Tech

Test trenażera Zycle ZBike

Mimo tego, że w okolicach Nowego Roku pogoda wręcz rozpieszczała i na Instagramie można było trafić zdjęcia pierwszych odważnych, którzy w tym roku poszli na rower na krótko to mamy jednak środek zimy, a co za tym idzie – środek sezonu trenażerowego.

Na samym początku pandemii mieliśmy tak wspaniałe pomysły jak zamknięte lasy. To spowodowało, że w Polsce klienci szturmem ruszyli do sklepów rowerowych pytać o trenażery, a boom trwający w zasadzie kilka tygodni spowodował, że przez dłuższy czas sprzęt do treningu wewnątrz własnych czterech ścian zniknął z półek zarówno sklepowych, jak i magazynowych. Jak już otwarto lasy, a za oknem zrobiło się nieco cieplej to zdecydowana większość z nas ruszyła jeździć na świeżym powietrzu, a trenażery poszły w odstawkę aż do czasu, gdy warunki atmosferyczne zrobiły się znów nieco mniej korzystne.

Ogromne zainteresowanie “chomikami” z wiosny 2020 roku jednak się utrzymało, a dzięki temu, że nie było już tak dużych problemów z dostępnością ogromna część kolarzy płynnie przeszła od jazdy na zewnątrz do jazdy w domu. To rzecz jasna spowodowało, że sam rynek trenażerowy mocno urósł i choć wiodącymi markami są Elite i Wahoo to konkurencja wcale nie śpi i ma również ciekawą ofertę.

Dzięki uprzejmości firmy Polsport otrzymaliśmy do testów topowy model z oferty hiszpańskiej marki Zycle, czyli ZBike.

Co to za ustrojstwo?

Zacznę niejako od tyłu – jeśli po przeczytaniu tego materiału zapragniecie mieć ZBike’a u siebie w domu miejcie na uwadze, że wasz kurier was znienawidzi. Kiedy ja otrzymałem trenażer od mojego kuriera usłyszałem pełną gamę “mięsa” jakim zazwyczaj rzuca dostarczając rowery trekkingowe i kilka nowych zwrotów w bonusie. Pudło z trekkingiem to ok. 20 kilogramów, a karton z ZBike’iem ma nieco ponad 50 kg, więc w przypadku braku windy – warto poprosić sąsiada o pomoc 😉

Sam ZBike przyjeżdża do nas w podobnym pudle w jakim zapakowane są rowery. Z solidnie zabezpieczonego pudła do wyciągnięcia mamy kierownicę, wspornik kierownicy, sztycę z siodłem, poprzeczne belki odpowiedzialne za stabilność ZBike’a, pudełko z zasilaczem, bidonem, pedałami platforma/SPD, narzędziami i instrukcjami oraz główną część, czyli ramę z kołem zamachowym. Montaż całego urządzenia jest wyjątkowo prosty i intuicyjny, a nawet jeśli nigdy nie miałeś okazji samemu skręcić zwykłego roweru to w zestawie otrzymamy potrzebne narzędzia i instrukcję jak krok po kroku przygotować trenażer do jazdy.

Gdy całość już mamy poskładaną i podłączoną do prądu warto zaktualizować oprogramowanie. Zajmie nam to dosłownie kilka minut dzięki sparowaniu trenażera z aplikacją w telefonie i…możemy w zasadzie ruszać na trening. W zestawie otrzymujemy także uchwyt na smartfon, ale ja sam korzystałem z laptopa, który śmiało możemy postawić na kierownicy. Wyjątkowo fajną rzeczą w ZBike’u jest gniazdo USB znajdujące się w kolumnie kierownicy, bo dzięki temu nie potrzebujemy przedłużacza czy osobnego gniazdka do wpięcia komputera pod prąd i możemy śmiało kręcić bez obaw o to, że padnie nam zasilanie i trening nie trafi na Stravę 😉

Jak się tym jeździ?

Nie ukrywam – nigdy nie byłem fanem trenażerów. Zawsze wolałem zmarznąć czy utaplać się w błocie niż jeździć do ściany. Przede wszystkim zniechęcał mnie hałas samego trenażera, konieczność całej “zabawy” z wpinaniem roweru w urządzenie, a także komplikacje wynikające z połączenia sprzętu z laptopem, telefonem i chociażby Zwiftem. Stąd też przed ZBike’iem było niemałe wyzwanie by sprawić żebym polubił się z interaktywnym kolarstwem.

