Polska

Skazani na wspomnienia – “odświeżamy” Strade Bianche

Michał Kwiatkowski
Michał Kwiatkowski / fot. Strade Bianche

Sobota przyniesie nam jeden z najpiękniejszych wyścigów kalendarza – Strade Bianche. Mimo krótkiej historii, toskańska impreza błyskawicznie zyskała sobie wielki poklask, a polscy fani wiązać z nią mogą wiele miłych wspomnień.

Po “białych drogach” peleton po raz pierwszy przejechał w 2007 roku, kiedy to triumfował Aleksandr Kołobniew z ówczesnego CSC. W kolejnych latach renoma wyścigu rosła w błyskawicznym tempie, przyciągając na start coraz więcej gwiazd i stając się nie tylko punktem przygotowań do kampanii północnych klasyków, ale z czasem – celem samym w sobie. Od 2017 roku włączono ją do World Touru, zaś dwa lata wcześniej ściganie w okolicach Sieny rozpoczęły także Panie.
Tyle przynudzania – przejdźmy do konkretów.

Pierwszy błysk Polaka

Edycja 2011 z pewnością nie jest pierwszą, którą w swoich wspomnieniach przytaczają polscy kibice, ale jest istotna z dwóch powodów. Pierwszym jest fakt, że bardzo dobre, 11. miejsce zajął w tym wyścigu Przemysław Niemiec (Lampre-Merida). Uwzględniając fakt, że zdyskwalifikowany został później Francesco Reda z Androni, nasz rodak przesunął się nawet na dziesiątą pozycję. Wtedy – w czasach, kiedy nasze kolarstwo dopiero zaczynało swój rozkwit to naprawdę było “coś”.

Kolejną ciekawostką jest fakt, że w wyścigu tym zwyciężył w znakomitym stylu Moreno Moser – kolarz, który kilka miesięcy wcześniej minimalnie pokonał Michała Kwiatkowskiego podczas Tour de Pologne. Wtedy jeszcze wierzono, że Włoch może zrobić naprawdę sporą karierę. Skończyło się jednak dość przygnębiająco – syn słynnego Francesco, mistrza świata, zwyciężał potem już tylko dwukrotnie, stopniowo notował zjazd w kolarskiej hierarchii, a w maju ubiegłego roku dał sobie spokój z rowerem w wieku 28 lat.

“Goodbye, Peter! This is Kwiatkowski’s race!”

Kwiatkowski – notujący świetne otwarcie roku, lecz mimo wszystko wciąż będący “na dorobku” i Sagan – już wtedy wielka gwiazda szos. Epicki pojedynek tej dwójki na ostatnich kilkunastu kilometrach wyścigu w 2014 roku elektryzował i nie pozwalał spokojnie usiedzieć w miejscu. Losy wyścigu rozstrzygnęły się dopiero podczas finałowej wspinaczki na Piazza del Campo, gdzie Polak w imponującym stylu “odczepił” rywala i wjechał na metę samotnie.

To właśnie w tym momencie, po ataku “Kwiato” angielscy komentatorzy wypowiedzieli słynne zdanie przytoczone w nagłówku. A to przecież był nie tylko wyścig, ale cały rok Michała, zwieńczony zdobyciem w Ponferradzie tęczowej koszulki.

Wszystko pod pełną kontrolą

Rzadko we współczesnym kolarstwie trafiają się wyścigi, gdzie na kilkadziesiąt kilometrów przed metą w zasadzie wiadomo już, kto wygra. Kwiatkowski w 2017 roku był jednak tak mocny, że rywale mogli tylko podziwiać jego klasę. Grał w innej lidze, a najgroźniejszych przeciwników – Grega van Avermaeta, Zdenka Stybara i Tima Wellensa – pożegnał już 17 kilometrów przed metą. Kolejne były już czystą ucztą i jednym wielkim świętem naszego kolarstwa.

Swoją genialną dyspozycję Polak potwierdził dwa tygodnie później, wygrywając Mediolan – San Remo. I tu miejsce na subiektywną opinię – od tamtej pory nie nawiązał już do tego poziomu.

Do pięciu (?) razy sztuka?

Nie ma w kobiecym peletonie zawodniczki, która tak upodobałaby sobie Strade Bianche jak Katarzyna Niewiadoma. Polka w pięciu dotychczasowych odsłonach wyścigu cztery razy meldowała się na podium, a jej najsłabszym wynikiem jest… szóste miejsce. Do pełni szczęścia brakuje tylko zwycięstwa, które najbliżej było w 2017 roku, kiedy o zaledwie dwie sekundy przegrała z Elisą Longo Borghini, dając się zgubić w krętej końcówce. Kto wie jednak, czy Polka nie ceni sobie wyżej drugiej lokaty wywalczonej rok później w iście ekstremalnych warunkach. Dość powiedzieć, że wtedy ukończyło zmagania tylko 59 kobiet – reszta… nie zmieściła się w limicie czasu.

To Top