Felietony

“Czekając na sobotę”

Fot. BettiniPhoto

Kurz po rywalizacji w sezonie 2021 opadł już na dobre, a na horyzoncie wciąż nie widać powrotu kolarskich zmagań. Dla fanów to okres największej posuchy, choć może światełkiem w tunelu będzie dla nich informacja, że pierwszego wyścigu 2022 roku pozostało dokładnie 50 dni. 50 dni “czekania na sobotę”.

Tytuł felietonu to rzecz jasna nawiązanie do głośnego filmu dokumentalnego z 2010 roku w reżyserii Ireny i Jerzego Morawskich. “Czekając na sobotę” ukazuje pozbawione perspektyw życie mieszkańców wsi, dla których czas płynie… od soboty do soboty, gdyż wtedy odbywa się dyskoteka w klubie “Nokaut”.

Pomijając tu filozoficzne rozważania (bo czyż dla fanów kolarstwa owym “Nokautem” i “sobotą” nie są właśnie wyścigi?) nie da się nie zauważyć analogii do obecnej sytuacji sympatyków naszego pięknego sportu. Póki co jedynym, co nam pozostaje jest śledzenie transferowych plotek, wyczekiwanie prezentacji strojów na 2022 rok czy lektura analiz i podsumowań. Słowem – wielka smuta i czekanie na Romanowów, że pozwolę sobie odwołać się do rosyjskiej historii.

Wlejmy jednak w to oczekiwanie nieco optymizmu i zaznaczmy, że od dziś, 16 listopada do pierwszego wyścigu sezonu 2022 pozostało już tylko 50 dni. 50, czyli tyle, ile mija (w przybliżeniu) od startu Giro d’Italia do finiszu Tour de France. Choć OK, to nie jest zbyt pocieszające porównanie.

Co to będzie za wyścig? Cóż, nie ma co się łudzić, żaden “top”. Otóż, 5 stycznia startuje pięcioetapowy New Zealand Cycle Classic. Nie dość, że to wyścig kategorii 2.2, to w dodatku bardzo możliwe, że podobnie jak w 2020 roku będzie on osiągalny wyłącznie dla zawodników z Antypodów, ze względu na restrykcje dotyczące COVID-19, a nawet – całkowicie odwołany.

Odwołane nie powinny zostać zaplanowane w dniach 12-16 stycznia mistrzostwa Australii, lecz to będzie zaledwie namiastka rywalizacji na najwyższym poziomie. 19 stycznia miał wystartować Tour Down Under, ale od dawna wiemy już, że się nie odbędzie.

16 stycznia czeka nas za to pierwszy wyścig kategorii ProSeries. Będzie to Tour de Langkawi, który liczy osiem etapów. Prawdopodobnie będzie to pierwsza okazja, by w akcji obejrzeć drużyny z Europy – często prezentują się w Malezji ekipy z Włoch, a w 2020 roku były tam obecne też francuskie B&B, Delko, czy… drużyna World Team, NTT . Tego samego dnia rozpocznie się niżej notowany (2.2) Vuelta al Tachira w Wenezueli, który jednak może przyciągać uwagę ze względu na arcyciekawą trasę – w ubiegłym roku jeden z etapów był w zasadzie… jednym, długim podjazdem, choć trzeba oddać, że niezbyt stromym.

Profil 6. etapu Vuelta al Tachira, źr. La Flamme Rouge

Już dzień później, bo 17 stycznia zacznie się też ściganie w Afryce – startuje La Tropicale Amissa Bongo. Impreza kategorii 2.1 potrwa siedem dni i tradycyjnie będzie popisem francuskich drużyn i polem do analizy dla fanów zawodników z “Czarnego Lądu”, którzy traktują ją dość prestiżowo.

Co z rywalizacją w Europie? Pierwszym wyścigiem będzie mający kategorię 1.2 Classica Comunitat Valenciana (23 stycznia), ale uwagę zogniskują zapewne tradycyjnie cztery klasyki cyklu Challenge Mallorca, których nazwy… często się zmieniają i są trudne do zapamiętania. Odbędą się w dniach 26-29 stycznia i można oczekiwać, że przyciągną na start sporo ekip World Teams.

Tuż po ich zakończeniu, 30 stycznia w Argentynie ruszy Vuelta a San Juan, gdzie już na pewno zobaczymy m.in. Petera Sagana, Remco Evenepoela czy ekipę Ineos Grenadiers. To zwykle dość ciekawy wyścig, który odpowiednio przygotuje nas do wyczekiwanego, pierwszego startu cyklu World Tour – UAE Tour. W Emiratach zabawa zacznie się 20 lutego, a potem… kalendarz rozkręci się już na dobre.

Popularne

To Top