Świat

Nieudacznicy?

Team Ineos

Ten rok, jak i poprzednie, miał należeć do Team Ineos. Egan Bernal, Richard Carapaz, Geraint Thomas, Chris Froome. Eksperci zastanawiali się, jak uda się pogodzić ambicje tych gwiazd i czy starczy im wyścigów do wygrywania. Tymczasem wygląda na to, że największe skalpy przejadą im koło nosa i sezon 2020, nie tylko z powodu pandemii koronawirusa, w brytyjskim zespole zapiszą po stronie wielkich minusów.

Podobno tytuł powinien być nieco prowokacyjny, stąd „nieudacznicy” a nie pechowcy. Bo o ile słabość Bernala trudno nazwać pechem, o tyle wypadek Gerainta Thomasa zdecydowanie trzeba do kategorii pechowych zaliczyć. Ambitny Walijczyk upadł aż dwa razy podczas, wydawałoby się, stosunkowo łatwego odcinka i mimo walki, głównie z samym sobą, nie dał rady przyjechać do mety razem z resztą faworytów. 

I tak, mimo tego, że zarówno Thomas jak i Bernal byli jednymi z głównych faworytów do wygrania, odpowiednio Giro d’Italia i Tour de France, na koncie Ineos widnieje okrągłe zero zwycięstw w Wielkich Tourach. Oczywiście honor ekipy starali się ratować zawodnicy z drugiego szeregu, zresztą ze sporym powodzeniem, bo Michał Kwiatkowski czy Filippo Ganna pokazali, że można na nich liczyć, ale cele były jednak nieco inne. 

Co prawda przed kolarzami jeszcze Vuelta a Espana i tam w końcu może się udać, ale mimo to podczas podsumowania sezonu wśród osób zarządzających grupą Ineos raczej nie będzie szampana. Stawiałbym, o ile oczywiście czasy pozwolą na takie spotkanie, na ordynarną białą, konsumowaną na smutno. Bo ten sezon brytyjskiej grupie zdecydowanie nie wyszedł.

Zawsze łatwo przychodzi nazywanie kogoś nieudacznikiem, dlatego i ja mimo wszystko się powstrzymam, choć wszystkiego na pecha zwalić się nie da. Może za wcześnie skreślam „Grenadierów”, ale mając taki potencjał ludzki, takie doświadczenie i przede wszystkim finanse nie można zadowalać się wygraniem etapu czy walką o koszulkę najlepszego górala. Bo i tę Carapazowi sprzed nosa sprzątnął jak pamiętamy Tadej Pogacar. Team Ineos nie miał zresztą ani jednego kolarza w czołowej „10”, a pamiętajmy, że znalazł się tam chociażby pomocnik Mikela Landy Damiano Caruso. I obawiam się, że na Giro będzie podobnie. Wiadomo, taka ekipa walczy o wszystko, ale w tym wypadku raczej ponownie zostanie z niczym.

Być może Vuelta (o ile się odbędzie, bo takie całkiem pewne to nie jest) nieco poprawi nastroje w Team Ineos, ale umówmy się, nawet ewentualny triumf w „generalce” będzie tylko słodkim deserem do dwudaniowego obiadu składającego się z przesolonej zupy i niedogotowanych ziemniaków z przypalonym mięsem. 

W przyszłym roku oczywiście zespół znów się wzmocni i nieco odświeży kadrę. Pewnie przyjdą też sukcesy. Tacy kolarze jak Adam Yates czy Richie Porte to w końcu pierwszoligowi gracze. Ale czy polecą głowy? Jestem o tym przekonany. Takiej ekipy po prostu nie stać na tak nieudany sezon i nawet potencjalna wygrana w Vuelcie, w którą nie wierzę, raczej tego nie zmieni.

W sporcie bardzo szybko przechodzi się od mistrza do nieudacznika, przynajmniej w oczach kibiców. Zespół Ineos, z małymi wyjątkami, taką drogę pokonał. Ten sezon będzie im się kojarzył przede wszystkim ze łzami Bernala i grymasem bólu Thomasa, nie ze zwycięstwami Kwiatkowskiego czy Ganny. I paradoksalnie właśnie z tego powodu już nie mogę się doczekać przyszłorocznej Wielkiej Pętli. Bo tam Ineos będzie musiał rzucić wszystko co ma najlepszego i zdetronizować rywali. A to gwarantuje wielkie emocje i kapitalne ściganie.

Bo, parafrazując Jonasza Koftę, młodych gniewnych w Ineos jest kilku, ale starych wk… coraz więcej.

Popularne

To Top