Sam nie wiem co o tym myśleć. A może tak naprawdę wiem. To w zasadzie ciekawe, że ludzie odruchowo mówią, iż nie wiedzą dlaczego odbierają coś w dany sposób, a w drugiej myśli jednak znajdują odpowiedź. I niezły zbieg okoliczności, że zauważyłem tę liczbę właśnie dziś, ponieważ gdzieś na wysokości bulwarów wiślanych myślałem o tym, o co w tym całym rowerowaniu tak naprawdę chodzi.

Mam problem ze słowem “pasja” i to w każdej dziedzinie życia. Nie zżymam się, jeśli ktoś używa go w odniesieniu do swoich czynności, ale mam też poczucie, że to określenie stało się mocno wyświechtane. I ja go nie za bardzo czuję. Ale dziś z kolei wpadło mi do głowy coś, co pewnie stanie się moją definicją jednośladowych przeżyć i jest nią „tożsamość”. Jazda na rowerze szosowym jest wyrażeniem, poszerzeniem i zintensyfikowaniem mojego charakteru oraz emocji. Wiem wiem, już słyszę jak mówisz “najmocniej pana przepraszam, może to jest właśnie owej sekwencji potęga, ale o czym tak naprawdę pan tutaj niezrozumiale gęga?”. I w zupełności to rozumiem. Tak samo jak rozumiem, kiedy kolega opowiadał innemu koledze, że “no czytam to, co Kris pisze o swoich przeżyciach na rowerze, ale ja zupełnie czegoś takiego nie mam. Po prostu jeżdżę”. To jest jak najbardziej normalne. I ja mam świadomość tego, że w zwykłą czynność fizyczną wkładam swoistą filozofię. Ale ja jestem tylko odbiornikiem. Ale ja tylko przyjmuję to, co dostaję. Ja jedynie zauważam relację między pracą ciała i przepływem myśli, niebezpieczną prędkością pojazdu i spokojną świadomością kontroli manewrów oraz ciągiem powtarzalnych ruchów z nieprzewidywalnie zmiennymi iskrami radosnych mini-zdarzeń. A wszystko gdzieś pomiędzy krowim plackiem na kampinowskiej drodze, a wymianą żartów z rozweselonymi klientami sklepu spożywczo-przemysłowego w Bodzechowie.

Bardzo często słyszę, że ktoś idzie pojeździć, pobiegać lub popływać, żeby oczyścić głowę. I to również rozumiem. Wiem, jak ten mechanizm działa, ale zauważyłem, że rzadko go stosuję. Nie idę jeździć, żeby uwolnić myśli czy oczyścić umysł. Wsiadam na rower, by spędzić radosny, refleksyny, spokojny lub intensywny czas ze znajomymi lub jeszcze częściej z samym sobą. Czuję się dobrze, kiedy wychodzę, czuję się jeszcze lepiej, kiedy wracam. Wszystko, co doświadczone na rowerze to wyrażenie, poszerzenie oraz potwierdzenie. I dosyć ważne określenie. Bo czy nie jest tak, że ludzie stale próbują definiować szczęście? Szukać jego uwarunkowań, nazywać elementy składowe? A ja ostatnio, gdzieś między mostem Gdańskim, a Jagiellońską, miałem myśl, że może o to chodzi. Że chyba właśnie tak można zdefiniować ten stan. Że obojętnie co masz i kim jesteś, nie musisz ani promieniować kolorową tęczą, ani zastygać w pozycji lotosu. Może wystarczy, że będziesz się czuć tak, jak po rowerze. Czysto, lekko, spokojnie. Bo może szczęście jest wtedy, kiedy i bez dwóch kół wstajesz rano i po prostu czujesz się dobrze. Codziennie.

To Top