Felietony

Tym razem nie powinni decydować mechanicy

Michał Kwiatkowski
Michał Kwiatkowski / fot. Russ Eliss Photography / Facebook.com/kwiato

Nigdy nie ukrywałem, że nie jestem wielki fanem Formuły 1. Nawet szacunek dla Roberta Kubicy nie potrafił mnie zmotywować, żeby oglądać jeżdżące w kółko bolidy, gdzie czasem nie dochodzi od startu do mety do żadnej zmiany. W tym roku jednak coś się zmieniło. Bo włoskie miasteczko Imola stało mi się równie bliskie, jak wszystkim fanom F1. A mam nadzieję, że będzie jeszcze bliższe, bo to właśnie tam Michał Kwiatkowski i spółka powalczą o medale kolarskich mistrzostw świata. I wierzę, że ta walka zakończy się sukcesem.

A co uznamy jako sukces? Tylko złoto, czy każdy medal? Piotr Wadecki przed startem był ostrożny i choć w rozmowie z Kamilem Wolnickim przyznawał, że „Kwiato” jest w dobrej formie, dodawał, że będzie potrzebował też odrobiny szczęścia i splotu pewnych okoliczności. Oczywiście, trudno się z nim nie zgodzić, bo te dwa czynniki zawsze mogą pokrzyżować plany, albo wręcz przeciwnie bardzo mocno pomóc.

Tyle, że Kwiatkowski, przynajmniej w mojej opinii, temu szczęściu sam pomoże. Bo po prostu jest w sporym gazie, a zwycięski etap w Tour de France doda mu jeszcze większej pewności siebie. Michał wie już, jak smakuje złoty medal. Wie, jak wygrywać wyścigi w tak mocnej obsadzie. I wie też, że otwiera się przed nim szansa na drugie złoto w karierze. Oczywiście, w sporcie wszystko może się wydarzyć, ale powiedzenie, że szczęście sprzyja lepszym, nie wzięło się z niczego.

To co więc uznamy za sukces, każdy medal, czy tylko ten złoty? Ja będę cieszył się z każdego krążka. Będąc pod wrażeniem formy Kwiatkowskiego i wierząc, że Polak znów jedzie po tęczową koszulkę, trzeba jednak pamiętać, że kandydatów do wygranej jest kilku, a nasza drużyna mimo wszystko ustępuje rywalom. Kolarstwo to najbardziej drużynowa z indywidualnych dyscyplin i nie można o tym zapominać. Jestem przekonany, że każdy z Biało-Czerwonych mówiąc kolokwialnie będzie cierpiał i umierał za swojego lidera, ale trzeba zdać sobie sprawę, że w innych reprezentacjach są po prostu lepsi zawodnicy. Z drugiej strony u nas lider jest tylko jeden ekipa została tak ułożona, żeby wspomagać go od pierwszego kilometra. Nie każdy z wielkich faworytów ma aż taki komfort, bo w niektórych reprezentacjach tych liderów jest więcej. A to nie zawsze jest zaleta.

Dlatego jestem optymistą przed startem w Imoli. Kwiatkowski jest w formie, drużyna jest zdeterminowana, trasa wydaje się odpowiadać byłemu mistrzowi świata. Emocji na pewno nie zabraknie, sporo powinno się dziać, a przede wszystkim, w co mocno wierzę, na końcu będziemy się cieszyć. Z medalu. Niezależnie jakiego koloru.

Trwający obecnie sezon pod niemal każdym względem jest zupełnie zwariowany. Spowodowana pandemią przerwa, długie tygodnie niepewności co dalej, pełen obaw powrót, nerwowość w peletonie skutkująca straszliwymi kraksami, wielki pech kilku zawodników i zawodniczek. To wszystko już za nami. Tak samo jak niesamowita wygrana Tadeja Pogacara, łzy Egana Bernala i porażka Primoza Roglicia na Tour de France. Działo i dzieje się sporo, a przecież przed nami jeszcze dużo ścigania. Bo ten sezon właśnie taki jest. Zwęża się i robi ciasny „jak chinosy spodnie”. Ale też nie pozwala nam się nudzić.

I liczę na to, że Polacy w Imoli także nie pozwolą nam się nudzić. Dużo mówi się o tym, jaka powinna być przyszłość Kwiatkowskiego, czy powinien, odejść z Team Ineos czy też zostać w tym zespole na dłużej. Ja optowałem, i optuję nadal, za tą drugą opcją, ale zdaje sobie sprawę, że to sam zawodnik najlepiej wie, co jest dla niego na ten moment optymalnym wyborem. Jestem za to przekonany, że niezależnie od tego, w jakim trykocie będzie się ścigał, tęczowe barwy będą do niego pasować.

I chociaż Imola kojarzy się raczej z Formułą 1, mam nadzieję, że tej niedzieli sprawność mechaników nie będzie decydować o końcowym triumfie.

Popularne

To Top