Świat

Ambicja i zawód – alfabet Giro d’Italia

Giro d'Italia
Giro d'Italia / fot. RCS Sports

Tegoroczna edycja Tour de France zawiesiła poprzeczkę oczekiwań bardzo wysoko, serwując nam między innymi porywający 20. etap i pojedynek Primoża Roglicia z Tadejem Pogacarem. Giro d’Italia podjęło rzuconą przez bardziej prestiżowego rywala rękawicę, fundując nam spektakl… równie emocjonujący, a pod wieloma względami nawet – lepszy, niż “Wielka Pętla”. Oto alfabet Corsa Rosa.

“A” jak “ambicja”

Dla wielu kolarzy tegoroczna odsłona Giro miała być wyścigiem przełomowym. Powody były różne: jedni liczyli na przełamanie po trudniejszym dla siebie okresie (Vincenzo Nibali, Geraint Thomas), inni chcieli udowodnić, że są w stanie stanąć na podium Grand Touru (Majka, Pozzovio), a jeszcze kolejni – wykorzystując nie najmocniejszą (jak się przynajmniej na starcie wydawało) obsadę wejść do grona aspirujących specjalistów od trzytygodniówek. Zadanie udało się zrealizować tylko tym ostatnim, a nazwiska takie jak Joao Almeida, Jai Hindley czy Tao Geoghegan Hart stały się w ciągu tych trzech tygodni o wiele bardziej rozpoznawalne. I wciąż nie powiedziały ostatniego słowa.

“B” jak “bunt”

Jaki urządzili zawodnicy przed startem 19. etapu. W samym środku rywalizacji o różową koszulkę w górach, organizatorzy chcieli zafundować peletonowi 250-kilometrowy, sprinterski odcinek. Taka rywalizacja przy padającym deszczu i chłodzie nie była po myśli kolarzy, toteż zażądali oni skrócenia zmagań. Dopięli swego (przejechali ostatecznie nieco ponad 100 kilometrów), lecz jednocześnie – podważyli swój niezłomny, oparty na cierpieniu i walce z własnymi słabościami mit.

“C” jak “Cerny” i “CCC”

CCC Team doczekał się upragnionego, pierwszego triumfu na etapie wyścigu trzytygodniowego. Pierwszego i – z dużym prawdopodobieństwem – ostatniego, chyba że jeden z kolarzy rodzimej formacji błyśnie jeszcze w trakcie Vuelta a Espana. Wiktorię dał drużynie Josef Cerny, czyli zawodnik związany z nią od wielu lat, na długo przed tym, gdy plany awansu do grona ekip World Teams miały jeszcze realny kształt.

Czech, który stał się w ostatnich latach czołowym specjalistą od jazdy indywidualnej na czas sięgnął po sukces w trakcie wspomnianego wyżej, 19. etapu, rozliczając dla ekipy wyścig. Niezłych wyników było jednak jeszcze kilka, przede wszystkim – czwarte miejsca na etapach dla Kamila Małeckiego i Ilnura Zakarina czy przyzwoita jazda w “czasówkach” Kamila Gradka.

“D” jak “dramaturgia”

Bo tej podczas Giro nie brakowało. Wypadnięcie z gry dwójki faworytów – Simona Yatesa i Gerainta Thomasa – już po pierwszych etapach, wycofanie się ze zmagań ekip Jumbo-Visma i Mitchelton-Scott czy w końcu – ekscytująca walka o końcowy triumf w klasyfikacji generalnej. Naprawdę, niewiele było dni, w których mogliśmy narzekać na brak emocji. No, może poza typowo sprinterskimi etapami, które brutalnie zdominował Arnaud Demare.

“E” jak “EF Pro Cycling”

Czyli ekipa, która cele marketingowe na wyścig zrealizowała jeszcze przed jego startem. Wymiana strojów na te, przygotowane we współpracy z marką Palace okazała się strzałem w dziesiątkę i sprawiła, że o formacji mówił cały kolarski świat. Trzeba jednak podkreślić, że i sam Corsa Rosa był w jej wykonaniu więcej, niż przyzwoity – dwa wygrane etapy i koszulka “górala” to cenne skalpy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Jonathan Vaughters nie przywiózł do Italii swoich największych gwiazd.

“F” jak “finisze”

Te sprinterskie, zdominowane przez Arnaud Demare’a. Kolarz Groupama-FDJ wygrał cztery etapy i klasyfikację punktową, a ja dawno nie widziałem podczas Grand Touru aż takiej dominacji pojedynczego sprintera. Francuz przywiózł ze sobą znakomity pociąg i potrafił wykorzystać jego atuty w stu procentach. A na papierze miał się z kim ścigać, bo do Włoch przyjechali m.in. Fernando Gaviria, Alvaro Hodeg czy Peter Sagan.

