Felietony

Majka jeden wie

Rafał Majka
Rafał Majka / fot. UAE Team Emirates

Niedzielny triumf Rafała Majki dał wiele radości nie tylko polskim kibicom kolarstwa, którzy niczym kania dżdżu wyczekiwali sukcesu rodaka. To przede wszystkim wytchnienie dla “Zgreda”, który po wielu trudnych dla siebie latach powraca na kolarski szczyt.

1457 dni – tyle czekał Majka na to, by ponownie móc wznieść ręce w geście triumfu. Wypełniały je chwile optymizu, ale w większości – zawodów i niepewności. Zawodów, bo Polak czy to jako lider BORA-hansgrohe na Tour de France, czy później, już jako zawodnik na pograniczu “szefa” i wolnej ręki rywalizował w Giro d’Italia, nie był w stanie sprostać narastającemu ciężarowi oczekiwań.

Ciężarowi, który mimowolnie nasuwał się ja jego barki. Ciągnąca się seria startów bez wygranej musiała niezwykle mu doskwierać, a składało się na to wiele przyczyn. Niewykorzystane szanse w niemieckiej formacji nie poprawiały jego pozycji, a brak sukcesów niepokoił też kibiców. Ci, jak to bywa, podzielili się na dwa obozy – jeden, jak to w wielu wypadkach bywa uważał, że “Majka się skończył” i do dawnej formy już nie wróci, drugi – z maniakalnym uporem trwał z nadzieją, że “ten dzień” w końcu nadejdzie.

I ja taką nadzieję miałem. Wielokrotnie. Już nawet podczas tegorocznej Vuelty przeżyłem małe rozczarowanie, gdy przed tygodniem “Zgred” mimo odjazdu zaskakująco szybko odpuścił walkę o skalp. Kładłem się spać zawiedziony, ale dwa dni później (poniedziałek na Vuelcie to odpoczynek) rano zerkałem na profil i znów myślałem: “A może to TEN dzień?”

No i w końcu nadszedł.

Rafał jeden wie, jak długą drogę przeszedł przez ostatnie cztery lata, a zwłaszcza – ostatnie miesiące, gdy kryzys formy nałożył się z rodzinną tragedią. Jak długo musiał walczyć, by znów być w należnym sobie miejscu – na najwyższym stopniu podium. Chwała mu za to, że nigdy się nie poddał. I już nigdy się nie podda. Tego jestem pewien.

Popularne

To Top