Felietony

Dzieci przyszłością kolarstwa, czyli: “Jeszcze będzie pięknie…”

źr. Wikimedia Commons
źr. Wikimedia Commons

Kilka dni temu na naszym portalu ukazał się krótki informacyjny materiał odnośnie zmian przepisów ruchu drogowego w Hiszpanii. Zmiany, czego pewnie łatwo się domyślić, dotyczą wyprzedzania rowerzystów. Z obowiązującego dotąd 1,5 metrowego odstępu zrobiły się 2 metry, co więcej – sam manewr musi być przeprowadzany z prędkością zredukowaną o 20 km/h względem maksymalnej dopuszczalnej.

No tak, pomyślałem, kraj absolutnie kolarski, to i zmiany skrojone pod uprawianie kolarstwa. Przepisy ruchu drogowego odnośnie rowerów w każdym kraju są konstruowane podobnie – skonstatowałem, niespecjalnie zaprzątając sobie tym głowę. Tyle, że nie minęło pół godziny a przypomniałem sobie moją kolarską jesień poprzedniego roku, spędzoną na małopolsko-podkarpackich drogach i coś mi jednak nie pozwoliło zapomnieć o temacie. Nie powiem, że była to trauma, choć ogromnych rozmiarów zdumienie – już jak najbardziej.

I nie, nie będzie to kolejny artykuł traktujący o wszelkich możliwych grzechach polskich kierowców względem nas rowerzystów, a przynajmniej nie w formie litanii tychże przywar i przewinień. Inni napiszą to lepiej ode mnie, jeśli w ogóle już tego nie zrobili. Niepodobna bowiem po raz kolejny wspominać o wypadku Rity Malinkiewicz i Katarzyny Konwy z poprzedniego lata, wszyscy wiemy jak transparentny w wymowie był to przypadek.

Pozwolę sobie za to skupić się na własnym, tak zwanym, “pierwszym wrażeniu” na polskiej drodze, a proszę mi wierzyć, różni się to odczucie od wielu mniej lub bardziej kolarskich krajów.  Dziwnym jestem amatorem dwóch kółek.  Zupełnie otwarcie przyznam – miłość do tego sportu odkryłem nie dość, że późno, to jeszcze z dala od naszego pięknego kraju. Bez wątpienia jednak biorę to za dobrą monetę, błogosławieństwo, dar od losu czy – bo ja wiem – uśmiech fortuny. Przecież wystarczyłoby mi kilka tygodni w polskim ruchu drogowym a zapał by osłabł, pewnikiem rower znalazłby nowego właściciela, a ja sam wylądowałbym na psychoterapii po stracie kolejnej miłości życia.

Jak się to robi na Wyspach

Z kronikarskiego obowiązku przypomnę zasady obowiązujące w mojej pierwszej kolarskiej ojczyźnie. Otóż na wyspie, znanej ostatnio z nowego szczepu koronawirusa, podstawową zasadą dla rowerzystów jest posiadanie ciepłych ciuchów. Dość powiedzieć, że nawet latem bywa chłodno. Istotniejszy jest jednak wiatr, nieustannie wiejący nad głową. Zupełnie zaś poważnie – wyprzedzanie rowerzystów odbywać się musi z zachowaniem 1,5 metrowego odstępu w tak zwanym „slow moving traffic”, czytaj z prędkością około 30 mil na godzinę.

Dodatkowo, w zasadach ruchu drogowego znajdziemy zapis mówiący o tym, że kierowcy samochodów powinni, wyprzedzając rowerzystę, zachować tyle przestrzeni ile byłoby im potrzebne gdyby wykonywali ten manewr z samochodem.  Najciekawsze, a zarazem dla nas kolarzy najważniejsze jest to, że wszyscy się do tego przepisu stosują. Mieszkając w wielkim mieście za każdym razem muszę z niego wpierw na rower wyjechać. Nigdy, przenigdy, nikt nawet na mnie nie zatrąbił, choć z pozycji siodełka jak na dłoni widzę niedzielnych kierowców.

