Świat

Dzień wolnego, czyli I część Giro za nami

Taco van der Hoorn
Taco van der Hoorn / fot. Intermarche - Wanty

“Pierwszy tydzień” był jednym z tych dłuższych i na dzień wolnego kolarze musieli czekać aż 10 dni. Co więc wydarzyło się podczas pierwszej części Giro d’Italia?

Mikel Landa

Cóż, miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze. Nie ma Hiszpan szczęścia, bo albo rywale byli mocniejsi, albo “taktycznie perfekcyjna” drużyna, albo – jak w tym przypadku – kraksa i konieczność wycofania się z wyścigu. Choć Landa błysnął zaledwie tym, że przyjechał wraz z kilkoma innymi faworytami na 4. etapie (i to w zasadzie na dość dalekim miejscu) to “hype train” lidera Bahrain Victorious zdążył nabrać sporej prędkości i kraksa podczas piątego dnia rywalizacji była dla jego kibiców jak zderzenie ze ścianą. Trudno, wierzę, że Landa wróci szybko do zdrowia i jeszcze nas w tym sezonie zaskoczy.

Natomiast podziękowania dla księcia Nassera… Milczenie jest złotem, jak mówią 😉

Uciekinierzy

Tegoroczny wyścig jest wyjątkowo sprzyjający tym którzy nie boją się długich i pozornie straceńczych akcji. Dzięki temu mogliśmy już oglądać wspaniałe triumfy Taco van der Hoorna, Joe Dombrowskiego, Gino Madera i Victora Lafay, a do tego obecność w odpowiednim odjeździe dała różowe koszulki Alessandro de Marchiemu i Atilli Valterowi. Dość powiedzieć, że gdyby nie atomowy atak Egana Bernala to na szutrach prowadzących do Campo Felice z wygranej mógł się cieszyć Geoffrey Bouchard.

Pierwsza połowa Giro pokazała więc, że nawet w obliczu tak mocnych ekip jak Ineos Grenadiers czy Bora-hansgrohe warto atakować, bo zawsze jest możliwość spektakularnego zwycięstwa po całym dniu w ucieczce, a ambitna i agresywna jazda daje efekty w postaci tak pięknych sukcesów jak wspomniana wygrana van der Hoorna.

Sprinterzy bez okazji do sprintu

Żaden z zawodników nie zdominował finiszów z peletonu. Po jednym zwycięstwie zanotowali Tim Merlier i Peter Sagan, a mający dwa etapowe skalpy Caleb Ewan już się wycofał i nie zawalczy o maglia ciclamino. Sama walka o koszulkę najlepszego sprintera może być o tyle ciekawa, że ze względu na zaledwie jeden płaski etap jaki pozostał do końca wyścigu to cyklamenowa koszulka wcale nie musi trafić do sprintera. Prowadzący w tej klasyfikacji Peter Sagan jest jednak w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że ze względu na swoją ogromną wszechstronność może zaatakować na jednym z etapów i powalczyć o wygraną nawet z ucieczki, a górskie odcinki są punktowane na mecie gorzej niż te dedykowane najszybszym w stawce.

Ścisk w generalce

Naturalnie wciąż przed nami najcięższe etapy tegorocznego wyścigu, ale po 10 etapach dziewięciu zawodników mieści się w zaledwie minucie. Dotychczasowe odcinki nie sprzyjały zrobieniu dużych różnic w klasyfikacji generalnej i wydaje się, że te mogą powstać po “mini Strade Bianche” już w środę. Wyrównana stawka i niezbyt (przynajmniej dla tych najmocniejszych) wymagające wspinaczki do San Giacomo, Guardia Sanframondi czy (mimo wszystko) Campo Felice spowodowały, że sprawa zwycięstwa jest wciąż bardzo otwarta i nie można ostatecznie skreślać zawodników mających nawet ponad 3 minuty straty, jak chociażby Pello Bilbao.

George Bennet & Vincenzo Nibali

Nowozelandczyk wydaje się być chyba największym rozczarowaniem tegorocznego wyścigu. Będący dotychczas głównie pomocnikiem Primoza Roglica czy Stevena Kruijswijka miał okazję pokazać, że jest zawodnikiem tego samego kalibru co jego klubowi koledzy i pozwolić szefostwu Jumbo-Visma widzieć w nim kolejnego lidera na trzytygodniowe wyścigi. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna dla Bennetta, bo traci on już ponad 10 minut w generalce i do końca wyścigu pozostanie mu już tylko szukanie okazji do walki o etapowy triumf.

Enzo Nibali… cóż, możemy oczywiście mieć na uwadze to, że Rekin zapewne najlepszą formę ma odłożoną na trzeci tydzień rywalizacji, ale póki co wszystko wskazuje na to, że ta forma będzie bardziej przydatna do wspomagania Giulio Ciccone niż do włączenia się do walki o trzecie Giro w karierze i choć trzeba mieć na uwadze to, że przygotowania do walki o maglia rosa zakłóciła kontuzja to być może jesteśmy świadkami zmierzchu kariery jednego z największych specjalistów od wielkich tourów w ostatnich latach.

Remco Evenepoel & Giulio Ciccone

Byłem wśród sceptyków jeśli chodzi o start młodego Belga w Giro d’Italia. Trudno zresztą nie być sceptycznym jeśli obecny wicelider wyścigu miał tak ogromną przerwę w startach spowodowaną drastycznym wypadkiem jaki miał miejsce podczas zeszłorocznego Il Lombardia. Być może póki co dobrej pozycji Evenepoela sprzyja fakt, że za nami dopiero ta łatwiejsza część wyścigu, a lider ekipy Deceuninck-Quick Step bardziej skupiał się na kontrowaniu akcji rywali niż na atakowaniu ich, ale trzeba przyznać, że póki co młody podopieczny Pata Lefevere’a imponuje.

Giulio Ciccone jest tym który mnie zachwycił najbardziej na przestrzeni pierwszych dziesięciu dni. Przystępował do startu w cieniu wielkiego Nibalego, rozpoczął zgodnie z oczekiwaniami, czyli kiepską czasówką, ale od tego czasu praktycznie z dnia na dzień jest coraz wyżej w klasyfikacji generalnej. Jedzie agresywnie, atakuje niemal w każdej możliwej sytuacji, a do tego nawet Vincenzo Nibali przyznał, że pora rozważyć Ciccone jako lidera Trek-Segafredo w tym wyścigu. Do dnia przerwy znakomity góral z Chieti przystępuje na 4. pozycji w generalce ze stratą 37 sekund do Egana Bernala i mając perspektywę najcięższych wspinaczek tego wyścigu przed sobą wierzę, że Włoch zawalczy o wygraną w całym Giro.

Skoro nie ma Landy to wierzę w Ciccone. Ciccone is the new Landa 🙂

To Top