“G” jak… “G”, czyli Geraint Thomas

Walijczyk miał być liderem Ineos Grenadiers na wyścig, lecz wytrwał na trasie… zaledwie trzy dni. Kontuzja, odniesiona na dojeździe do startu ostrego odcinka na Etnę sprawiła, że musiał wycofać się z rywalizacji, co paradoksalnie… mogło być dla jego ekipy błogosławieństwem. Thomas, mimo swojej niewątpliwej klasy jest przedstawicielem defensywnego, usypiającego stylu jazdy, któremu podporządkowałby się zapewne zespół.

Bez niego rozwinął on skrzydła, stając dodatkowo przed wyzwaniem “z gwiazdką” – doprowadzeniem do triumfu w “generalce” mającego już na tamtym etapie zmagań pokaźne straty (ponad 3 minuty) Tao Geoghegana Harta. Sztuka ta się udała, a “przy okazji” drużyna zgromadziła aż siedem zwycięstw na etapach.

“H” jak “Hart” i “Hindley”

Było o Thomasie, który “zajął” literę “G”, więc musi być i o dwóch głównych aktorach tegorocznego widowiska – Tao Geogheganie Harcie i Jai’u Hindley’u. Obaj są wciąż bardzo młodzi, obaj odnieśli swoje życiowe sukcesy i obaj z pewnością jeszcze wiele wygrają. Ich pojedynek był symboliczny, gdyż obok Egana Bernala czy Tadeja Pogacara być może stanowić będą “nową falę” grandtourowców, którzy będą się bić w najbardziej prestiżowych wyścigach świata. Innymi słowy – są tymi, których boi się Vincenzo Nibali.

“I” jak “irytacja”

Organizatorów, którzy na protest kolarzy przed 19. etapem zareagowali prawdziwą wściekłością. Mauro Vegni mówił otwarcie, że za skrócenie odcinka “ktoś mu zapłaci” i podkreślał, że podjęcie takiej decyzji wiąże się z gigantycznymi stratami. Wydaje się jednak, iż złość ostatecznie przysłonił im sukces, jaki było doprowadzenie imprezy do końca mimo szalejącego koronawirusa – scenariusz, który niewielu uważało za realny zwłaszcza, gdy ekipy zaczęły się wycofywać.

“J” jak “jesień”

Czyli pora mocno nietypowa dla Corsa Rosa. Przed startem imprezy można było obawiać się o chłód i nieprzejezdne, górskie przełęcze, lecz aura była wyjątkowo łaskawa. Podjazd na przełęcz Stelvio nie był w praktyce zagrożony ani przez moment.

“K” jak “Konrad”

Patrick Konrad, kompan Rafała Majki z ekipy BORA-hansgrohe. Polscy fani, widząc jego walkę o wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej nie szczędzili mu gorzkich słów, a widok Austriaka, który zamiast pomagać “Zgredowi” szarpał się na finiszach po cenne sekundy drażnił ego kibiców nad Wisłą. Cóż, ostatecznie okazało się, że postępował słusznie – ukończył wyścig na ósmym miejscu, więc wyżej, niż współlider z ekipy, a i wygranej etapowej był blisko, zajmując drugie miejsce na 5. etapie. Rafał wypadł wyraźnie gorzej, ale do niego jeszcze dojdziemy.

“L” jak “los”

Przekorny, niczym w piosence Zenona Martyniuka. Gdyby nie zrządzenie losu i upadek Gerainta Thomasa, spowodowany przez… upuszczony bidon, nie oglądalibyśmy wielkiego triumfu Tao Geoghegana Harta.

“M” jak “Majka”

Rafał, będący naszą nadzieją na upragnione podium klasyfikacji generalnej Giro. Dyspozycja przed wyścigiem, a zwłaszcza kapitalne Tirreno-Adriatico nakazywały nam przypuszczać, że Polak może spełnić marzenie swoje i milionów fanów i zameldować się w czołowej trójce wyścigu, a kto wie – może “przy okazji” wygrać jeden z etapów. Złudzeniami żyliśmy długo, bo ponad dwa tygodnie, a problemy żołądkowe Majki sprowadziły nas na ziemię w bardzo brutalny sposób – podczas etapu 18., kiedy stawka pokonywała przełęcz Stelvio – miejsce, gdzie kolarz z Zegartowic miał atakować lokatę w ścisłej czołówce.

