Felietony

Bomba. Zwierzenia polskiego kolarza – część pierwsza

Zapraszamy naszych czytelników do wejrzenia w świat polskiego kolarstwa okiem jednego z zawodników. W tym cyklu publikujemy przemyślenia spod pióra profesjonalnego kolarza, który pokaże wam jak wygląda codzienność, kiedy kolarstwo jest twoją pracą.

Życie w tułaczce i rola stacji benzynowej

Przeciętnie, w życiu każdego człowieka na myśl o weekendowym wyjeździe pojawia się uśmiech na twarzy, a w głowie nakreśla się plan na wypoczynek. Ten aktywny, podczas wędrówek, zwiedzania okolicy, podziwiania architektury, bądź ten mniej aktywny, bo jak wiadomo nie od dziś, proste przyjemności, to najcenniejszy towar, stąd popołudnie w klapkach, z piwem przy grillu rozpala nas jeszcze bardziej. Zazwyczaj wybieramy jakieś komfortowe ubytowanie i przywiązujemy do tego uwagę, w końcu zamierzamy tam spędzić trochę czasu.

Jak zauważyliście na wstępie… Przeciętnie.

Nie od dziś wiadomo, że kolarze, amatorzy czy zawodowi, weekendy spędzają zgoła inaczej, a różnica polega na tym, że ci pierwsi wybierają sobie kierunek i miejsce noclegu, a ci drudzy kierunek mają podyktowany lokalizacją wyścigu. A nocleg… No właśnie.

I między innymi o tym chciałbym Wam opowiedzieć.

Zapewne kojarzycie tę historię, w której zawodowa drużyna jedzie na wyścig, a obsługa tejże ekipy wymienia właśnie materace w hotelu, w którym będą spali i wymienia rodzaj makaronu, który będzie serwowany. Brzmi jak bajka, ale skłamałbym gdybym powiedział że to standard. 

Nasz weekendowy wypad z chłopakami zaczyna się już w czwartek. Spakowani w samochody dojeżdżamy do małego miasteczka, w którym będziemy do soboty, bo w wtedy jedziemy wyścig w Czechach, po to żeby z Czech szybko przemieścić się na GP Doliny Baryczy w Żmigrodzie. Z racji tego, że każdy z nas jest praktycznie z innej części Polski, wszyscy dojeżdżamy osobno, a ponieważ ja jeszcze nie wiem jak wygląda nasz nocleg i czego się spodziewać, to oczywiście jestem spakowany jak na koniec świata. Bo brak porannej kawy jest przecież równoznaczny, prawda? Zatem mam spakowaną swoją kawę, pudełka z jedzeniem, swoje sztućce i ulubioną miskę na owsiankę. W tym czasie dzwoni do mnie kolega, śmiejąc się, że są nawet ekskluzywne filiżanki do kawy, w postaci szklanki w koszyczku, kawa też jest, oczywiście tzw. “fusiara”. Mi to nie przeszkadza bo właśnie taką wożę ze sobą. Mówi też, że będziemy mogli poczuć się jak na zielonej szkole, bo mamy pokój na oko dziewięć metrów kwadratowych i dwa, piętrowe łóżka. W sam raz, jak na czterech, dorosłych facetów.

Z racji tego że obraz naszego noclegu zaczyna mi się coraz bardziej kształtować, dodaję gazu, żeby dojechać tam jako drugi i wybrać sobie łóżko, które nie skrzypi. Będzie skrzypieć pod kimś innym, ale przynajmniej to nie przeciwko mnie będzie zawiązana komitywa, która będzie zabraniać ci się ruszać w nocy. Nauczeni doświadczeniem, szukamy wszystkiego w pokoju, co może wpływać na problemy ze snem. W ten sposób wszędzie gdzie w tym sezonie spaliśmy, zostawiliśmy wyciągnięte bateryjki z zegarów naściennych. Kiedyś można byłoby je zabrać do odtwarzacza MP3, ale teraz po prostu je zostawiamy na stole.

W sobotę po wyścigu, gdzie na ostatnich kilometrach do mety złapała nas sroga ulewa, staramy się jak najszybciej spakować i gnać na drugi, 300 kilometrów dalej. Ze względu na to, że nie ma już opcji na powrót na nasz nocleg, prysznic odbywa się z “baniaka”, albo z lancy przenośnej myjki i trzeba szybko się ewakuować. Po wyścigu od razu spożywamy posiłek – najczęściej ryż z miodem i twarogiem, lub coś podobnego, ale bardziej niż pewne, że za chwilę krótszą niż dłuższą, będziemy wypatrywać czerwonej stacji na literę O. Nasz wybór podyktowany jest pragmatycznym marzeniem o przemyciu twarzy, kawie i bułce z oferty restauracyjnej tejże stacji. Niestety, ale złote łuki omijamy z daleka, a nie wszędzie po drodze jest Subway.

Tym razem wiemy, że nocleg mamy w hotelu. Co prawda nie jest to Sheraton, ale humor jakby trochę lepszy. Do czasu. Po przyjeździe doń okazuje się, że na dole, w hotelowej sali jest wesele. Zatem z odpoczynku i wyciszenia nici. Widok zza okna – park przy biedronce, z którego dobiegają różne odgłosy, a apogeum to przyjazd policji na wezwanie do bójki o drugiej w nocy w tym parku. Przynajmniej większość naszego kolarskiego dobytku została zabrana z wozu i jest zamknięta na klucz. Nie wiem, czy gorzej spać w słabej agroturystyce, ale mieć możliwość zrobienia śniadania po swojemu, czy spać na w miarę wygodnej pryczy, w zamian za zależność od Pani bufetowej. Oczywiście zdarza się dobre śniadanie, które pokrzepi do walki, ale też zdarzy się jajecznica, która wygląda i smakuje jak z plastikowych jaj.

Akurat ten weekend sportowo był dość udany. Siebie nawzajem mamy jednak dosyć. Po wyścigu zazwyczaj jeszcze idziemy razem coś zjeść i napić się kawy, żeby wkrótce rozjechać się każdy w swoją stronę. Nerwowo reagujemy gdy na pożegnanie, któryś z nas rzuci “do jutra chłopaki”.

Popularne

To Top