Świat

Odpuść nam nasze winy

Po kilkunastu godzinach od dramatycznego finiszu w Katowicach emocje nieco opadły i z tej nieco dłuższej czasowo perspektywy dochodzę do wniosku, że winę ponosimy praktycznie wszyscy.

Wczorajszym wieczorem wydarzyła się rzecz straszna. Niby rzecz będąca nieodłączną częścią tego sportu, ale jednak straszna i nawet nie ze względu na obrażenia jakich doznał Fabio Jakobsen. Sprinterski finisz to niesamowite emocje i adrenalina, zarówno dla samych zawodników, jak i dla kibiców. Pod wpływem tychże emocji i tejże adrenaliny sam wystartowałem niemalże z pierwszej linii nazywając Dylana Groenewegena „najszybszym idiotą peletonu” co wpisywało się w pierwsze, jakże gorące komentarze tuż po kraksie. Obelgi i wyzwiska leciały niemal z każdej strony i trudno się dziwić, że przybrały one taki charakter, bo kto nieco uważniej śledzi zmagania światowego peletonu pamięta, że to nie był pierwszy nie do końca czysty finisz Groenewegena. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi – kraksa w Katowicach była na tyle „efektowna”, że i nieco mniej zorientowani w kolarskich niuansach widzowie zabrali głos w sprawie i dołączyli do internetowego linczu na Groenewegenie. Wraz z upływem czasu sam podchodziłem do całej sytuacji z zupełnie innym nastawieniem niż w pierwszych chwilach po kraksie.

Przede wszystkim nie chcę teraz wybielać (czy też „chajzerować”) głównego winowajcy całego wypadku, bo za takiego należy uznać sprintera Jumbo-Visma. Nie przekonują mnie argumenty mówiące, że „taki jest sport” czy „takie kraksy się zdarzają”, bo owszem, bywają, ale nie każda walka o „błysk szprychy” kończy się walką o życie na sali operacyjnej. Oczywiście jestem głęboko przekonany, że Groenewegen krzywdy zrobić Jakobsenowi nie chciał, co zresztą sam już dziś przyznał, ale jako dorosły człowiek, znający realia i prawidła uprawianego przez siebie sportu, musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że zjeżdżając do bandy znajdzie się ktoś, kto go przy tejże bandzie będzie próbował wyprzedzać. Sytuacja wydaje mi się być analogiczna do słynnej walki Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe w której to Polaka zdyskwalifikowano za uderzenie poniżej pasa. Spychanie do bandy w kolarskim sprincie jest według mnie podobnym przewinieniem – nie ma na celu spowodowania uszczerbku na zdrowiu, a „jedynie” utrudnić rywalizację swojemu przeciwnikowi. Można oczywiście gdybać, że gdyby to był ktoś z niższej sprinterskiej półki to być może w obliczu zmniejszającej się odległości pomiędzy Groenwegenem, a bandą po prostu by odpuścił, ale pech chciał, że w tym przypadku Jakobsen odpuścić nie zamierzał i mógł ponieść za to najwyższą możliwą cenę.

