Felietony

Spokojnych wiraży, panie Ryszardzie

Ryszard Szurkowski
Ryszard Szurkowski

Poniedziałek. Praca. Telefon. Decyzje, zadania, ustalenia. “Dobra, to działam i zaraz wysyłam maila”. Odkładam aparat, ruszam myszką, w przeglądarce otwarte wiadomości, wzrok zatrzymuje się na nagłówku. “Zmarł Ryszard Szurkowski”.

Klikam na artykuł, czytam akapity, po ostatnim zamyślam się. Oddalam się od klawiatury i powoli osuwam w fotel. Cisza. To jeden z tych specyficznych momentów, w których zdarzenie dotyczące nieznajomej osoby wywołuje odczucia, jakby to przydarzyło się komuś, kogo znałeś osobiście. Pan Ryszard. Kolarz. Sportowiec. Instytucja. Legenda. Szurkowski. Nie żyje.

Zaczynam czytać o tym, co się działo w Jego życiu w ostatnim czasie. Najnowsze raporty, ostatnie wywiady, aktualne wiadomości. Powracam do tego, co działo się w przeszłości. Czarno-białe kadry, wiwatujące tłumy, rozemocjonowani komentatorzy. I znów chwila ciszy. Białe płatki śniegu za oknem. Delikatny szum laptopa na biurku. Myślę o tym, co jest teraz. Zastanawiam się jak to było kiedyś. Czuję narastające przekonanie, że to wszystko się łączy.

Kolarstwo współczesne to sport ekstremalny. O wielu dyscyplinach tak można powiedzieć, ale inaczej odbierasz wydźwięk tego stwierdzenia, kiedy na własnym ciele odczułeś co znaczy dług tlenowy, bomba cukrowa, nachylenie terenu oznaczone dwiema, a długość trasy trzema cyframi. Moje 10 tys. kilometrów przejechanych rocznie to dużo? Kolarze tylko na jednym wyścigu przejeżdżają 3 500 km. Piłka nożna to jest sport kontuzjogenny? Naciągnięte włókienko, a na boisku cztery karetki i tysiąc metrów kwadratowych bandaży? Tylko na zeszłorocznym Tour de France po kraksach służby medyczne odnotowały przestawiony obojczyk, wybite płuco, połamane żebra i zębatkę roweru wbitą w przedramię. Nie było zmienników, nikt się nie rozgrzewał na poboczu i wszystkie te kontuzje nie powstrzymały kolarzy od dojechania do mety zarówno etapu, jak i całego wyścigu. A kozak Bardet? Ten, który upadł i uderzył głową o asfalt? Ten, co był tak oszołomiony, że pierwsza próba powrotu na rower zakończyła się utratą równowagi i upadkiem? Tak, dokładnie ten Francuz, który zdołał się pozbierać, wrócić na trasę i dojechać do mety górskiego etapu na 27. miejscu ze stratą zaledwie dwóch minut do liderów. A to wszystko z drobną przypadłością medyczną, jaką jest wstrząśnienie mózgu.

Kolarstwo współczesne jest szalone? A to w latach 50-tych w erze Kowalskiego czy Więckowskiego? Z dętkami opasanymi w ósemkę na plecach. W białych skarpetkach i letnich czapeczkach z daszkiem. Na metalowych rowerach, z pompką na ramie, po dziurach powojennych dróg i końskich łbach czeskiej Pragi. Jakie kaski, jaka fizjoterapia, jaki człowieku catering? “Na prowiant dostawaliśmy czekoladę, ale była połamana, żeby nie szła na handel” opowiadał Stanisław Królak, pierwszy polski zwycięzca Wyścigu Pokoju z 1956 roku.

A później pojawił się Szozda, Hanusik, Mytnik oraz On i dopiero przyszły sukcesy. Wyścig Pokoju, mistrzostwa świata, medale olimpijskie. Nie pamiętam osobiście, nie widziałem w telewizji, jeszcze mnie nie było na świecie, ale jak teraz patrzę na obrazki z przeszłości to wiesz, co mnie najbardziej porusza? Ważność. Znaczenie. Dla ludzi. Dla mas. Bo szarość, bo bieda. Ponieważ gniew – na ucisk. I radość – na wygraną naszych.

