Felietony

My tego nie zrozumiemy

Ryszard Szurkowski
Ryszard Szurkowski / fot. Wikimedia Commons

Mówienie, że Ryszard Szurkowski był wielki jest zwykłym truizmem. Jego geniusz trudno ogarnąć rozumem nawet mojemu pokoleniu 30-latków.

Od rana media atakowały nas nagłówkami o śmierci Szurkowskiego oraz licznymi komentarzami ekspertów, w których słowa “legenda”, “ikona” czy “geniusz” powtarzały się regularnie. Możemy przeczytać o jego medalach mistrzostw świata i igrzysk czy dominacji w Wyścigu Pokoju. To jednak tylko suche fakty, nie dające obrazu tego, jak wiele “Bibi” (bo tak go w trakcie kariery nazywano) zrobił dla naszego kraju i tego, jakich zmian w nim dokonał.

W latach 70. ubiegłego wieku, gdy odnosił swoje największe sukcesy, Polska nie była wymarzonym miejscem do życia. Moja generacja kojarzy ten okres głównie z sukcesami piłkarzy i kolarzy, lecz ówczesnym obywatelom tylko przysłaniały one marazm i biedę dnia codziennego. W kraju zależnym od Związku Radzieckiego żyło się ciężko, a powodów do radości władza dawała raczej niewiele. W tej bylejakości Szurkowski, jak i cała ówczesna generacja wybitnych kolarzy była jak słońce po wielogodzinnej burzy.

Pokazywał, że ciężką pracą, nawet w pogrążającej się w kryzysie Polsce da się osiągnąć sukcesy. Pokonując podczas “Wyścigu Pokoju” kolarzy Sbornej dawał rodakom powody, by wobec przytłoczenia obecnością wielkiego sąsiada choć na moment unieść głowy w górę. Pokazywał, że nasz kraj jednak “coś” znaczy. Był jak zesłany z niebios.

Jednocześnie, mając na koncie niewyobrażalne wręcz sukcesy, pozostawał wyjątkowo “ludzki”. W żaden sposób nie obnosił się ze swoimi wynikami, nie wywyższał. Nie był “gwiazdą” w rozumieniu dzisiejszego celebryty i nigdy o to nie zabiegał. Przez całe życie taki sam – po prostu, chłopak ze Świebodowa, który kompletnie znikąd przyjechał w 1968 roku na MP w przełajach i ograł wszystkich z dziecinną łatwością.

Dla nas, ludzi urodzonych w erze upadku komunizmu (lub nawet – już w wolnym kraju) to coś, czego rozumem pojąć nie sposób. Wiem to i w swojej głowie szukam jakichś porównań. Nasuwa mi się jedno – Adam Małysz. Era Szurkowskiego była przecież czymś w rodzaju “Małyszomanii”, tyle że – zdecydowanie większej. Bo gdy “Bibi” się ścigał, w promieniu kilkunastu kilometrów zamykano szkoły. Gdyby tego nie robiono, i tak nikt by do nich nie przyszedł – każdy chciał oglądać go w akcji. My tego nie zrozumiemy. Po prostu.

Zmieniły się czasy, zmieniły się też wzorce. Polska poczyniła wielki skok cywilizacyjny, a i sportowców odnoszących sukcesy przybyło. Wobec tego kolejne triumfy – jak wielkie by one nie były – nie smakują już tak samo. Starsze pokolenie zapewne to potwierdzi.

Szurkowski dla mnie – człowieka, którego rodzice w momencie jego największych sukcesów byli małymi dziećmi – jest symbolem. Nie miałem prawa oglądać go w akcji, spotkałem raz w życiu, mam z nim zdjęcie. Pamiętać go będę jednak zawsze, bo oddał naszemu krajowi nieocenione zasługi.

Niech spoczywa w pokoju.

Popularne

To Top