Swój udział w całym zamieszaniu mają tez organizatorzy. Tutaj również wczorajszego wieczoru dokonał się samosąd i na głównego winnego wskazano Czesława Langa. Dyrektor Tour de Pologne oczywiście nie jest osobiście odpowiedzialny za kraksę spowodowaną przez Groenewegena, ale nie da się ukryć, że meta w Katowicach od kilku lat “prosiła się o guza”. Gdy w 2017 powstał pomysł, by w Giro d’Italia nagradzać najlepiej zjeżdżających zawodników i stworzyć dla nich osobną klasyfikację podniósł się lament, że to zbyt niebezpieczne, a w Katowicach – hulaj dusza! Jasnym jest, że prędkości osiągane na finiszowej prostej prowadzącej w dół przyciągają uwagę i stało się to znakiem rozpoznawczym mety nieopodal Spodka, ale czy koniecznym jest budowanie prestiżu etapowego zwycięstwa w Tour de Pologne kosztem bezpieczeństwa? Nic nie ujmując naszemu rodzimemu wyścigowi – gdyby meta była usytuowana na kilkusetmetrowym wzniesieniu emocje byłyby podobne, wydźwięk sukcesu na jednym z odcinków tygodniowego wyścigu World Tour podobny, a ryzyko kraksy podobnej do tej z minionego dnia byłoby nieporównywalnie mniejsze. Całą historię dość trafnie skomentował Janez Brajković, który przyrównał zachowanie zawodników i ukształtowanie trasy do dzieci bawiących się zapałkami. Zabawa doprowadziła do pożaru (tudzież kraksy), a winni temu są rodzice, których rolę w tym przypadku należy przypisać organizatorowi wyścigu.

W obrębie “niedopatrzeń” (być może to nie jest najbardziej trafne słowo) organizatora podnosi się także temat barierek. Ten wątek zgrabnie opisał były torowiec Alex Rasmussen, który zestawił kraksę z Katowic z kraksą z etapu Tour de France, gdzie ucierpiał Mark Cavendish. Nie jestem w żaden sposób ekspertem od zabezpieczania tras kolarskich, nie znam dokładnych wytycznych dotyczących barierek oddzielających trasę wyścigu od kibiców, nie znam dokładnych sposobów montażu takowych barier, ale wydaje się, że i one odegrałyby mniejszą rolę we wczorajszym dramacie na linii mety, gdyby nie wysokie prędkości. Widząc w jaki sposób “Manxman” niejako prześlizguje się po barierkach wydaje się dość oczywiste, że rozwiązanie stosowane przez Tour de Pologne wydaje się nie być najlepsze. Rzecz jasna tutaj Lang Team nie jest jedynym adresatem pretensji o zabezpieczenie trasy, bo wytyczne odnośnie tego wydaje UCI i komisarze światowej federacji mimo wszystko dopuszczali finisz na zjeździe w Katowicach i uznali także, że barierki używane podczas najważniejszego wyścigu w Polsce są również w zgodzie z przepisami.

Nie ma łatwego życia ten “nasz” Tour. Ubiegłoroczna tragedia Bjorga Lambrechta położyła się cieniem na polskim wyścigu i niewiele brakowało, by po dwunastu miesiącach znów zamiast radości ze zwycięstw byłyby czarno-białe zdjęcia. Dziś, gdy powoli napływają mimo wszystko pozytywne informacje o stanie zdrowia Fabio Jakobsena, pozostaje nam życzyć mu jak najszybszego powrotu do pełni sił i zdrowia. Należałoby także pochylić się nad Groenewegenem, który przechodzi traumę wcale nie mniejszą niż jego rodak. Hejt i samosąd jaki spadł na Holendra (również i z moim udziałem) był późnym wieczorem aż nie do zniesienia i nie można w żaden sposób akceptować wezwań do linczu na sprinterze Jumbo-Visma, bo dla niego samego powrót do ścigania może być również traumatycznym przeżyciem, a nie można wykluczyć również tego, że część jego rywali z peletonu po prostu nie będzie miała ochoty z nim rywalizować wiedząc, że w stykowej sytuacji może ich spotkać los podobny do zawodnika Deceuninck-Quick Step.

Swoją działkę w tej tragedii mamy także my, dziennikarze i kibice, bo domagając się coraz to efektowniejszych i bardziej wymagających tras doprowadziliśmy w pewien sposób do tego, że organizatorzy ulegają tej presji i na kolarskich wyścigach przybywa utrudnień. Być może czas zmniejszyć nieco oczekiwania, bo przez to, że ciągle chcieliśmy “szybciej” czyjeś życie wczoraj mogło się zatrzymać, a zamiast “świątyni sprintu” mielibyśmy kostnicę.

Popularne

To Top