Świat

W oczekiwaniu na “Wielką Trójkę”

Wout van Aert
fot. Jumbo-Visma

Sezon przełajowy trwa już od dwóch miesięcy, ale ich ciągle nie było na starcie. Trzech zawodników, którzy ogniskują zdecydowanie największe zainteresowanie – Mathieu van der Poel, Wout van Aert i Tom Pidcock – wciąż przygotowują się do powrotu na trasy. Kiedy pojawią się na starcie i co ich obecność może zmienić w układzie sił?

Nikt tak jak oni nie łączy różnych kolarskich specjalności. Van der Poel i Pidcock należą do najlepszych zawodników w kolarstwie szosowym, przełajowym i górskim. Van Aerta na rowerze mtb raczej nie zobaczymy, ale za to wachlarz jego możliwości na szosie jest imponujący – od etapów sprinterskich po największe góry.

Różnorodność jest z jednej strony efektowna, ale z drugiej – niezwykle kosztowna. Holender dopiero niedawno uporał się z bólem pleców, który dokuczał mu od wielu miesięcy. – “Tak naprawdę to nie mieliśmy czasu, aby dokładnie zająć się tym problemem. Mathieu nigdy nie robił sobie przerwy. To było przeciążenie” – stwierdził kilka tygodni temu David Bombeke, który pracuje z kolarzem Alpecin – Fenix. Holender po zakończeniu sezonu szosowego musiał odpoczywać przez ponad trzy tygodnie.

Nie tylko van der Poel ma problemy z ciągnącymi się kontuzjami. Pidcock niedawno pochwalił się, że po raz pierwszy od lutego nie czuje bólu w kolanie. W jego przypadku uraz również udało się wyeliminować dopiero, gdy wziął przerwę od treningów.

– “Kiedy byłem pełnoetatowym kolarzem przełajowym, odpoczywanie w marcu i budowanie formy powoli było normalne. W ostatnich latach całkowicie się to zmieniło” – twierdzi Wout van Aert. Po nieudanym zakończeniu sezonu szosowego musiał wziąć trzy tygodnie wolnego od treningów. – “Jeśli będą miał ochotę jeździć, to będą musiał się powstrzymać. Pójdę wtedy biegać. Lubię to robić, ale w trakcie sezonie nie mam zbyt wielu okazji” – mówił wtedy. Ostatnio wrócił na rower i 11 listopada przejechał wraz ze znajomymi 113 kilometrów.

Szosa albo przełaj?

– “Łączenie dyscyplin sprawia, że pewnego dnia ciało powie dość” – uważa Roland Liboton, czterokrotny mistrz świata CX z początku lat 80., który  skrytykował ostatnio kalendarze startowe van Aerta i van der Poela. – “Chciałbym, aby koszulki mistrza świata albo mistrzów kraju były widoczne przez cały sezon. Zobowiązałbym ich do przejechania kilku wyścigów” – mówił Liboton w rozmowie z Het Nieuwsblad.

Zdaniem 64-latka zaangażowanie największych gwiazd kolarstwa przełajowego w inne specjalności jest szkodliwe dla ich macierzystej dyscypliny. – “Eli Iserbyt i Toon Aerts toczą świetne pojedynki przez cały sezon i też zasługują na koszulki mistrzowskie. Organizatorom też byłoby miło, gdyby koszulki były widoczne na starcie” – wyjaśnia Liboton.

– “Muszą wybrać. Albo jest się kolarzem szosowym, albo przełajowym. Muszą okazywać szacunek wobec tych zawodników, którzy rywalizują przez kilka miesięcy po dwa razy w tygodniu na trasach przełajowych” – apeluje Liboton.

Głód zwycięstw

W minionym sezonie van der Poel wystartował 14 razy, wygrywając 10 wyścigów. Van Aert również 14 razy stawał na starcie, ale triumfował „tylko” pięciokrotnie. Holender rzeczywiście był w ubiegłym sezonie lepszy od swojego wieloletniego rywala, ale różnica wynika też z podejścia obu zawodników. Kolarz Alpecin-Fenix zawsze chce wygrywać, zaś van Aert częściej celuje z formą w konkretne dni. Niedawno pisał o tym nawet Tom Pidcock na łamach Roadbook.

– “Mathieu nie jest szczęśliwy, dopóki nie wygra, podczas gdy Wout wybiera dany wyścig, podczas którego będzie w dobrej formie i wówczas bardzo często okazuje się najlepszy, choć tegoroczne mistrzostwa świata były wyjątkiem – tłumaczył Pidcock, wspominając wyścig w Ostendzie.

Brytyjczyk, choć coraz częściej wymieniany jest obok van Aerta i van der Poela, to do ich poziomu na przełajowych trasach jeszcze się nawet nie zbliżył. Dotąd wygrał bowiem tylko jeden istotny wyścig – ubiegłoroczny Telenet Superprestige w Gavere. Jak to zestawić z seriami Holendra, który miewał sezony, w których wygrywał 24 z 25 albo 32 z 34 wyścigów?

