Świat

Fantastyczny dzień

30 lipca 2021 roku. Województwo świętokrzyskie. Sklep spożywczo-przemysłowy w Piórkowie.

– O, pan jest wysoki, może pan sięgnie po czipsy. Tu ma pan skrzynkę, żeby było łatwiej. A te buty to takie inne, dziwne trochę, bo na rower?

– Tak, na kolarkę, wpinane w pedały.

– Pan uważa, żeby się w skrzynkę nie wpięły.

Kobieta powiedziała to na serio, a ja przez sekundę podążyłem za intrygującym absurdem myśli o SPDach wpinających się w spód odwróconej do góry nogami skrzynki na butelki z piwem. Nawet sobie wyobraziłem, jak z przypiętą do prawej nogi kwadraturą wychodzę ze sklepu i próbuję wsiąść na rower, ale otrząsnąłem się z tej uroczej wizji i bardziej ze względu na potencjalne wydatki na ortodontę ściągnąłem buty i wspiąłem się na skrzynkę.

– Chodzi pani o te?

– Tak, dziękuję. Choć chwila! Pan jeszcze nie schodzi. Te są kebabowe? Bo stąd nie widzę.

– Cebulowe.

– A to nie. Moja Elunia lubi tylko kebabowe.

Sięgam, schodzę, podaję. Stoję bez butów w kolejce i uśmiecham się do nieufnie obserwującej mnie Eluni.

***

Piotrów-Kolonie. Pies na drodze. Daleko, ale włączam czujność. Zobaczył mnie. Stanął i patrzy w moją stronę. Myślę “słabo, bo złapał zainteresowanie, pytanie tylko jaki ono ma charakter”. Po chwili usiadł i co najgorsze, pochylił głowę i wysunął ją do przodu. Najgorzej. Wiem, że taka obserwacja to przygotowanie do ataku. Zwalniam. Ostatnio zwalniam. Nie stosuję innych środków obrony, ale niweluję przyczynę ich agresji, ponieważ zauważyłem, że najczęściej chodzi o prędkość. Powoli zbliżam się do niego. Jest mały, ale w oczach ma absolutne zło. To nie jest łobuz. To jest potencjalnie wściekły agresor, który chce wyrządzić krzywdę. Czarci, wręcz bestialski wzrok. Patrzymy na siebie. Przejeżdżam w ciszy. Przez chwilę ciągnął wzrokiem za mną, ale ostatecznie wstał i pobiegł przed siebie.

***

Jeleniowski Park Krajobrazowy. Asfalt zmienia się w szutry. Nie za dobrze, ale jadę dalej. Szutry zmieniają się w zdezelowany bruk. Słabo, ale jeszcze wytrzymam. Bruk zmienia się w stary trakt królewski z ostrymi kamieniami wychodzącymi pod kątem 30 stopni wprost na koła. Betonowa twardość ośmiu atmosfer przyjmuje i pokonuje przeszkody, ale z tego samego powodu opona może pęknąć na minimalnej krawędzi. Halo, mayday, alert. Jakimś fuksem trafiam na boczną drogę. Jest poza moją trasą, ale skręcam i uciekam w bok, ponieważ na głównej rozwalę opony. Znowu szutry, ale znośne, z tym że cały czas pod górę. Las. Świętokrzyskie lasy są inne. Nieokiełznane. Majestatyczne. Złowrogie. To nie gminny zagajnik, gdzie nie dość, że wiesz, iż niedaleko jest cywilizacja, to pomimo zjechania z głównej drogi często ją w oddali słyszysz. Tu jest totalna dzicz z poczuciem, że zza ogromnej sosny zaraz wyłoni się podrażniony głodem niedźwiedź.

Jadę szukając wyjazdu. Szybko staję się chmurą. Otaczają i oblepiają mnie bąki, trzmiele, szlag wie co, a wszystkie bestie wielkości kciuka. Nie mogę się zatrzymać, ponieważ tną nawet w trakcie jazdy, więc na postoju mnie pożrą. Cały czas pod ostrą górę. Wiem, że dam radę. Czuję, że mam siły. Oby tylko sprzęt wytrzymał. Mija kilka kilometrów, dojeżdżam do rozjazdu, który nie ma kontynuacji. Ślepy zaułek w lesie. K*wa, trzeba wracać. Chmura jeszcze gęstsza, niepewność coraz większa. Teraz przynajmniej zjeżdżam, więc trochę gubię latające piranie. Spotykam ludzi. Mówią, że ostre krawędzie jeszcze tylko przez kilometr. Wracam na główny trakt. Jadę. Schodzę. Prowadzę. Omijam. Bruki. Błota. Prześwit. Asfalt. Odpalam prędkość, słucham czy pode mną nie ma dziwnych dźwięków. Cichy szum opon, delikatny wydech płuc. Klepię rower po ramie. Dziękuję mu za wytrzymanie.

***

Nowy Skoszyn. Nowy asfalt. Płynę. Do tej pory było cały czas pod wiatr. Po wyjeździe ze stumilowego lasu obrót i podmuch w plecy. Ekstaza. Zakręt i ogromne pole kukurydzy. Na drodze jakiś osobnik stojący przodem do roślin. Zauważył mnie, obrócił się w moją stronę i z rozbrajającym (oraz wybrakowanym) uśmiechem dzieciaka złapanego na gorącym uczynku krzyknął “Witam!”. Cześć, siema, czołem, ale stary, dlaczego ty ze środka drogi lejesz na kukurydzę? Śmieję się na głos, bo pytania bez odpowiedzi i zakręty bez hamowania.

***

Obrzeźna. Pomimo, że wczoraj byłem na serwisie i dokręcili poluzowane mocowanie, to od połowy trasy cały czas czułem luz w korbie, która na powrocie całkiem odpadła. Ostatnie 10 km to więc jazda jedną nogą i z korbą wystającą z kieszonki na plecach. Ostro, śmieszno, intrygująco dla pasażerów mijających mnie samochodów, a u mnie modlitewne kierowanie do niebios próśb o jak największą ilość zjazdów.

***

Być otwartym. Wyciągać wnioski. Nie reagować paniką. Śmiać się z absurdalnych sytuacji. I samego siebie koniecznie.To niesamowite, ile kolarstwo ma zbieżności z codziennym życiem. A ja jestem w stanie opisać to, co w tym roku dał mi rower. Wszystkie wyjazdy, lasy, wioski, pola, górki, podjazdy i zachody słońca. Ale nie jestem w stanie policzyć ile razy w tym roku kładłem się wieczorem spać z myślą “to był fantastyczny dzień”. Pełen euforii i ekscytacji, które od momentu zaistnienia w moim życiu jednośladowych przygód zaczęły regularnie zalewać mój umysł. To był kolejny rok cichych “wow”. Tych, które pojawiają się w głowie w momencie poczucia czegoś wyjątkowego. Bo coś widzisz, bo gdzieś jesteś, ponieważ emocja, ekscytacja, niekontrolowana smuga iskier. Na koniec starego roku życzę Wam, byście w nowym mieli trzysta takich dni, jak ja ten jeden lipcowy. Osiągi i statystyki są istotne, ale przygody jeszcze bardziej ważne. Wszystkiego dobrego i szczęśliwego, niech noga dobrze podaje, “Eluniu, nie kop pana, bo się spocisz”.

To Top