Bez znaczenia, czy jestem na jakimś sporym angielskim osiedlu, w samym centrum miasta, czy w malutkiej wiosce nie trzymam kurczowo palców na klamkach hamulca przy każdej mijanej dojazdowej drodze. Każdy, kto choć raz był w Albionie pewnie pamięta o samochodach zaparkowanych na poboczach dróg. Można zaryzykować stwierdzenie, że jeden pas  jest nierzadko wyłączony w ten sposób z ruchu. Ale nigdy, słownie nigdy, żaden kierowca nie otworzył mi drzwi gdy przejeżdżałem tym właśnie pasem.  I nie, nikt jeszcze nie włączał się do ruchu kiedy widział, że akurat rowerzysta zbliżam się do niego a mam nawet i 300 metrów do przejechania.  Nie mówiąc o tym, że nikt nie reaguje na kolarzy wymownym pukaniem się po głowie, komentując w ten sposób ich zachowanie, niezależnie od tego jakie by ono nie było.

Polska rzeczywistość

Bogatszy o wszelkie opisane wyżej doświadczenia drogowe w Wielkiej Brytanii (a może wypadałoby powiedzieć – bogatszy o brak poważnych doświadczeń) postanowiłem zabrać czarną, włoską torpedę ze sobą do rodziców. Żeby mogli ją poznać, to raz, a dwa, żeby ona miała szansę zaznajomić się z ruchem prawostronnym, inną mieszanką asfaltu na drodze, no i podjazdami, których dotąd zbyt wiele nie uświadczyła. Powiedzieć, że okrutnie skrzywdziłem  maszynę to jak nic nie powiedzieć. 

A zaczynało się tak pięknie. Nie musiałem w końcu, przez pierwszych 15 kilometrów trasy wyjeżdżać z miasta i przebijać się przez kolejne skrzyżowania, co już było pozytywnym i nowym doświadczeniem. Po prostu – wsiadłem na rower i od samego startu “cisnąłem”. Zero świateł, zero zatrzymywania się. Dalece się myliłem, sądząc, że tak będzie stale, bo będąc już nieźle rozpędzonym w  kolejnej mijanej wiosce nagle 150 metrów przede mną do ruchu postanowił włączyć się traktor. Zgrabnie go ominąłem, cóż, zdarza się, zapomniało się kierowcy. Tyle, że tamten pan kierowca musiał mieć chyba liczne rodzeństwo, które, tak jak on, odziedziczyło kompletny brak wyobraźni, bo na kolejnych 15 kilometrach spotkałem z 5 traktorzystów-wariatów z tym samym zacięciem na twarzy wykonujących niezbyt skomplikowany manewr.

Jakież było moje zdumienie gdy parę dni później na wąskiej, wiejskiej drodze kierowcy samochodów postanawiali wyprzedzać mnie „na trzeciego”. Śmiało panowie, mogę pojechać poboczem, nic mi się przecież nie stanie. Niespecjalnie uważni na lekcjach matematyki, ściślej – geometrii, musieli być małopolscy i podkarpaccy kierowcy skoro obowiązkowy metr dystansu między mną a ich samochodem to w ich pojmowaniu jakieś 30 centymetrów, a czasem to i mniej, skoro lusterka nieraz muskały moje ramię.  

Po kilku dniach zapomniałem co to słuchawka i jakaś relaksująca muzyka w uchu, bez dodatkowych sprzętów słyszałem pełne klaksonowe symfonie, arie, czy choćby fugi.  No i ta niespotykana nigdzie indziej zawziętość, pomieszana z jakimś dziwnym przeświadczeniem, że użytkownik drogi inny niż kierowca samochodu jest z gruntu drugim, niechybnie gorszym sortem.

