Felietony

Blisko, coraz bliżej

Mediolan - San Remo
Mediolan - San Remo / fot. organizatorzy

Już 20 marca rusza Mediolan – San Remo, wyścig nazywany wiosennymi mistrzostwami świata. Słynna Primavera, na poważne otwierająca kolarski sezon. I impreza, na którą wielu kibiców czeka długie miesiące. Nie, żeby wcześniej nie działo się nic, ale były to raczej przekąski przed głównym daniem.

W jednym z odcinków serialu “Przyjaciele”, kiedy bohaterowie dyskutują o znaczeniu pocałunków dla mężczyzn, Chandler porównuje go do występu komika przed koncertem Pink Floyd, natomiast Ross uzupełnia, że nie chodzi o to, że ktoś nie lubi komika, po prostu nie na niego kupił bilet. Przenosząc to na grunt kolarski, w pewnym sensie owym koncertem Pink Floyd jest dla mnie właśnie Primavera. A wszystko, co wcześniej, występem komika…

Rzecz jasna nie chodzi o umniejszanie roli takich wyścigów jak Omloop Het Nieuwsblad, Strade Bianche czy Paryż – Nicea. To wszystko bardzo ciekawe imprezy, emocjonujące i będące interesującym preludium do dalszej części sezonu. Tyle tylko, że nie mają w sobie tej magii, którą ma Mediolan – San Remo i jeszcze kilka innych wyścigów w sezonie, na które czeka się cały rok.

Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że przecież Strade Bianche to również piękna impreza, zyskująca coraz więcej fanów, a akcje takie, jak tegoroczne zwycięstwo Mathieu van der Poela przechodzą do historii. I to wszystko prawda, ale jednak przed tą imprezą jeszcze sporo pracy, żeby zyskać sobie taką renomę, jaką cieszy się Primavera. 

To wszystko, co oczywiste, bardzo subiektywna sprawa. Ktoś może być zakochany w wyścigu Paryż- Nicea albo UAE Tour i oglądać godziny powtórek, analizując każdy kilometr danego etapu. I ma święte prawo uważać, że Mediolan – San Remo przy tym to zwykły wiejski festyn. Dla mnie i dla wielu fanów kolarstwa, to jednak prawdziwe rozpoczęcie wielkiego ścigania.

Moja fascynacja tym wyścigiem zaczęła się na dobre w 1999 roku, kiedy to Primavera była jednym z elementów cyklu Pucharu Świata, a Zbigniew Spruch, wtedy w barwach Lampre, wywalczył trzecią pozycję. To był dla niego znakomity sezon, w którym kilka razy plasował się w czołowej “10”. I od tamtej wiosny zawsze czekam na ten wyścig.

Bagaż emocjonalny zawsze jest dla kibica kluczowy, nie inaczej jest tutaj. Teraz też czekam na to, co wydarzy się 20 marca. Przed kolarzami prawie 300 kilometrów i jak zwykle legendarne podjazdy Cipressa i Poggio. Trasa w porównaniu z poprzednią edycją uległa tylko niewielkim modyfikacjom, zatem wiemy już, czego możemy się spodziewać. Emocji zabraknąć nie powinno.

To niestety kolejna impreza, w której obok rywalizacji sportowej będziemy zastanawiać się, czy aby kogoś z uczestników nie dopadnie koronawirus. Niewykluczone, że niektórych kolarzy z tego powodu nie zobaczymy na starcie. Nie mamy jednak na to żadnego wpływu, możemy mieć tylko nadzieję, że pierwszy z wielkich wiosennych klasyków ominie zmora, towarzysząca nam od ponad roku.

Nic to jednak, nie ma co psuć sobie przyjemności. Kilka godzin transmisji, legendarne podjazdy i najlepsi kolarze świata. Na taką wiosnę człowiek czeka przez te zimowe miesiące! 

Oczywiście nie wiem, czy tegoroczna edycja będzie jak koncert Pink Floyd czy raczej jak występ Iwana Komarenki na wiecu antycovidowców. Natomiast właśnie na ten występ kupuję bilet i czekam z utęsknieniem, gromadząc zapasy wafli ryżowych i wody z cytryną. Bo przecież nie chipsów i piwa! 

Popularne

To Top