W kronikach Wyścigu Pokoju jest jeden niesamowity, czarno-biały kadr. Kolarze pędzą przez wciąż nieodbudowaną po wojnie Warszawę. Przy ulicy tłum wiwatujących ludzi, obiektyw kamery kieruje się w górę. Widać budynek, jakieś dziesięć pięter, totalnie zniszczony, został sam szkielet, na fasadach dziury po pociskach. Nie ma okien, żadnych drzwi, wypalony środek, tylko ściany zewnętrze, a z ich środka na każdym piętrze wychylone głowy setek ludzi machających do peletonu pędzącego arteriami zmartwychwstałego miasta.

“Wyścig Pokoju tamtych lat to było niezwykłe wydarzenie sportowe. Był organizowany w maju, a pisało się o nim już od lutego. To był nie tylko czas kolarskiego święta dla nas, ale i czas, kiedy kolarze w biało-czerwonych koszulkach budzili i ożywiali narodową dumę. Na finiszu na Stadionie Dziesięciolecia było 100 tys. ludzi, a drugie tyle na ulicy prowadzącej do naszego hotelu”.

Tak mówił pan Ryszard o tamtych czasach. Pan Ryszard. Tak zawsze myślałem ogladając Go w telewizji. Łagodny wzrok, spokojny ton, przemyślane słowa, wyważone wypowiedzi. Spokój. Pomimo tego, co przeszedł. Syn zginął w ataku na World Trade Center. On stracił zdrowie robiąc to, co najbardziej kochał.

Co czuje rodzic, kiedy traci swoje dziecko?

“Nie mówiłem o tym nigdy, nigdzie i nikomu. Jeśli pojawiały się gdzieś jakieś moje wypowiedzi, były zmyślone i nieprawdziwe. To moje, a nie publiczne sprawy. Mam dwóch synów. O Norbercie mówiłem, drugi to Wiktor, ale nie chcę opowiadać o życiu prywatnym”.

Co myśli sportowiec, kiedy doznaje uszkodzenia rdzenia kręgowego i czterokończynowego porażenia?

“Przez kilka miesięcy nie informowałem o wypadku, ponieważ zaraz po nim myślałem, że niedługo będzie dobrze. Poza tym gdyby to się zdarzyło na wyjeździe reprezentacji Polski, w biało-czerwonej koszulce, to może byłoby inaczej, ponieważ robiłbym coś dla kogoś, dla sportu, dla ludzi. A to robiłem dla siebie. Wydawało mi się, że co komu do tego. Przecież równie dobrze można spaść ze schodów i co wtedy, też się upominać?” .

Co planuje człowiek, który nie może się poruszać o własnych siłach?

“Teraz wiem, że potrwa to dłużej i trzeba ćwiczyć. Ale mogę też zapewnić, że nie mam chwili zwątpienia, iż każdy dzień, każda praca włożona w uruchomienie poszczególnych partii mięśni  zbliża mnie do tego, że będę mógł kiedyś jeśli nie startować, to przynajmniej przyjechać na spotkanie z kolarzami i pobyć z nimi choć przez chwilę”.

Trzy fragmenty, trzy odczucia, tyle samo słów wyrażających jedno przekonanie: klasa, inspiracja, siła. 

Świata powojennych gruzów i szarej komuny już nie ma. I dobrze. Intensywności ówczesnych przeżyć niestety również. A szkoda. Na szczęście zostały materiały, na których możemy te emocje oglądać. I pamiętać o tych, którzy tak wiele ich nam dostarczyli. A także pokazali jak się szlachetnie zachować nawet na najgorszych wertepach życia.

Spokojnych wiraży, panie Ryszardzie.

Popularne

To Top