Felietony

Strade Bianche

Strade Bianche
Strade Bianche / fot. RCS Sport

Zaglądając na zapowiedzi wyścigu, czytając komentarze przed jego rozpoczęciem, oglądając  transmisję na żywo i patrząc na kłęby białego, toskańskiego kurzu unoszącego się nad sylwetkami kolarzy, myślałem, że to ciekawe. Ciekawe, że wyścig, który ma tak krótką historię (jedynie 15 edycji, w World Tour dopiero od 2017 roku), w tak szybkim czasie zyskał tak dużą renomę oraz popularność.

Co najważniejsze, nie jest to pusta wydmuszka, napompowana przesadzonym marketingiem opartym na pieniądzach sponsora myślącego tylko o przychodach z reklam. To jest prawdziwa chęć udziału zawodników akurat w tej rywalizacji i wielki prestiż, jeśli na prowadzącej na Piazza del Campo w Sienie Via Santa Caterina uda ci się wyprzedzić rywali i minąć metę jako pierwszy.

Strade Binache ma dla mnie dwa oblicza. Aspekt makro, a w nim liczby. Trasa o długości 136 km dla kobiet, 184 km dla mężczyzn, 11 sekcji szutrowych, najdłuższa o długości prawie 12 km, średnia moc 1004W wygenerowana przez tegorocznego zwycięzcę Mathieu van der Poela z końcówką o maksymalnej wartości 1362W. Kosmos. Kraksy. Zamęt. Chaos. Jako rowerzysta ugryziony w zeszłym roku na trasie przez psa i odbiorca trzech serii zastrzyków przeciw wściekliźnie, łapałem się za głowę widząc kundle latające wzdłuż trasy wyścigu. Nie mniejsze wrażenie robili kolarze wylatujący na zakręcie z trasy, czy też często gęsto spadający lub schodzący z roweru przez defekt pojazdu, drogę lub błąd kolegi.

Brwi pozostają uniesione w górę, kiedy powrócisz na chwilę do liczb i dowiesz się, co się działo na trasie wyścigu w 2018 roku. Tego roku we Włoszech w marcu do wiosny było tak blisko, jak w Polsce co roku do podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Wtedy to przy niskich temperaturach w okolicach Sieny lunął potworny deszcz, a szutrowe drogi zmieniły się w błotniste koryta. Skutkowało to tym, że ze 147 osobowej stawki tylko 53 kolarzy ukończyło wyścig, w tym aż 20 powyżej limitu czasu. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce “Tiesj Benoot strade bianche 2018” żeby zobaczyć na zdjęciach twarz zwycięzcy i piekło, przez jakie musiał przejechać, by wygrać, jak to określił finiszujący na drugim miejscu Romain Bardet, “wyścig w dantejskich warunkach”.

A aspekt mikro? Tu wjeżdża na koniu, nomen omen, cały na biało, pan żwirek. To nie nazwa nowej zabawki twojego kota, ale element składowy jednej z największych atrakcji, a zarazem trudności toskańskiego wyścigu – szutru. Ja się nie boję białych tras. I nie cackam się za bardzo ze sprzętem. Jasne, o rower trzeba dbać, ale on też ma jeździć, więc kiedy na nowej trasie pojawia się odcinek szutrowy, to wjeżdżam weń jak dzik w szyszki i jest przygoda. Zwykle mniej więcej wiem/przeczuwam/jestem w stanie ocenić, czy dany odcinek ma znośną odległość do przejechania. Ona w moim przypadku wynosi około kilometr, dwa, może trzy. To jeszcze jest do wytrzymania, raczej nie uszkodzi sprzętu, ciała też za bardzo nie powygina. Kilometr, dwa, może trzy.

Na Strade Bianche średnia długość sektora szutrowego to 5 km, a najdłuższy odcinek ma ich aż 12 . Patrząc na jazdę kolarzy przez sektory szutrowe widać kurz, ale nie widać tego, co im najbardziej doskwiera. Odczuwanych na całym ciele drgań, rozpryskujących się na wszystkie strony kamyczków, nie ustających ani na moment minimalnych poślizgów, z których składa się twój tor jazdy i które powodują stałe napięcie mięśni i absolutnie najwyższą koncentrację. We wszystkich opisach Strade Bianche pojawiają się informacje na temat podjazdów. Nie dość, że szutry, to jeszcze pod górę. Wjechanie po białej drodze na górkę o nachyleniu 10% jest na pewno sporym wyzwaniem, ale ja bardziej chciałbym zapytać kolarzy, jak oni zjeżdżają. Bo nie dość, że żwiry, to jeszcze w dół?

W zeszłym roku podczas wypadu na Łysą Górę zabłądziłem. Trasę trochę zaplanowałem, trochę pojechałem na przygodę i tzw. “pałę”, co ostatecznie skutkowało znalezieniem się w dzikim lesie z odcinkiem szutrowym. Segment zawierał podjazd, nie za stromy, może jakieś 5%, ale kiedy wjeżdżasz na szutry, a tym samym w sekwencję mini drgań, mikro poślizgów i kamyczków rozbryzgujących się i stale wybijających cię z rytmu jazdy, nawet tak niewielkie pochylenie staje się nie lada górą do zdobycia. Kiedy więc wyjechałem na szczyt i natrafiałem na drogę prowadzącą do cywilizacji, za chwilę zaczął się zjazd, który początkowo wydawał się przyjemnością.

To jednak nie trwało zbyt długo, ponieważ już po kilkunastu metrach sytuacja drastycznie się zmieniła, a serce zaczęło się przesuwać coraz bliżej gardła. Kiedy na szutrze zaczynasz nabierać rozpędu, brak kontroli nad torem jazdy z aspektu mikro w błyskawicznym tempie przesuwa się w stronę makro. Wszystkie mini poślizgi i mikro wstrząsy intensyfikują się, a ty masz poczucie, że zupełnie tracisz kontrolę nad rowerem i słyszysz unoszący się nad twą duszą bulgot smoły gotującej się w dantejskich kręgach piekielnych. Centymetry, milimetry, ociupinki decydują o tym, czy przejedziesz rowerem po trasie czy ciałem po nawierzchni znacząc swoją skórę „szlifami” znacznie gorszymi, niż te, które ostatnio można było niedawno zobaczyć w mediach społecznościowych dwukrotnego zwycięzcy Strade Bianche, Michała Kwiatkowskiego.

“O matko, jaka to była masakra” – tak wielka jest ulga, kiedy po diabelskich szutrowstrząsach wjeżdżasz na bezpieczny i gładki asfalt.

“O ku*wa, kto wymyślił ten wyścig” – tak pisał mi kolega, kiedy wymienialiśmy się wrażeniami oglądając transmisję z tegorocznej edycji. Można sprawdzić, jak ma na imię pomysłodawca wyścigu. Ale raczej nie będziemy w stanie potwierdzić, czy tak naprawdę to on wpadał na ten szatański pomysł. Bo możliwe, że prawdziwy inspirator białego szału patrzy na nas z szelmowskim uśmiechem mieszając w gorącym garze czarną, kleistą substancję. Ten wyścig to czyste szaleństwo. I dlatego jest tak powszechnie uwielbiany. Do zakurzenia za rok!

Popularne

To Top