Świat

Michael Woods łatwo się nie poddaje. Liczy na udany powrót do ścigania

Michael Woods / fot. EF Pro Cycling

Nie zagrał w NHL, nie został sławnym biegaczem, ale w końcu znalazł dyscyplinę sportu, w której należy do światowej czołówki. Michael Woods łatwo się nie poddaje i niedawno udowodnił to po raz kolejny, wracając po ciężkiej kontuzji.

Choć pochodzi z Ottawy, jego ulubionym klubem nie byli Ottawa Senators, a Toronto Maple Leafs. W barwach tej drużyny chciał zagrać w NHL. Z pełnym przekonaniem odpowiadał, że hokej jest ważniejszy niż szkoła, więc był załamany, gdy w wieku 14 lat zrozumiał, że nie zostanie następca Wayne’a Gretzkyego.

Po krótkim czasie znalazł nowe zajęcia – bieganie. W tym przypadku był zdecydowanie bliżej wielkiej kariery. Jako junior ustanawiał rekordy kraju  w biegach na 1 milę i 300 metrów, a także zdobył złoty medal w biegu na 1500 metrów podczas panamerykańskich mistrzostw juniorów. Problemy z lewą stopą sprawiły jednak, że musiał pożegnać się z marzeniami o kolejnych sukcesach na bieżni.

– Koncepcja przeznaczenia to bzdura. Nie wierzcie w nią. Tyle ludzi mówiło mi, że moim przeznaczeniem jest osiąganie sukcesów w bieganiu, ale – podobnie jak w hokeju – to się nigdy nie stało. Więc kiedy zacząłem jeździć na rowerze i wiele osób zaczęło mówić, że mogę podpisać zawodowy kontrakt, moje doświadczenia sugerowały mi, żeby być co najmniej sceptycznym – pisał Woods w 2015 roku dla CyclingNews.

Uczył się na błędach

Gdy wtedy podsumowywał dopiero co zakończony sezon, był świeżo po podpisaniu kontraktu z Cannondale Pro Cycling Team. Na miejsce w World Tourze zapracował sobie dobrymi wynikami w wyścigach odbywających się w USA i Kanadzie.

Od kiedy trafił do zespołu Jonathana Vaughtersa, czyni systematyczny postęp. Debiut w nowych barwach niespodziewanie okrasił 5. miejscem w Santos Tour Down Under. Rok później władze grupy zdecydowały się powierzyć Kanadyjczykowi miano lidera zespołu na australijski wyścig. – Wszyscy na mnie pracowali, a ja to zepsułem. Byłem fatalny, uległem presji – mówił już po drugim etapie, gdy zmagania nie układały się po jego myśli. Ostatecznie ukończył wyścig na odległym 21. miejscu. – Miałem ogromne oczekiwania, ale gdy coś zaczynało iść nie po mojej myśli, załamywałem się – oceniał.

Kilka miesięcy później presja była jeszcze większa. Podczas Vuelta a Espana grupa otrzymała informację o wycofaniu się sponsora, więc sportowa przyszłość zawodników stanęła pod znakiem zapytania. Dyrektor sportowy Juan Manuel Garate powiedział kolarzom zgromadzonym na odprawie przed 9. etapem, że mają dwie opcje: – Możecie jechać dla siebie, aby osiągnąć jak najlepsze wyniki, które pomogą waszym karierom. Zrozumiem was, bo musicie się pokazać, aby dostać kontrakt na następny sezon. Drugą opcją jest pojechanie dla Mike’a, próbując pomóc mu w odniesieniu zwycięstwa – zapowiedział. Zawodnicy postanowili pomóc Kanadyjczykowi. – Po wyjściu z autobusu Juanma stwierdził, że muszę osiągnąć dobry wynik dla siebie i dla wszystkich pozostałych. Pomyślałem tylko: „O cholera” – wspominał później Woods.

Nie wygrał. Ale tym razem poradził sobie z presją. Przyjechał trzeci za Chrisem Froomem i Estebanem Chavesem. Cały wyścig ukończył na 7. miejscu. Udowodnił, że jednak może być liderem.

