Polska

Przemysław Kasperkiewicz: “Mam nadzieję, że najlepsze jest przede mną”

Przemysław Kasperkiewicz
Przemysław Kasperkiewicz / fot. Małgorzata Żelezik

Naszym gościem przed restartem sezonu był kolarz drużyny UC Nantes Atlantique jeżdżącej w francuskiej Division Nationale 1 – Przemysław Kasperkiewicz. Rozmawialiśmy o rzeczach poważnych, które mocno zachwiały karierą obiecującego zawodnika, wspomnieliśmy również trudny “koronawirusowe” czas, jednak nie zabraknie i zdań dających nadzieję na lepsze, pełne udanych startów sezony.

Spotykamy się w przedziwnym czasie, wszyscy przepełnieni nadzieją, że najgorsze już za nami, opowiedz nam jak odebrałeś informację o lockdownie? A co za tym idzie – zamrożeniu również zawodowego sportu?

W tym czasie byłem we Francji, koronawirus był już dość głośnym tematem, również tam gdzie mieszkałem, było dość dużo osób w szpitalu z pozytywnym wynikiem, jednak można było odczuć, że Francuzi się tego tak bardzo nie boją. Życie toczyło się normalnym trybem i ja również nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji, natomiast, gdy okazało się, że pojawił się pierwszy przypadek w Polsce, narzeczona oraz rodzice dzwonili do mnie, że prawdopodobnie granice zostaną zamknięte. Nie do końca wiedziałem jak zareagować.

Zacząłem się zastanawiać czy nie wrócić do kraju, zbiegło się to z najważniejszymi startami w sezonie – Tour de Normandie i Tour de Bretagne (oba wyścigi zostały odwołane). dowiedzieliśmy się, że ten sezon będzie pauzował minimum dwa miesiące, udało mi się wrócić dzień przed wprowadzeniem obowiązkowej kwarantanny, jednak tak czy owak, ja sam sobie tą kwarantannę nałożyłem dla własnego sumienia, dla rodziny, dla bliskich. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział z czym mamy do czynienia, jakie mogą być tego konsekwencje. Teraz wiemy jak to się odbiło na wszystkim, na całym świecie, na sporcie, na gospodarce, na każdym z nas.

Już wiemy, że czas izolacji spędziłeś w Polsce. Jak wyglądały Twoje treningi podczas tego okresu?

Najpierw były to dwa tygodnie dość spokojnego treningu, odpuszczenia, “zresetowania” głowy. Tak jak mówiłem – byłem już wtedy w dość dobrej formie, ale nie było tak że odstawiłem rower na dwa tygodnie, maksymalnie były to trzy dni, miało to związek z podróżą. Po dwóch tygodniach typowo turystycznych wycieczek ustaliłem z trenerem, że trzymamy formę, nie wiemy do końca kiedy sezon ruszy, jednak trzeba by gotowym. Wykonaliśmy kawał pracy w okresie zimowym, dotarliśmy do fajnego punktu i teraz nie wolno odpuścić. W kolarstwie formę buduje się bardzo długo. Potem kolejny miesiąc były treningi dwu, trzy, czterogodzinne, połączone z ćwiczeniami, nie była to już spokojna jazda. A od miesiąca jestem już w solidnym treningu, ostatnie dni były bardzo ciężkie, szlifowałem formę na Śląsku, Gliwice i okolice, Góra św. Anny, od 3 lipca jesteśmy już na pierwszym zgrupowaniu z drużyną.

fot. Małgorzata Żelezik

Czy przerwa w startach zadziałała na Ciebie mobilizująco czy wręcz przeciwnie, trudno było się zabrać za solidne treningi?

