Świat

Paryż – Roubaix: Sonny Colbrelli królem bruków

Paryż-Roubaix
Paryż-Roubaix / fot. ASO

Sonny Colbrelli (Bahrain Victorious) wygrał tegoroczną edycję Paryż – Roubaix, jednego z kolarskich monumentów.

Na trasę “Piekła Północy” kolarze powracali po ponad dwuletniej przerwie. Po raz ostatni rywalizowali wiosną 2019 roku, a by oddać, że w kolarstwie to epoka wystarczy powiedzieć, że Primoż Roglić nie miał wtedy jeszcze żadnego (z trzech aktualnie posiadanych) triumfu w Vuelta a Espana w dorobku, a Tadeja Pogacara jako kandydata do triumfu w Tour de France traktowano wciąż jako ciekawostkę, a nie realnego kandydata.

Powrót Paryż-Roubaix od samego początku zapowiadał się pasjonująco, przede wszystkim z uwagi na skrajnie niekorzystne prognozy pogody. Jak pokazała trasa – te sprawdziły się co do joty a deszcz i wiatr sprawiały, że walka na dystansie 257 kilometrów przybierała wręcz ekstremalny wymiar.

źr. La Flamme Rouge

Niedługo po starcie rozpoczęła się walka o zawiązanie się odjazdu, który w żadnym wypadku nie był jednak typową akcją nastawionych na dobrą ekspozycję telewizyjną zawodników. Do szarży błyskawicznie ruszyły najmocniejsze drużyny, a po długiej walce utworzyła się liczna, 25-osobowa grupa w skład której weszli: Harry Sweeny, Tosh Van der Sande (Lotto Soudal), Davide Ballerini (Deceuninck-QuickStep), Edoardo Affini, Timo Roosen, Nathan Van Hooydonck (Jumbo-Visma), Tom Van Asbroeck (Israel Start-Up Nation), Jasper Philipsen (Alpecin-Fenix), Toms Skuijns (Trek-Segafredo), Fred Wright (Bahrain Victorious), Greg Van Avermaet (AG2R Citroen), Stefan Bissegger (EF-Nippo), Andre Carvalho (Cofidis), Vegard Stake Laengen (UAE Team Emirates), Gianni Moscon (Ineos), Florian Maitre (TotalEnergies), Luke Durbridge, Robert Stannard (BikeExchange), Evaldas Esiskevicius (Delko), Matteo Jorgenson (Movistar), Luca Mozzato (B&B Hotels-KTM), Luke Rowe (Ineos), Max Walscheid (Qhubeka), Florian Vermeersch (Lotto Soudal) i Nilks Eekhoff (DSM). Peleton, a raczej to, co z niego zostało, jechał ze stratą około dwóch minut.

Naturalnie, rywalizacji nieustannie towarzyszyły kraksy. Największy pechowiec – wymieniany w szerokim gronie faworytów Stefan Kung (Groupama-FDJ) “leżał” przed półmetkiem dystansu już trzy razy. 130 kilometrów przed metą od ucieczki odskoczyła czwórka kolarzy, ale po chwili zostało ich… dwóch, po pozostali leżeli w kraksach. Upadali nawet zabiezpieczający trasę motocykliści.

https://twitter.com/IntermarcheWG/status/1444643509949145099

90 kilometrów od mety w kraksie na Arenbergu “złapany” został Wout van Aert (Jumbo-Visma), co wykorzystał Matheiu van der Poel (Alpecin-Fenix) zyskując nad nim kilkanaście sekund. Ostatecznie zdołał jednak dojechać do swojego głównego rywala.

85 kilometrów od mety w czołowej grupie pozostawało 14 zawodników. Za nimi uformowała się grupa najsilniejszych z “pozostałych”, w której obok dwóch gigantów byli też Sonny Colbrelli (Bahrain-Victorious) czy Zdenek Stybar (Deceuninck – Quick Step). Strata do czołówki wynosiła już niespełna minutę. Sytuacja zmieniała się dynamicznie.

55 kilometrów od mety na czele była trójka: Vermeersch, Moscon, Van Asbroeck. Kolejna grupa traciła 45 sekund, a faworyci – 90. Na atak zdecydował się Włoch, gubiąc towarzyszy. Ci zostali dogonieni przez grupę Mathieu van der Poela i Sonny’ego Colbrellego (Bahrain-Victoriuos). 37 km od mety Holender rzucił się w pogoń za Mosconem, ale nie udało mu się oderwać.

Samotny lider 30 kilometrów od mety miał defekt i musiał zmieniać rower, tracąc sporą część przewagi. Niedługo później, na sektorze bruku znów potrzebował pomocy mechaników i jego przygoda w zasadzie się skończyła. Dogoniła go piątka: MvdP, Vermeersch, Van Asbroeck, Guillaume Boivin (Israel Start-Up Nation) i Sonny Colbrelli. Wout van Aert tracił półtorej minuty.

Kraksa zatrzymała Van Asbroecka i Boivina, a pozostała trójka dogoniła Moscona 16 km od mety. Razem pokonywała kolejne kilometry i jasnym było, że między sobą rozdzieli kwestię zwycięstwa. W finałowym sprincie zwyciężył Colbrelli.

To Top