Polska

Kamil Małecki: “Kiedy wsiądę na rower? Tego nie wiem”

Kamil Małecki
Kamil Małecki / fot. Szymon Gruchalski

Kamil Małecki to jedno z większych objawień sezonu 2020 i nasza nadzieja na sukcesy polskiego kolarstwa w przyszłości. 24-latek pod koniec listopada zaliczył groźny wypadek, po którym czeka go długa walka o odzyskanie sprawności. Święta Bożego Narodzenia spędzi w szpitalu, a w obszernej rozmowie z Kolarsko.pl opowiedział nam o tym, jak przebiega będzie jego leczenie i co motywuje go do tego, by walczyć o powrót na szosę.

24-latek w trakcie odbywającego się w okolicach rodzinnego Bytowa treningu zaliczył kraksę, w wyniku której doznał m.in. złamania miednicy i obojczyka. Wciąż pozostaje przykuty do łóżka, a wobec pandemii koronawirusa w trakcie świąt Bożego Narodzenia nie może nawet liczyć na odwiedziny nikogo bliskiego. Mimo tego, co przeszedł zachowuje jednak niezwykły optymizm i pogodę ducha, bo – jak mówi – nie może zawieść wspierających go ludzi.

Od feralnego wypadku minęło już trochę czasu. Jak się Pan czuje?

– Na szczęście jest lepiej. Nie odczuwam bólu, jedynie czasami, gdy się poruszę, obojczyk lekko „zakłuje”. Nie mogę jednak narzekać.

Okoliczności zdarzenia poznaliśmy już dość dokładnie. Proszę jednak powiedzieć – jak przebiega leczenie?

– Mam przewiercone kolano i założony wyciąg. To ma pomagać „wysuwać” kość udową z panewki, by na nią nie naciskała i by odłamki, które się tam znajdują mogły się złączyć bo lekarze mówią, że jest na to szansa. To cały czas „ciągnie” mi nogę i mam nadzieję że wszystko dobrze się goi. Nie ma jednak możliwości, bym Boże Narodzenie spędził w domu. Miednica jest zbyt poważnie połamana. Naruszona jest nie tylko panewka. Złamane są też dwie inne kości: kulszowa i łonowa. Chciano mi w miednicę i kość udową wbić specjalne haki, które przyspieszyłyby rekonwalescencję, ale wszystko jest wciąż zbyt poważnie uszkodzone.

Wybiega Pan myślami do powrotu na rower?

– Wierzę głęboko, że wrócę. Kiedy? Ciężko mi powiedzieć. W szpitalu mogę jeszcze spędzić nawet osiem tygodni, w optymistycznym wariancie będzie to co najmniej sześć. Kiedy wsiądę na rower? Tego nie wiem. Powrót do ścigania będzie wymagać ogromu pracy, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy by temu podołać. Mam wokół siebie wiele osób, które niesamowicie mi pomagają, są wielkim wsparciem. Nie mogę ich zawieść.

Kiedy rozmawiamy, słychać w Pana głosie bardzo duży optymizm. Pierwsze dni po kraksie nie należały jednak z pewnością do łatwych.

To prawda, początki w szpitalu były bardzo trudne. Przez dwanaście dni towarzyszyła mi ostra gorączka, której lekarze nie mogli znaleźć przyczyn. Podczas badań okazywało się też, że mam zapchaną żyłę, zapadnięte płuco… Najważniejsze jednak, że jest już o wiele lepiej.

Budujące musi być też to, że ciągle pozostaje Pan w kontakcie z przedstawicielami swojej nowej ekipy – Lotto Soudal.

– Owszem. Niesamowicie mnie wspierają. Powtarzają, bym się nie przejmował, że powrót jest pewny. Zaznaczają jednak, że najważniejsze, bym przed próbą ponownego wejścia na rower wyleczył się w stu procentach, bo pośpiech nie ma tu sensu. Rehabilitację, która mnie czeka pewnie będę odbywać właśnie w Belgii, pod okiem drużyny. Mam w niej gigantyczne wsparcie i bardzo im dziękuję. To niezwykli ludzie.

Święta Bożego Narodzenia spędzi Pan samotnie, w szpitalnym łóżku. To musi być ciężkie doświadczenie zwłaszcza, że nie można nawet liczyć na odwiedziny.

Cóż, będzie troszkę inaczej. Szkoda, bo od zawsze był to czas, który mogłem spędzać z rodziną. Może jednak się uda, przynajmniej częściowo. Rodzice i brat obiecali mi, że na moim miejscu przy stole ustawią telefon z włączoną kamerą, a do szpitala dostarczą mi potrawy. Połączę się z nimi, będę mógł ich zobaczyć, złożyć życzenia. To już dużo.

Mówimy póki co wyłącznie o trudnych tematach, ale przecież wypadek nie może przesłonić faktu, że sezon 2020 był dla Pana niesamowicie udany. Można uznać, że wręcz przełomowy?

– Przygotowywałem się do niego bardzo ciężko. Całą zimę spędziłem w Hiszpanii, ciężko pracowałem, a na pierwszym zgrupowaniu z worldtourową drużyną… odstawałem. Miałem problemy żołądkowe, brakowało mi sił, by jeździć. Zawziąłem się jednak i robiłem, co tylko w mojej mocy. Forma przyszła, i to już na pierwsze starty sezonu.

Przed jego przerwaniem meldował się Pan w czołówce na Etoile de Besseges i Vuelta de Murcia.

– Tak, we Francji na jednym z etapów zająłem trzecie miejsce, a dzień później, w „czasówce” byłem dziesiąty. Gdybym podszedł do tego startu z ambicją walki w klasyfikacji generalnej, też pewnie skończyłbym wysoko. Dyrektorzy sportowi widzieli, jak dobrze się spisuję i chcieli wysłać mnie na Strade Bianche. Odbyłem już nawet rekonesans trasy, ale – jak wiadomo – wyścig przeniesiono i wszystko się posypało.

Przerwę w kalendarzu również świetnie Pan przepracował – moc była do samego końca sezonu.

– To prawda, podczas Tour de Pologne forma była na bardzo wysokim poziomie. Plany trochę popsuła kraksa w trakcie późniejszego Tour de Hongrie, gdyż dłuższa przerwa sprawiła, że w trakcie mistrzostw świata w Imoli nie jechałem tak, jak bym sobie tego życzył. Podczas Giro d’Italia pokazałem ponownie, że mogę walczyć.

Wszystko układało się świetnie, tylko teraz ten pech… Mam jednak nadzieję, że z tego wyjdę. Tak, jak mówiłem wcześniej: mam tak gigantyczne wsparcie, że po prostu nie może być inaczej.

Rozmawiał Tomasz Czernich

Popularne

To Top