Van der Poel i van Aert byli już jednak topowymi gwiazdami, gdy Pidcock dopiero zaczynał swoją przygodę z przełajami. – “Jak w 2016 roku pojechałem na mistrzostwa świata w Heusden-Zolder jako pierwszoroczny junior, to wiedziałem tylko, kim był Sven Nys. Nie miałem pojęcia, kto to Mathieu van der Poel czy Wout van Aert” – mówił Pidcock o swoich początkach w dyscyplinie, którą kiedyś wcale nie planował się zajmować. Teraz chce w niej zostać mistrzem świata.

Będą się mijać

– “Nie znam ich dobrze. Z Mathieu grałem kilka razy w Fortnite. Czasem rozmawiamy o samochodach. Jak wygrałem w Gavere, to Mathieu nie był zadowolony, ale pogratulował mi. Jego rywalizacją z Woutem van Aertem jest dużo większa” – pisał kolarz Ineos Grenadiers w Roadbook.

Brytyjczyk stwierdził też, że lubi porozmawiać z van Aertem na podium. Najbliższą okazję do pogawędki mogą mieć na początku grudnia. Pidcock ma wystartować 4 grudnia na Telenet Superprestige w Boom oraz dzień później na Pucharze Świata w Antwerpii. Bardzo możliwe, że van Aert wznowi starty w ten sam weekend.

Największe gwiazdy będą się jednak w tym sezonie mijać. Gdy Brytyjczyk i Belg rozpoczną zmagania, to van der Poel będzie przebywał na obozie Alpecin-Fenix w Hiszpanii. 12 grudnia w Val di Sole jeszcze raczej nie wystartuje. Bardziej prawdopodobny jest Puchar Świata w Rucphen 18 grudnia. Na połowę grudnia zaplanowany jest za to obóz Jumbo-Visma, więc do spotkania van der Poela i van Aerta dojdzie prawdopodobnie dopiero po świętach.

Jechać czy nie jechać?

 W tym sezonie kalendarz Holendra ma być jeszcze bardziej okrojony niż przed rokiem – zaplanowanych zostało dwanaście startów. Wśród nich – mistrzostwa świata w Fayetteville, które odbędą się 30 stycznia. – “Nie mieliśmy wątpliwości co do występu w mistrzostwach świata. Mathieu nie jest jeszcze w takim momencie kariery, aby odpuszczać takie starty” – stwierdził w Het Laatste Nieuws dyrektor Alpecin Fenix Christoph Roodhooft

Pidcock także wybiera się do Stanów Zjednoczonych. – “Oczywiście, start w mistrzostwach świata byłoby łatwiej pogodzić z sezonem szosowym, gdyby wyścig odbywał się w Belgii, a nie w Stanach Zjednoczonych, ale Tom wie, że to kolarstwo przełajowe doprowadziło go do miejsca, w którym się obecnie znajduje. Będzie przygotowywał się do mistrzostw przez całą zimę” – mówi trener Brytyjczyka Kurt Bogaerts.

A czy van Aert zawalczy o tęczową koszulkę? Tego jeszcze nie wiemy. Mistrzostwa świata w USA i szosowe klasyki dzieli tylko miesiąc. Belg może więc obawiać się, jak na jego wiosenną dyspozycję wpłynie przygotowanie formy na zmagania w Stanach Zjednoczonych, a nawet sama podróż na inny kontynent. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że kolejna tęczowa koszulka w kolarstwie przełajowym zmieni w jego życiu dużo mniej niż ewentualny triumf we Flandrii albo Roubaix. – “Wiosenne klasyki są moim priorytetem i to pod nie będę układał kalendarz przełajowy” – zapowiedział kolarz Jumbo-Visma, choć przyznał też, że trasa w Fayetteville mu odpowiada i start mocno go kusi.

Nie tylko Wielka Trójka

Nie ma wątpliwości, że to rywalizacja van der Poela, van Aerta i Pidcocka napędza zainteresowanie wyścigami przełajowymi. Nawet jeśli teraz Eli Iserbyt zdaje się dominować, a Toon Aerts i Quinten Hermans także prezentują bardzo wysoką formę, to i tak wszyscy wiedzą, że prawdziwą weryfikacją ich możliwości będzie pojedynek z bohaterami tego artykułu. Nie znaczy to jednak, że nie warto już teraz śledzić przełajowych zmagań. Możliwe bowiem, że dominacja van der Poela i van Aerta nie będzie już tak wyraźna, skoro z roku na rok coraz trudniej upchnąć im wyścigi przełajowe w swoich kalendarzach.

Nie wiadomo też, czy Holender i Brytyjczyk rzeczywiście uporali się już ze swoimi problemami zdrowotnymi. Może i na treningach wszystko wydaje się być w porządku, ale podczas wyścigu ciało jest poddane zupełnie innym obciążeniom. O tym też Pidcock pisał w Roadbook „Nie ma mowy, żeby ktokolwiek mógł powtórzyć wyścig przełajowy podczas treningu. Nawet jeśli spróbujesz to symulować od samego początku i cały czas jedziesz mocno, to nie zbliżysz się do tego, co robisz w czasie wyścigu przełajowego. W czasie wyścigu po prostu nie czujesz, jak to wszystko boli. Im szybciej jedziesz, tym więcej adrenaliny płynie, a ty czujesz się lepiej”

To Top