Felietony

Bohater tragiczny

Mikel Landa
Mikel Landa / fot. Team Bahrain-McLaren

Tenisowa publiczność, ta wysmakowana, znająca cały przypisany do dyscypliny kodeks zachowań, zawsze wspiera tego słabszego, dopinguje go do walki, zachęca, by wykrzesał z siebie jeszcze odrobinę sił i spróbował przeciwstawić się rywalowi. Choć nigdy wielkim entuzjastą tenisa nie byłem, przejąłem trochę z tej maniery i wspieram jednego z tych słabszych.

Albo może nie tyle słabszych, co mniej fartownych. Mikela Landę. A to nie jest łatwe. Gdy w trakcie Tour de Pologne powiedziałem, że moim ulubieńcem jest Mikel Landa, wzbudziło to u moich szacownych kolegów, i koleżanki, raczej uśmiechy politowania. Hiszpan, choć lubiany, raczej rzadko jest wymieniany w gronie faworytów do wygrania Wielkiego Touru. W przeszłości bywało inaczej, o Landzie mówiło się jako o potencjalnej gwieździe, kandydacie na następcę wielki hiszpańskich asów.

Kiedy w 2015 roku stanął na podium Giro d’Italia, przy okazji wygrywając kilka etapów i pokazując efektowny styl jazdy, ja też nabrałem przekonania, że kiedyś zwycięży w Wielki Tourze. Niestety potem spadły na niego wszystkie plagi egipskie, łącznie z angażem w Team Sky. A przynajmniej według niego tak było.

Trzeba przyznać, że chyba żaden inny kolarz tak często nie narzekał na swoją pozycję w zespole, jak właśnie Landa. Popularny w mediach społecznościowych gif z “panem marudą” mógłby pewnie być przyozdobiony zdjęciem Mikela, choć wtedy byłby zrozumiały tylko dla fanów kolarstwa. I to tych bardziej zaangażowanych. Sam zainteresowany zresztą wspomina, że już na zawsze będzie kojarzył się z akcją #FreeLanda, która z czasem zaczęła służyć do lekkiej szydery z tego kolarza.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że czasem miał rację, bo nie zawsze dostawał szansę wtedy, kiedy na to zasługiwał. I miał też sporo pecha, bo kiedy już jechał “na siebie”, prawie zawsze zdarzało się coś, co przeszkadzało mu. A to kraksa, a to jakaś dziwna niedyspozycja, a to grom z jasnego nieba. Bask poza marudzeniem, jest też jednym z najbardziej niefartownych kolarzy w całym peletonie.

Ktoś może powiedzieć, całkiem słusznie, że słabej baletnicy, to i rąbek u spódnicy włoży kij w szprychy. I to poniekąd prawda, bo Landa miał kilka szans, których nie wykorzystał. Tylko ja, i kilku jego fanów, no może kilkudziesięciu, cały czas wierzę w to, że którąś w końcu wykorzysta i spełni swoje wielkie marzenie o wygraniu Wielkiego Touru. Już przed tym Tour de France typowałem go do miejsca na podium. Na razie jedzie nieźle i wciąż liczy się w grze o “trójkę”. Oczywiście, jak to w przypadku Landy, cały czas może dojść do katastrofy, ale kiedyś, jak Marcina Sapę i zespół Tatu, peleton go nie dogoni. Może w tegorocznej edycji, może w przyszłym roku, na Giro czy Vuelcie, ale wierzę, że tak właśnie będzie.

Koszykówka ma swojego Karla Malone’a, znakomitego gracza, któremu jednak mistrzowskie pierścienie przeszły koło nosa. I mimo, że został bohaterem utworu Afro Kolektywu, to nie chciałbym, aby jego los podzielił również i Mikel Landa. “Nic nie jadł, nosił kurtkę z koca i grał w kosza. Grał po nocach z motywacją w oczach”. Tak o “Listonoszu” rapował Afrojax. Hiszpan co prawda je całkiem nieźle, ma kurtki od markowych producentów, a w nocy jeździ rzadko, ale motywacji odmówić mu nie można. I oby uzbierał więcej, niż były lider Utah Jazz.

Landa to cały czas jest bohater, toutes proportions gardées, tragiczny. Mam nadzieję, że już niebawem się to zmieni. I jego fani, w tym ja, przestaną budzić uśmiechy politowania.

Popularne

To Top