Zaletą trenażerów typu direct drive, czyli takich w których wpinamy własny rower w trenażer, jest to, że siedzimy na własnym rowerze który mamy idealnie dopasowany do siebie. Zycle ZBike jest w jednym rozmiarze, więc musi mieć duże możliwości pod kątem regulacji i…takie możliwości ma. Dzięki temu, że możemy zmieniać wysokość siodła i wspornika kierownicy, a także regulować ustawienie samej kierownicy nie ma problemu, by po kilku minutach dostosować trenażer do własnych preferencji. W momencie, gdy będziemy chcieli dokonać jeszcze kolejnych korekt jest to banalnie łatwe, bo za blokowanie ustawienia siodła/wspornika kierownicy/kierownicy odpowiedzialne są dźwignie do których nie potrzebujemy żadnych narzędzi. Na tym etapie jedynym zgrzytem był nieco szerszy rozstaw ramion korby względem tradycyjnego roweru szosowego, ale po kilkunastu minutach jazdy w zasadzie przestało mi to jakkolwiek przeszkadzać.

No dobrze, poustawiane, podokręcane, sprawdzone, więc trzeba by ruszyć. Proces parowania ze Zwiftem przebiegł bez żadnego problemu i to już sprawiło, że ZBike zyskał u mnie duży plus. Mając wcześniej w rękach kilka innych trenażerów “smart” zazwyczaj na jakimś etapie pojawiały się problemy i konieczne było przeczesywanie internetu w poszukiwaniu rozwiązań, a w przypadku sprzętu od Zycle – hulało od początku i za wyjątkiem dosłownie jednej sytuacji, gdy na kilka sekund trenażer rozłączył się ze Zwiftem, nie miałem żadnych kłopotów.

Ciekawiła mnie bardzo głośność samego urządzenia i muszę powiedzieć, że…ZBike to mokry sen Twojego sąsiada. Urządzenie jest niemal bezdźwięczne, generuje tylko niewielki szum, ale… nie jest do końca tak kolorowo jak się na samym początku wydaje, bo stając w korbach obudowa całego urządzenia nieco ‘czeszczy i piszczy’. Nie jest to oczywiście coś kompletnie dyskwalifikującego, a mi po kilku próbach różnego chwytu na kierownicy udało się ten temat obejść jak stary kabel od ładowarki, który działa w jednej pozycji 🙂

Skoro nie siedzimy na swoim rowerze to jak zmieniamy biegi? W rogach kierownicy umieszczone są przyciski odpowiedzialne za zmiany przełożeń i przyzwyczajenie się do nich nie zajmuje wiele czasu. Co do samego działania również nie ma za bardzo się do czego przyczepić, aczkolwiek odnosiłem wrażenie podczas treningów, że zmiana następuje minimalnie zbyt wolno względem trasy na Zwifcie. Nie jest to coś bardzo uciążliwego, da się do tego przyzwyczaić, a w trakcie treningu przygotować na ewentualnego “laga”.

Dla kogo to w ogóle jest?

No i to jest zasadnicze pytanie dręczące mnie przez cały czas korzystania z ZBike’a. Przede wszystkim zwróćmy uwagę na fakt, że ta zabawka kosztuje 7299 zł, czyli tyle co sensowna aluminiowa szosa z przyzwoitym napędem. Za połowę tej kwoty mamy dostępne interaktywne trenażery typu ‘direct drive’, a więc będziemy mogli na nich korzystać z własnego roweru, gdzie jesteśmy przyzwyczajeni do zajmowanej na nim pozycji. Czy to kompletnie dyskredytuje Zycle ZBike? Otóż nie.

ZBike to wciąż zaawansowany trenażer, który pozwoli wykonać w domowych warunkach praktycznie każdy trening, ale mam wątpliwości, czy będzie idealnym rozwiązaniem dla indywidualnego użytkownika. Wydaje mi się, że jest to ciekawa opcja dla siłowni czy klubów fitness lub na kolarskie zgrupowania, bo dzięki bardzo łatwej zmianie ustawień siodła czy kierownicy z urządzenia mogą korzystać osoby mające od 160 cm do niemal dwóch metrów wzrostu. Trenażer od Zycle to też ciekawe rozwiązanie do domu w którym znajduje się kilku zapalonych kolarzy, bo zamiast przepinania rowerów do trenażera musimy w zasadzie tylko ustawić siodełko i kierownicę – dużo wygodniej.

Zdecydowanymi plusami Zbike’a są brak jakiegokolwiek hałasu i bezproblemowe działanie. Przez ten krótki czas testu polubiłem się nieco z trenażerem i trasami na Zwifcie, ale wydaje mi się, że w momencie, gdy będziemy jedynym użytkownikiem tego sprzętu to lepszym rozwiązaniem będą “tradycyjne” trenażery direct drive.

Sprzęt do testów użyczyła firma Polsport – oficjalny dystrybutor rowerów Orbea oraz trenażerów Zycle.

Wszystkie dane techniczne bez problemu znajdziesz na oficjalnej stronie producenta.

O tym jak bawiłem się z Zycle ZBike zobaczysz też w przypiętym stories na moim Instagramie 😉

To Top