Felietony

Raz winem, raz moczem

Dla postronnych fanów kolarstwo często jest nudne. Słuchanie o tym, że nie da się oglądać ludzi przez pięć godzin jadących na rowerze zawsze mnie złościło. Na szczęście jest też spora grupa osób, dla których ta dyscyplina to wielka miłość i pasja, często sprawiająca, że jadą przez pół Europy, żeby przez kilkanaście sekund wspierać swojego faworyta. Niestety, jak to często bywa, zdarzają się przypadki, kiedy pasja czy uwielbienie dla kolarza, przeradzają się w niechęć wobec innych. A nawet nienawiść.

Kiedy w 2017 roku Maksym Biełkow, jadący w barwach grupy Katusha-Alpecin, został podczas Vuelty zaatakowany przez kibica i przewrócony, całe środowisko było zbulwersowane. W kolarstwie przecież takie rzeczy się nie zdarzają. W piłce nożnej, tak, w skokach narciarskich, proszę bardzo, ale w kolarstwie? Otóż nie. Potem, kiedy wyszło na jaw, że ów agresywny mężczyzna miał problemy psychiczne, wszyscy poczuli się rozgrzeszeni. A nie do końca powinni, bo wśród kibiców kolarstwa zdarzają się przecież wybryki psujące wizerunek naszej ukochanej dyscypliny.
W ostatnich latach ofiarą nienawiści kibiców padł choćby zwycięzca Tour de France Chris Froome, który właśnie we Francji odczuł na sobie chuligaństwo “szosowe”. Pochodzący z Kenii zawodnik był wyzywany, opluwany, a nawet oblany moczem. Dla niego niektóre etapy były drogą przez mękę nie tylko dlatego, że musiał walczyć z rywalami czy podjazdami, ale i z rzeszą nienawidzących go fanów.

Powodów niechęci do Froome’a było kilka. Podejrzenia o doping, dominacja Sky, ciągłe pokonywanie Francuzów, dość “mechaniczny” styl jazdy. Tylko, że żaden z nich nie usprawiedliwia tego, czego momentami doświadczał. Chwila wielkiego triumfu z pewnością osłodziły mu to wszystko, ale z pewnością, kiedy Jeremy White z “The Times” pisał w 2015 roku, o tym, że to był “toksyczny, pozbawiony radości Tour”, to miał trochę racji. 
Kilka lat później Froome wystosował zresztą apel do kibiców, żeby wspierali swoich ulubieńców, ale nie okazywali negatywnych emocji. – Pamiętajmy, że każdy z nas jest przede wszystkim człowiekiem – mówił zawodnik.

Sprawa nie jest zresztą nowa, ani nie zamyka się też wokół Tour de France. Stephen Roche wspominał, że kiedy w barwach włoskiej grupy Carrera–Inoxpran wygrywał Giro d’Italia, krewcy fani z Italii, stojący przy szosie, jedli ryż, popijali go czerwonym winem i pluli na niego taką papką. Tylko dlatego, że zamiast Irlandczyka w różowej koszulce woleliby Włocha. 
Nie zamierzam oczywiście dowodzić, że fani kolarstwa to bestie w obcisłych trykotach. Na każdy jeden negatywny przykład można podać dziesięć i więcej pozytywnych. Choć i te, nawiasem mówiąc, czasem przynoszą więcej szkody niż pożytku, jak choćby popychanie kolarzy na podjazdach (jak ktoś poczyta o dawnych wyścigach we Włoszech trafi z pewnością na wspomnienia “pchania” przez pół podjazdu). Staram się tylko dowieść, że cały czas, również w kolarstwie, zdarzają się chuligańskie wybryki i trzeba je piętnować. Co prawda to o rugby mówi się, że to sport dla dżentelmenów, ale i o kolarstwie można tak powiedzieć. A na pewno można było w przeszłości, bo sporo pięknych zasad znika z peletonu.

Ofiarą kibiców padł również słynny sir Chris Hoy. On został zaatakowany, na szczęście tylko werbalnie, przez fanów Tottenhamu Hotspur. Potem okazało się, że była to tylko pomyłka, bo tak naprawdę chcieli naubliżać sędziemu Chrisowi Foyowi. A kolarz miał po prostu pecha. 
Na kibiców innych dyscyplin wpływ mamy nie wielki. Na siebie tak. Chciałbym, żeby każdy Tour de France i każde Giro było po prostu piękne, nie zakłócane pojedynczymi, chuligańskimi wybrykami. Kolarstwo to pasja, a w każdej pasji jest odrobina szaleństwa. Dopóki to szaleństwo pozytywne, nie mam nic przeciwko. 

Popularne

To Top