Felietony

Jazda na czas? Nie, podróż po trans

fot. Krzysztof Bienkiewicz

Spalanie kalorii, dotlenienie krwi, zwiększenie pojemności płuc, spadek tętna spoczynkowego, wzrost objętości wyrzutowej serca, radość, swoboda, przygoda. Jazda na rowerze ma sporo zalet, ale oprócz atrybutów zarówno zdrowotnych, jak i emocjonalnych, jednoślad oferuje jeszcze jedno. Rower daje ci czas. A kiedy masz czas, posiadasz również przestrzeń na obcowanie ze swoimi myślami.

W fotografii istnieje pojęcie “magicznej godziny”. Jest to pora dnia po wschodzie oraz przed zachodem słońca, kiedy słońce jeszcze lub już nie oślepia, ale jest go na tyle dużo, że wszystko idealnie widać. Kiedy ktoś mnie pyta, dlaczego tak dużo jeżdżę na rowerze, jeśli ponad 10 tysięcy kilometrów rocznie to dużo, to czasem opowiadam o mojej magicznej godzinie.

Od pierwszych, dłuższych tras na rowerze szosowym poczułem, że ja tak naprawdę „zaczynam” jeździć od 50. kilometra, czyli po ok. dwóch godzinach kręcenia. Wcześniej jeszcze wyczuwam teren, ustawiam łańcuch, reguluję oddech, myślę, analizuję, wybiegam w przyszłe, wspominam byłe. Pośród tego rozruchu ciała i cichych rozmów z samym sobą uprawiam aktywność jazdy na rowerze. Ale po przekroczeniu 50. kilometra wszystko zaczyna się zmieniać. Kiedy mięśnie są już rozgrzane, ale jeszcze nie spuchnięte, a myśli wciąż wyraziste, ale już mniej analityczne, wszystkie elementy rzeczywistości zaczynają się łączyć, spajać, spływać, stawać wspólne i tożsame. Ruchy kończyn, rytm oddechu, ciepło słońca, opór wiatru, znikająca pod kołem szosa i pojawiający się w myślach spokój. Po dwóch godzinach mam poczucie, że przestaję uprawiać jazdę na rowerze i że tą czynnością się staję.

Nigdy nie medytowałem, ale gdy opowiadam o tym osobom, które praktykują, to często słyszę, że podczas ich sesji właśnie tak się dzieje. Że sam ze sobą spotykasz się w punkcie, w którym wyostrzenie uwagi na detale łączy się z zespoleniem z całą rzeczywistością. Wchodzisz w pewien ciąg. Wpadasz w pewien trans.

I najlepsze jest to, że nie możesz tego pierwszego etapu przeskoczyć. Że nie ma możliwości, by dojście do tego momentu przyspieszyć. Nie ma opcji przewijania do przodu, nie istnieje pigułka wywołująca ten stan. Musisz to przejechać, musisz te mięśnie rozpalić, musisz te myśli przemaglować, by ostatecznie wszystko zniknęło i stało się lekkim płynięciem w przestrzeni.

To się zaczyna po 50. kilometrze, w trzeciej godzinie jazdy, trwa kilkanaście minut lub towarzyszy ci przez kilkadziesiąt kilometrów. Nieważne kiedy się pojawia i jak długo utrzymuje. Najważniejsze, że to istnieje i jest odczuciem stale powracającym.

Horyzont pustej drogi, pęd ciepłego wiatru, pomarańcz zachodzącego słońca i cisza spokojnych myśli są esencją magicznego odkształcenia rzeczywistości zaistniałego gdzieś między Mińskiem Mazowieckim a Olesinem.

Nie uciekam od. Podróżuję do. Informuję, że…

Najlepsze substancje psychoaktywne produkuje twoje ciało.

Popularne

To Top