Osobny akapit należy się specyficznym użytkownikom polskiego ruchu drogowego, o których istnieniu do niedawna nie zadawałem sobie nawet sprawy, a którzy, zwłaszcza na wioskach, są niemniej istotnym elementem krajobrazu na drodze co same pojazdy. Choć wypadałoby powiedzieć, że dla nas kolarzy stanowią dodatkowy doping, no, mobilizują nas na chwilę, czasem na dwie chwile, do intensywnej i wytężonej pracy. Domyślacie się pewnie. Tak, tak, mowa o pieskach, pieseczkach, kundelkach. Doszło do tego, że dzień po dniu jechałem tę samą trasę tyle, że w dwóch różnych kierunkach chcąc sprawdzić ile metrów pobiegnie za mną przekochany pupil, ujadając przy tym niemiłosiernie. Rezultaty były podobne. W każdym razie gdyby ktoś kiedyś stworzył tam lotną premię, z miejsca podpisuję listę startową.

Kultura i ogłada

Zdecydowanie najcięższym doświadczeniem, jakie zdążyłem zaobserwować przez te niemal dwa miesiące jeżdżenia, jest coś, co na pierwszy rzut oka jest pewnie mniej istotne, marginalne wręcz z perspektywy amatorskiego uprawiania kolarstwa. Według mnie wszystko zaczyna się od kultury i ogłady. Na kilkunastu mijanych przeze mnie kolarzy może jeden odpowiedział na moje krótkie „cześć”. Pomyślałem, że coś tu nie gra, nie tak  powinno to wyglądać, jesteśmy przecież sobie, choćby z racji tej samej pasji, w jakiś sposób bliscy.

Nic bardziej mylnego, chyba w Polsce nie jesteśmy sobie bliscy. Tak w ogóle, w szerokim ujęciu chyba bliżej nam do wrogości niż sympatii. No właśnie, to jest  chyba – niestety – cała odpowiedź. Skoro pani przy kasie nie jest w stanie odpowiedzieć na moje „dzień dobry” to czemu mam tego wymagać na rowerze? Skoro spotykani przeze mnie ludzie czasami nawet nie kryją swojej niechęci, nie próbują jej ukryć pod – a niechby i sztuczną – serdecznością, czemu oczekuję by kierowcy samochodów spróbowali zrozumieć moją pozycję na drodze? Wreszcie, skoro nawet na rowerze tak łatwo mogłem zauważyć nieskrywaną butę, gdzie mam szukać choćby malutkich promyków nadziei?

Postscriptum

Nadzieja nie umiera nigdy, a przychodzi czasem z nieoczekiwanego kierunku. Najpiękniejszym momentem, takim, który przykrył wszystkie wspomniane tutaj historie, sprawił, że poszły w niepamięć, było pewne krótkie spotkanie.

To był dość długi podjazd, no nie brakuje nam ich na południu Polski, sami wiecie. Podjazd z gatunku tych, co to nogi zaczynają piec,  każda warstwa odzieży przestaje być potrzebna, bo mimo 14 stopni jest nam za gorąco w koszulce. W skrócie – nie jest to jeszcze Passo dello Stelvio, ale kręcić trzeba nie mniej intensywnie.

Więc kręcę, szalenie zawzięcie, nie zapominając słów taty, który z rana powiedział coś w stylu „znam ten podjazd, nie wyjedziesz” (kocham Cię ojcze szczególnie za takie właśnie słowa).  Droga wiedzie przez las, a jest przecież jesień, więc dokoła sporo grzybiarzy. I wtedy z dystansu mniej więcej 300, no może i 400 metrów widzę dziewczynkę idącą z mamą wzdłuż mojej trasy. Najpewniej widzi grymas bólu pomieszany z walką z samym sobą kiedy się zbliżam, ciężko tego nie zauważyć na stromiźnie, obserwując zdyszanego rowerzystę. I kiedy jestem już dość blisko dziewczynka z uśmiechem na ustach mówi „mamusiu pomacham panu” po czym, nie przestając się uśmiechać,  podnosi rękę i macha. Nie muszę mówić ile sił mi ten gest dodał,  bo, że przywrócił wiarę w ludzi to sprawa w sensie ścisłym oczywista.  I takich właśnie niespodzianek Wam wszystkim, u progu zbliżającego się przecież sezonu, życzę… 

Popularne

To Top