Felietony

Dlaczego w kolarstwie prawie nie ma Afryki?

Tour du Rwanda
fot. sticky bottle

Gdy kolarstwo śledzi się od lat, pewne rzeczy przyjmuje się niemal jak dogmat – ot, coś trwa od lat i po prostu, tak być musi. Ostatnio “złapałem” się jednak na tym, że w całej układance naszego pięknego sportu coś mi się nie zgadza. A ostatnie wydarzenia dobitnie mi to uświadomiły.

O czym myślę, mówiąc o wspomnianym “dogmacie”? Otóż o tym, że w gronie kolarzy zdecydowanie dominują przedstawiciele europejskich nacji. Ton rywalizacji nadają Włosi, Belgowie, Holendrzy czy Francuzi. W ostatnich latach do stołu dopuszczeni zostali też goście zza Oceanu – Amerykanie, Kanadyjczycy czy zawodnicy z Antypodów, jednak ich rola wciąż pozostaje drugoplanowa wobec tego, co prezentują “stare” kraje, na kolarskiej mapie świata obecne od ponad wieku.

To naprawdę zaskakujące, że można nad tym faktem przejść do porządku dziennego i – w zasadzie – nie wydaje się to niczym dziwnym. Ot, taka poznawcza pułapka. Łatwo mi sobie jednak wyobrazić, że ktoś “wchodzący” do świata kolarstwa i dopiero go poznający, zada bardzo logiczne tak naprawdę pytanie:

“Dlaczego tak mało jest zawodników z Afryki?”

Ileż w tym jest logiki! Przecież kolarstwo to sport wytrzymałościowy, a kto dominuje w lekkoatletycznych biegach długodystansowych? Afrykanie. Co daje w kolarstwie dużą przewagę – życie i trenowanie na dużych wysokościach. Gdzie żyją największe gwiazdy biegów długich? – na kenijskich płaskowyżach,

Tymczasem w rankingu UCI mamy łącznie czterech Kenijczyków, a najwyżej sklasyfikowany – Salim Kipkemboi (BikeAid) jest… 1739. No dobrze, ktoś mógłby pomyśleć, że akurat Kenia kolarskich tradycji nie ma i szukać trzeba wśród innych nacji. W czołowej setce zestawienia światowej federacji jest jednak tylko dwóch zawodników z “Czarnego Lądu”: Biniam Ghirmay (Erytrea) i Ryan Gibbons (RPA). Dalsze wertowanie prowadzi do prostego wniosku – to nawet nie peryferia kolarstwa, a dalekie tereny podmiejskie, gdzie ledwie docierają “MPK-i”.

Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Wydaje się, że głównych jest kilka. Pierwsza to fakt, że gdy rodziło się kolarstwo, większości afrykańskich państw nie było na mapach, a nawet, gdy były, to pod postacią kolonii europejskich, gdzie krzewienie fizycznej kultury było jednym z ostatnich zmartwień. A nawet jeżeli, to opierało się na prostszych logistycznie sportach, niż kolarstwo, które wymaga przecież sprzętu. Druga, wynikająca niejako z pierwszej to bieda. Trzecia – niepokoje, które wciąż targają kontynent. Nie tak dawno doszło przecież do makabrycznego ludobójstwa w Rwandzie, a kilka miesięcy temu konflikt na pograniczu Erytrei i Etiopii uwięził w ogniu wojny Aweta Gebrehmedina, czyli zawodnika, który w swoim CV ma między innymi udział w Giro d’Italia.

Na szczęście, Afryka powoli zaczyna się pojawiać na kolarskiej scenie w rolach więcej, niż epizodycznych. Wspomniany Ghirmay to medalista mistrzostw świata w kategorii U-23 i jeden z większych talentów współczesnej szosy. Dynamicznie rozwija się też ten sport w Rwandzie (gdzie podwaliny pod to położył Amerykanin, Jonathan Boyer), która ugości szosowy czempionat. To jednak wciąż mało. Najbardziej prestiżowe wyścigi na kontynencie mają kategorię X.1 (czyli co najwyżej trzeciorzędną), brakuje grup zawodowych, a ta ze szczebla World Teams – Qhubeka – NextHash zbankrutowała i pozostała jedynie formacją kontynentalną. Pewne jest jedno – bez zaangażowania władz i kolarskich potęg przepaści dzielącej kontynent od reszty świata na tym polu nie uda się zasypać.

Ilu potencjalnych mistrzów może kryć w sobie Afryka? Bez wątpienia – dziesiątki. Dlaczego więc tego nie wykorzystać?

Odpowiedzialność z to spoczywać powinna na barkach UCI, ale i topowych ekip. Wspólne działanie z pewnością byłoby w stanie wiele zmienić i pomóc w rozwoju. Nie tylko sportu – kolarstwo pociągnąć mogłoby za sobą również turystykę, a w dłuższej perspektywie zmienić postrzeganie kontynentu i pozwolić mu wyjść z cienia. Wystarczyłoby chcieć i… trochę zainwestować.

***

Dlaczego w ogóle się do tego odnoszę? Nie wszyscy uważają bowiem, by pomoc w niwelowaniu różnic była potrzebna. Znany, twitterowy profil La Flamme Rouge, obserwowany przez ponad 78 tysięcy osób i będący cennym źródłem informacji znalazł się pod pręgierzem ze względu na szereg kontrowersyjnych wypowiedzi jednego z jego przedstawicieli, odnoszących się sceptycznie do rozwoju kolarstwa w Afryce. Komentarze są powszechnie krytykowane, a jeden z branżowych serwisów zapowiedział już nawet, że nie będzie dłużej korzystać z dostarczanych przez LFR materiałów.

Popularne

To Top