Świat

Bezkrólewie. Kto zyska na absencji gwiazd?

Wout van Aert
Wout van Aert / fot. Jumbo-Visma

Ani Mathieu van der Poel, ani Wout van Aert nie wezmą udziału w mistrzostwach świata w kolarstwie przełajowym w Fayetteville. Z jednej strony, ich pojedynek byłby pewnie ozdobą wyścigu. Z drugiej jednak, otwiera to niepowtarzalną szansę dla innych zawodników.

W tym sezonie to Wout van Aert jest dominatorem. Wygrał osiem z dziewięciu wyścigów, w których wystartował i najczęściej były to bardzo pewne zwycięstwa, które nie pozostawiały wątpliwości, kto danego dnia był najlepszy. Ostatni raz z taką częstotliwością wygrywał w sezonie 2015/2016, czyli wtedy, gdy po raz pierwszy został mistrzem świata elity. Później to van der Poel był seryjnym triumfatorem, a van Aert wygrywał pojedyncze – czasami te najważniejsze – imprezy.

Skąd tak doskonała dyspozycja Belga? Na pewno o zwycięstwa byłoby trudniej, gdyby w normalnej formie był van der Poel. Od początku jednak obaj mieli zupełnie inne plany na ten sezon. Holender, pomijając nawet jego problemy zdrowotne, musiał przewidywać, że forma przyjdzie dopiero po kilku startach. Belg od początku zakładał, że jego sezon będzie krótszy, więc mógł zacząć w wysokiej dyspozycji – nie musiał przecież szykować szczytu na mistrzostwa świata. Ostatecznie nawet wielka szansa na czwarty tytuł (wyrównałby wynik van der Poela), na trasie, która powinna mu pasować, nie przekonała van Aerta do zmiany planów. Gdy w Stanach Zjednoczonych będzie toczyć się rywalizacja o tęczową koszulkę, to on będzie już myślami przy zbliżającym się sezonie szosowym.

Siedem ostatnich tytułów w elicie powędrowało do van der Poela lub van Aerta. W ostatnich dniach stycznia w Fayetteville poznamy więc zupełnie nowego mistrza świata. Pod nieobecność dwóch dominatorów na głównego faworyta wyrasta Tom Pidcock. Za Brytyjczykiem przemawia wiele. Od początku sezonu deklarował, że chce być w formie na mistrzostwa świata. W przeciwieństwie do van der Poela nie odczuwa aż tak trudów sezonu letniego. Zaczął regularnie wygrywać na trasach przełajowych, co jeszcze rok temu nie było tak oczywiste. A że potrafi przygotować się fizycznie i mentalnie do tego jednego, najważniejszego startu, pokazał już w Tokio.

Kilka tygodni temu pewnie nawet Pidcock nie spodziewał się, że tak szybko będzie miał tak duże szanse na zdobycie tęczowej koszulki w przełajach. Ale takiej szansy nie spodziewali się też inni. A narodziła się ona przed całym pokoleniem kolarzy, które ma „pecha” startować w erze van der Poela i van Aerta. Toon Aerts i Michael Vanthourenhout (obaj rocznik 1993) czy Quinten Hermans (1995) to doskonali zawodnicy, którzy przez całą karierę byli w cieniu dwóch wielkich gwiazd. W Fayetteville będą mieli niepowtarzalną szansę, aby jednak przejść do historii i założyć tęczową koszulkę.

Aerts w ostatnich tygodniach prezentuje się naprawdę dobrze. Przez długie fragmenty wyścigów potrafił walczyć z van Aertem, van der Poelem czy Pidcockiem jak równy z równym. Vanthourenhout świetnie jeździł w imprezach z cyklu Pucharu Świata. W Namur nawet pokonał Pidcocka. Quinten Hermans był szczególnie groźny na początku sezonu, ale ostatnie tygodnie ma dużo gorsze. Pamiętajmy jednak, że to on wygrał Puchar Świata w Fayetteville w październiku.

No i Eli Iserbyt. Dotychczas w tym tekście niewspomniany, bo jednak trochę młodszy od wcześniej wymienionych (rocznik 1997), więc na nim dominacja van der Poela i van Aerta nie odcisnęła aż takiego piętna. Na co dzień, pod nieobecność „wielkiej trójki”, to właśnie on wydaje się najmocniejszy, to właśnie on jest głównym faworytem. Zdecydowanie wygrał w tym sezonie klasyfikację generalną Pucharu Świata, choć ostatnio nadzwyczaj często miewa gorsze dni, jak w Dendermonde, Loenhout czy Harentals. Gorsze dni miał też dotąd na mistrzostwach świata elity – w ostatnich dwóch latach zajmował dopiero 10. i 7. miejsce.

Kiedy na początku sezonu pisaliśmy, że warto obserwować zawodników spoza „wielkiej trójki”, to pewnie mało kto spodziewał się, w jaki sposób potoczy się rywalizacja w kolejnych tygodniach. Po wycofaniu van Aerta i van der Poela mistrzostwa nie będą miały tak zdecydowanych faworytów jak w ostatnich latach.

Co brak dwóch największych gwiazd oznacza dla całego kolarstwa przełajowego? W tej chwili to zła informacja, bo zainteresowanie mistrzostwami świata będzie zdecydowanie mniejsze. Ale jeśli spojrzymy długofalowo, to taki nowy mistrz świata może okazać się potrzebny. Zaangażowanie van Aerta i van der Poela w dyscyplinę będzie raczej coraz mniejsze niż coraz większe. Oczywiście, ich walka jest pasjonująca, ale powiew świeżości w postaci nowego mistrza i wzmocnienie nazwisk Iserbyta czy Aertsa także może się dyscyplinie opłacić.

Obecnie musimy czekać pół sezonu, zanim tęczowa koszulka pojawi się na starcie, a wszystkie wyścigi bez MvdP i WvA traktowane są jakby z przymrużeniem oka. W następnym sezonie może być inaczej. No chyba że wygra Pidcock. Ale tytuł dla kolarza spoza Beneluksu to dopiero będzie silny powiew świeżości.

To Top