Przerwana wspinaczka

W ostatnich dwóch sezonach Kanadyjczyk na dobre zadomowił się w światowej czołówce. Jak sam mówi, szczególnie dobrze radzi sobie na krótkich wspinaczkach. W wyścigach klasycznych przebił się do grona faworytów, potwierdzając to 2. i 5. miejscem w Liege-Bastogne-Liege  czy zwycięstwem w Milano-Torino. Na mistrzostwach świata w Innsbrucku zajął 3. miejsce. W końcu zgarnął też etap w wielkim tourze, triumfując na jednym z odcinków Vuelty. O wspomnianym już systematycznym postępie Woodsa można przekonać się w najprostszy sposób, sprawdzając jak rok po roku wspinał się w rankingu indywidualnym UCI. W 2016 był 122. W 2017 – 92, w 2018 – 37, a w 2019 – 23.

2020 rok Woods rozpoczął od startu w Paryż-Nicea. Na piątym etapie upadł, łamiąc kość udową. Został przetransportowany do szpitala w Lyonie, gdzie szybko przeszedł operację, po czym przewieziono go do domu w Gironie. Przerwa miała potrwać kilka miesięcy, a więc Kanadyjczyk mógł spisać sezon na straty. Na stronie EF Pro Cycling jego kontuzję określono jako zagrażającą karierze

Tymczasem okazało się, że Woods nie tylko wróci do rywalizacji, ale prawdopodobnie nie ominie żadnego ważnego wyścigu. Bo też żaden się jak dotąd nie odbył. Epidemii koronawirusa nikt nie może wspominać pozytywnie, ale w świecie sportu jest kilka osób, które skorzystały na zawieszeniu sezonu. W kolarstwie byli to chociażby Chris Froome czy właśnie Woods, którzy w spokoju mogli zaradzić skutkom poważnych kontuzji.

Ekspresowa rehabilitacja

Woods nie tylko wrócił do sprawności, ale też uczynił to szybciej niż zakładano. Przyczynił się do tego fizjoterapeuta Richard Spink, który w pewnym momencie odwiedzał Kanadyjczyka 5-6 razy w tygodniu. Niektóre sesje były brutalne, ale dawały efekt. Już po kilku tygodniach Woods mógł się poruszać i – co najważniejsze – wsiadać na rower.

Początkowo Kanadyjczyk był załamany, że nie wystąpi w igrzyskach. Dla 33-letniego obecnie zawodnika mogła to być ostatnia szansa na olimpijski krążek. Pandemia wywróciła jednak świat sportu do góry nogami i Woods nie tylko nie stracił szansy na start w igrzyskach olimpijskich, ale nawet nie stracił zbyt wielu treningów na zewnątrz. – Pierwszy dzień, kiedy lekarze pozwolili mi wyjechać na trening, był też pierwszym dniem, gdy hiszpański rząd pozwolił nam trenować na zewnątrz – wspominał Woods, który dzięki przerwie od startów miał okazję, aby spędzić więcej czasu z córką.

– Jestem już w prawie stu procentach gotowy. Nie mogę jeszcze biegać, ale robię wszystko inne. Na rowerze czuję się całkowicie normalnie – mówił niedawno w rozmowie z biurem prasowym swojego zespołu. Kanadyjczyk podczas przymusowej przerwy nie przybrał na wadze, a między obiema nogami nie występują większe różnice w mocy. Ocenia też, że jest powtarzalny i pomimo przerwy od aktywności, dwa miesiące ciężkiej pracy pozwolą mu wrócić do dobrej formy.

Mont Ventoux jak… bieganie

Na razie Woods ma zaplanowane starty w Strade Bianche, Mediolan – Sanremo i w Lombardii. Późniejszy kalendarz zależy od jego dyspozycji. Kanadyjczyk może jednak być optymistą po tym, co pokazał na piątym etapie wirtualnego Tour de France. Ściganie na trenażerze porównał do… biegania. – To jest nieprzerwany, duży wysiłek przez dłuższy czas – wyjaśniał swoje skojarzenie.

Od startu wirtualnego etapu droga nieustannie się wznosiła, a na dystansie niespełna 23 kilometrów suma przewyższeń wynosiła ponad 1200 metrów. Odcinek odwzorowywał niższe partie podjazdu pod Mont Ventoux. Woods wygrał z 19-sekundową przewagą nad Domenico Pozzovivo.

– Dobrze znowu widzieć go z pełną mocą – podsumował Jonathan Vaughters. Jeśli w najbliższych tygodniach Kanadyjczyk potwierdzi dobrą formę, będzie autorem jednego z bardziej imponujących powrotów po kontuzji. Napisze też kolejny wyjątkowy rozdział w swojej nietypowej karierze.

To Top