Świat

Dzień wolnego, czyli I tydzień Tour de France za nami

ASO/Charly Lopez

We wprowadzeniu do zapowiedzi Wielkiej Pętli zwracałem uwagę, że wielokrotnie Tour de France bywał nudny i mało ciekawy, a wizerunek wyścigu jako takiego ratował jedynie jego prestiż. W tym roku ściganie jest jednak znakomite i to pomimo zdecydowanej przewagi Tadeja Pogacara po 9. etapach. Co zatem utkwiło w pamięci najbardziej?

Wyjątkowo ciekawa trasa

Oczywistym jest, że nawet najbardziej finezyjnie skomponowana trasa nie zapewni nam emocji, bo poza tym jak fantazja poniesie organizatorów to i fantazja musi ponieść kolarzy. W tym roku zdaje się, że oba te warunki zostały spełnione, bo w ciągu dziewięciu dni ścigania dano możliwość wykazania się zawodnikom praktycznie każdej specjalności. Pagórkowate otwarcie w Bretanii w połączeniu z maratońskim etapem do Le Creusot dało szansę “klasykowcom”, trzy sprinterskie odcinki dla najszybszych w stawce, dwie górskie gonitwy i czasówka – to wszystko sprawiło, że od pierwszego dnia mieliśmy sporo atrakcji i chyba jeszcze nie było etapu o którym można by powiedzieć, że był nudny.

Niesamowity Mark Cavendish

Ostatni raz tyle komplementów spłynęło na Manxmana zapewne kilka lat temu, ale przyznać trzeba, że na każdy z nich zasłużył. Mając na uwadze fakt, że jeszcze jesienią wydawało się, że ta kariera dobiega końca dwa etapowe zwycięstwa w Tour de France sprawiają, że ta historia staje się jeszcze bardziej niesamowita. Kolejnymi smaczkami jest to, że oba zwycięstwa powtórzył w miejscach w których triumfował także przed laty. Patrick Lefevere musi być wyjątkowo zadowolony z decyzji o zostawieniu Sama Bennetta w domu, bo nie dość, że Cav zgarnia etapowe zwycięstwa to ma szanse na pobicie historycznego rekordu Eddy’ego Merckxa, a nie dość, że Manx Missile jest w doskonałej formie to dodatkowo kilku jego największych rywali już wypisało się z dalszej zabawy. Przyznam się, że nie byłem nigdy największym fanem Cavendisha, bo nie był nigdy najczyściej finiszującym sprinterem, ale gorąco mu kibicuję, by rekord Kanibala pobił – najlepiej w odpowiednim do tego momencie, czyli na Polach Elizejskich

Tadej Pogacar can into space

Wydaje mi się, że Słoweniec jest w takiej formie, że poza jazdą w Tour de France mógłby wyjść z grupy na Euro, dojść do finału Wimbledonu i objechać Nikitę Mazepina w Grand Prix F1 jadąc rowerem. No trudno cokolwiek powiedzieć innego, niż to, że Pogacar jest w kosmicznej dyspozycji. Podczas czasówki nie tylko zdemolował głównych rywali w walce o klasyfikację generalną, ale przede wszystkim takiego fachowca od tej specjalności jak Stefan Kung. Natomiast to co lider wyścigu zrobił podczas etapu do Le Grand Bornard będzie pamiętane latami, podobnie jak akcje Alberto Contadora na Fuente De i Aramon Formigal czy rajd Chrisa Froome’a na Finestre (tak tak, Landisa też pamiętamy). Słoweniec zdemolował rywali, w niedzielę im jeszcze poprawił, ale okazał nieco ludzkiej twarzy i nie dołożył im znów kilku minut, a łaskawie kilkadziesiąt sekund. Jakby to nie był zużyty zwrot to musi jednak paść – tylko kataklizm odbierze Pogacarowi drugą wygraną w Tour de France. Mam tylko nadzieję, że zawodnik UAE-Team Emirates nie będzie chciał zabrać się za gonienie Lachlana Mortona.

Loneliness of the Long Distance Runner

Tytuł filmu z 1962 roku czy nazwa znakomitego utworu Iron Maiden idealnie pasuje do tego, co wspomniany wyżej Lachlan Morton robi nieco w cieniu Touru. W czasie, gdy peleton Wielkiej Pętli cieszy się wszystkimi urokami dnia wolnego Australijczyk z EF-Nippo kręci kolejne kilometry i po 10 dniach jazdy jest już na trasie 12. (!!!) etapu. W obecnej chwili ma przejechane już ponad 3000 kilometrów i do mety na Polach Elizejskich pozostało już mu “tylko” niecałe 2500 kilometrów. Jeśli jakimś cudem udało Wam się jeszcze ominąć przygodę Lachy’ego to koniecznie śledźcie social media EF-Nippo i stronę alttour.ef.com, gdzie codziennie pojawiają się aktualizacje przygody Australijczyka.

Nieudany Tour de France Petera Sagana

Rzecz jasna – póki co ten wyścig nie jest najlepszy dla Słowaka, bo rzecz jasna jest jeszcze wiele etapów na których trzykrotny mistrz świata będzie mógł się pokazać z jak najlepszej strony. Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że pierwsze 9 etapów było średnie, by nie powiedzieć – słabe. Dwa piąte miejsca to zdecydowanie poniżej możliwości Sagana, który przecież z racji swojej wszechstronności miał ponownie zawalczyć o zieloną koszulkę. Na usprawiedliwienie trzeba przyznać, że zawodnik Bora-hansgrohe leżał w kraksach, a to zapewne nie pomaga w walczeniu o wysokie lokaty. Mam nadzieję, że Sagan jeszcze pokaże w tym wyścigu na co go stać i spróbuje nawiązać walkę z Cavendishem w klasyfikacji punktowej.

Wielu chętnych do podium

Wydawać by się mogło, że skoro Pogacar odskoczył całej stawce wyjątkowo daleko, a do tego spore grono przedwyścigowych faworytów albo już nie jedzie albo jest daleko w generalce to mamy po emocjach w wyścigu. Nic bardziej mylnego! Trzeciego w klasyfikacji generalnej Rigoberto Urana od 11. Pello Bilbao dzieli ok. 3 minut i w zasadzie każdy spośród tego grona może do samego końca być w grze o to by stanąć na podium w Paryżu. Nawet będący na 12. miejscu Mattia Cattaneo i 13. Aurelien Paret-Peintre są w zasięgu jednej udanej ucieczki od doskoczenia do szerokiej czołówki, a to sprawia, że na pozostałe dwa miejsca na “pudle” mamy w zasadzie dziesięciu chętnych. Uran i Carapaz to oczywiście dwie najbardziej prawdopodobne opcje, ale nie odmawiam szans nawet takim zawodnikom jak Lutsenko czy Gaudu. Ba, plasujący się na 2. pozycji Ben O’Connor z racji sporego zapasu nad wspomnianą dziesiątką zawodników także może być bardzo długo w grze o najwyższe pozycje. Nawet szanse ma Movistar i Enric Mas i to pomimo tego, że znów zameldowali się we Francji z “letnią drużyną” 🙂

To Top