Świat

“Pochodzę z kraju o kulturze klęski”

Wśród naszych rodaków żyjących za granicą słynne jest powiedzenie, w myśl którego “swoich” na obcej ziemi lepiej unikać. Cóż, sam doświadczyłem tego na własnej skórze – ponad dziesięć lat temu, kiedy za dwa miesiące pracy w Holandii dostałem od potomka husarii 1200 euro. Cóż, jak mówił Wiesław Wojnar w “Weselu” – młody człowiek był, to i głupi. A i nie o tym ten tekst.

W naszym kraju zadziwiający jest, trwający od wieków kult porażek. Gloryfikujemy przegrane powstania (z chlubnym wyjątkiem jednego – tego zwycięskiego, wielkopolskiego), rozpamiętujemy przeszłość i – co najgorsze – boimy się przyszłości. Wydaje się, że Polacy najzwyczajniej zatracili wiarę we własne możliwości.

Drażnią nas odważne deklaracje, nawet jeżeli opierają się na racjonalnych ocenach. Boimy się przyznać, że “nasz” może się liczyć, może rozdawać karty, może – uwaga, bo to słowo trudno przechodzi niektórym przez gardło – odnieść sukces. Wydaje się, że na płaszczyźnie kibicowskiej zachowujemy się podobnie do zawistnego sąsiada – nie chodzi nam o to, by samemu być lepszym, lecz o to, by inni byli słabsi. I robimy to tylko po to, by w przypadku drobnego potknięcia z dumą rzec “a nie mówiłem?”

Do czego piję? Rzecz jasna do występu Katarzyny Niewiadomej, która wjechała na metę w Imoli na siódmej pozycji. Nie brakowało takich, którzy wieszali na jej szyi medal (nawet złoty – jak chociażby komentatorka kolarstwa Jose Been), a krążek wydawał się być naprawdę realnym celem, zwłaszcza po bardzo udanym Giro Rosa, które nasza zawodniczka ukończyła na drugiej pozycji.

Cóż – nie wyszło, Polka przyznała, że po włoskiej imprezie nie zdążyła chyba odnaleźć świeżości i nie mogła nawiązać walki z kolarkami, które jeszcze tydzień wcześniej były w jej zasięgu. Zdarza się, taki jest sport.

Tuż po zakończeniu wyścigu zaczęły się jednak pojawiać głosy o tym, że po raz kolejny niepotrzebnie pompowany był balonik oczekiwań. I teraz w zasadzie sam nie wiem, od czego zacząć, bo:
a) jak już przytoczyłem, nie były to oczekiwania wzięte z kosmosu,
b) nikt nie wywierał na Niewiadomą żadnej presji, zdając sobie sprawę z tego, jak wymagający i mimo wszystko nieprzewidywalny jest to sport,
c) dla wielu zatarła się najwyraźniej granica między zwykłą, kibicowską sympatią a owym “pompowaniem”.

Nie ukrywam, Niewiadoma to dla mnie zawodniczka szczególna. Nie tylko dlatego, że mogę uznać się za jej ziomka (i to podwójnie – ze względu na mamę i żonę), ale również z uwagi na jej podejście do sportu i “wolnego ducha”. Gdybym był na przykład Niemcem i uznał ją za faworytkę – nikt nie miałby pewnie z tym najmniejszego problemu. Ba, może nawet ktoś by mój typ przytoczył, bo przecież na racjonalną ocenę możliwości Polaka stać każdego, tylko nie… Polaka.

W momencie jednak, gdy opierając się na racjonalnych przesłankach liczyłem na medal, zostało to sprowadzone do wspomnianego dmuchania balonika. Dlaczego? Wydaje mi się, że odpowiedź znalazł rok temu, po triumfie w Giro d’Italia Richard Carapaz. Ekwadorczyk przyznał, że w jego kraju nikt nie wierzył w sukces nawet, gdy był już na wyciągnięcie ręki. Powiedział wtedy słowa, które odnieść się mogą i do Polski:

“Pochodzę z kraju o kulturze klęski”

Popularne

To Top