“N” jak “nadzieja”

Którą żyliśmy przez 17 długich etapów i która okazała się płonna. Swoją drogą, polskiemu kolarstwu (jeżeli już mogę pozwolić sobie na wybrzydzanie) przydałby się drugi specjalista od Grand Tourów, który mógłby na swoje barki przejąć choć częściowo presję, jakiej doświadcza Majka. Za każdym razem, kiedy staje on na starcie trzytygodniowego wyścigu jest ona gigantyczna – wręcz nie do udźwignięcia.

“O” jak “orders”, konkretnie “team orders”

Czyli polecenia dotyczące jazdy zespołowej, wydawane przez kierowników ekip. Budziły trochę kontrowersji, począwszy od 18. etapu, kiedy do walki o triumf w klasyfikacji generalnej włączył się Jai Hindley. Włodarze jego ekipy, Team Sunweb, mając w czubie stawki lepszego specjalistę od jazdy indywidualnej na czas, Wilco Keldermana musieli podjąć trudną decyzję: “zostawiać” Hindley’a do pomocy Holendrowi, czy pozwolić mu jechać “swój wyścig”. Wybrali to drugie, ale z perspektywy czasu – postąpili prawdopodobnie słusznie.

“P” jak “podium”

Którego składu nie był prawdopodobnie w stanie przewidzieć nikt. Widziało się na nim Simona Yatesa, Gerainta Thomasa, może Rafała Majkę… ale dwóch młodziutkich zawodników i solidnego do bólu, lecz pozbawionego błysku Keldermana? Tego nie można było się spodziewać.

“R” jak Rohan

Dennis, wicekról tego Giro. Geoghegan Hart sięgnął po triumf, ale tym, który wywiózł go doń na własnych plecach był właśnie Australijczyk. Ugotowanie rywali na Stelvio? Nie ma sprawy. Szaleńcze tempo na zjazdach? Proszę bardzo, poprowadzę. “Poprawka” w Siestriere? Już się robi!

Specjalista od jazdy indywidualnej na czas pod koniec wyścigu osiągnął formę, o której wielu faworytów “generalki” mogło już tylko marzyć. Widok Dennisa, “odczepiającego” swoim tempem lidera klasyfikacji, Joao Almeidę, Vincenzo Nibalego czy Jakoba Fuglsanga zapamiętany zostanie na długo.

“S” jak “szybkość”

I pierwszy etap wyścigu – szalona jazda indywidualna na czas, której trasa prowadziła niemal nieustannie w dół. Filippo Ganna – jej triumfator i nowy dominator, jeżeli chodzi o takie próby – pojechał w niej z obrotem 60×11, osiągając średnią prędkość… 58,8 km/h i maksymalną 106 km/h. Może zakręcić się w głowie.

“T” jak “Tour de France”

Najbardziej prestiżowy wyścig sezonu, tak jak pisałem we wstępie, zaskoczył swoją dramaturgią i wydawało się, że trudno będzie ją przebić. Tymczasem Giro, od lat chwalone i zajmujące w sercach kibiców szczególne miejsce zdołało tego dokonać, serwując nam bój na sekundy do ostatniego etapu. I tylko szkoda, że Hindley nie jest lepszym “czasowcem”, bo wtedy emocje towarzyszyłyby nam do ostatnich metrów.

“U” jak “Ulissi”

Cichy bohater tego wyścigu i w ogóle jeden z “cichociemnych” peletonu. 13 kolarz rankingu UCI, zawodnik, który ma na koncie 38 zawodowych zwycięstw, w tym 8 – na trasie Giro d’Italia. Ile jednak z nich jesteście w stanie wymienić?

No właśnie. Włoch “robi swoje” wyjątkowo dyskretnie, a podczas tegorocznej edycji imprezy dołożył do swojego dorobku dwa kolejne skalpy.

“W” jak “wyzwanie”

Jakim była dla faworytów klasyfikacji generalnej tegoroczna edycja. W trakcie wyścigu, kiedy odpadli główni “papierowi” faworyci utarło się stwierdzenie, że obsada jest zwyczajnie słaba. Przeczą temu jednak liczby, generowane przez kolarzy na podjazdach. Wartości przez nich uzyskiwane przekraczały z łatwością 6 W/kg, a Vincenzo Nibali podkreślał, że choć on czuje się dobrze, inni po prostu są o wiele mocniejsi.

“Z” jak “zawód”

Który sprawili niektórzy zawodnicy. Wspomniany przed momentem Nibali nie był w stanie nawiązać do formy, jaką czarował nas przed laty, Geraint Thomas stracił z powodu kraksy nie tylko rolę lidera Ineos, ale i pozycję w drużynie, a Majka nie wypełnił celu stawianego przed nim przez włodarzy z ekipy. Są zwycięzcy, więc muszą być i przegrani, choć w przypadku niektórych gorycz klęski odczuwana jest na pewno zdecydowanie bardziej niż innych.

Popularne

To Top