Tutaj to bym pewnie mógł książkę napisać na ten temat. Z jednej strony jest to bardzo trudne, wiem o tym, jednak z drugiej strony, z perspektywy czasu ja tego strasznie potrzebowałem, takiej przerwy, fizycznej i psychicznej. Osiem lat spędziłem na walizkach, za granicą z dala od rodziny i bliskich. Był sezon w 2017 roku, gdy przez cały sezon byłem raptem 6 dni w Polsce i po prostu bardzo mi tego brakowało. Ja osobiście byłem bardzo zmęczony po tych ostatnich dwóch latach, które na szczęście są już za mną. Wahałem się czy nie zakończyć kariery, byłem już bardzo blisko tego, jednak zdecydowałem kontynuować to dalej.

Wiem oczywiście, że koronawirus zaszkodził wielu i o wiele lepiej byłoby gdyby w ogóle się nie pojawił. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle. Po prostu mogłem się nacieszyć krajem, bliskimi, mogłem odpocząć od lotów, mogłem trenować spokojnie, mogłem zająć się wyleczeniem do końca kontuzji obojczyka. Cały czas pracowałem z fizjoterapeutą, z osteopatą, ten obojczyk dalej daje o sobie znać, może się odzywać przez dwa kolejne lata, a może nawet do końca życia mogę go po prostu czuć, tam jest blacha, są gwoździe, jednak trzeba cały czas pracować i poświęcać temu czas, a ja ten czas teraz miałem. Czuję się po prostu świeży, mam chęci do treningu, do ścigania, nie mogę się doczekać kiedy sezon ruszy.

Poprzednią odpowiedzią trochę przeszliśmy do kolejnego pytania, które może być wyjątkowo trudne, chciałem zapytać o czas spędzony w poprzedniej drużynie. Zmiana przez Ciebie drużyny trochę zdziwiła wielu kibiców, czy możesz nam opowiedzieć, co wydarzyło się pod koniec przygody, być może to złe słowo, pod koniec jazdy w Delko Marseille Provence? Wszyscy wiemy że poprzedni rok był dla Ciebie bardzo trudny, kontuzja za kontuzją, czy zabrakło zaufania ze strony drużyny?

Na pewno nie powiedziałbym drużyny. 99 procent ekipy to są moi przyjaciele, koledzy. Do tej pory mamy ze sobą kontakt i czułem szacunek oraz wsparcie. Jednak ta najważniejsza osoba w drużynie po prostu skrzywdziła mnie bardzo, nazwę to w okrutny sposób i ja nie mogłem pozwolić by to toczyło się dalej. To wszystko wydarzyło się niestety już po trzech miesiącach pobytu w Delko. Kiedy Rémy Di Grégorio został złapany na dopingu. Nagle zaczęły pojawiać się ogromne problemy finansowe w drużynie. Wtedy jedna osoba postawiła mnie pod mur i szukała pieniędzy tam gdzie nie powinna i nie mogła.

Później to wszystko już się tak toczyło, zgodziłem się na pewne rzeczy z braku wyboru, ale gdy ktoś mówi Ci, że gdy czegoś nie zrobisz to przestanie Cię wysyłać na wyścigi czy opłacać podróże, to myślę, że jest to ogromnie niesprawiedliwe. Mógłbym opowiedzieć jeszcze parę dziwnych rzeczy, w które większość osób i tak mi nie uwierzy. Ja zawsze starałem się omijać takie drużyny, gdzie było coś nie tak, jednak w tej konkretnej sytuacji, ta osoba wykorzystała pewne punkty w kontrakcie, ja miałem wtedy 23 lata, nie wiedziałem do końca czy to co się dzieje jest do końca zgodne z umową, potem zastanawiałem się, że powinienem wynająć prawnika, powiadomić UCI, by tą sytuację wyjaśnić, Później w kolejnym roku miałem świetny początek, byłem w wyśmienitej formie. Jednak pojawiały się problemy z sprzętem. Pojechałem do Rwandy, tam wygrałem etap, byłem trzeci, na siedem dni wyścigu pięć spędziłem w odjeździe. Pojechałem na Roubaix, na klasyki, przed Roubaix mieliśmy testować sprzęt, opony, oczywiście niczego nie było. Na parę dni przed wyścigami dostałem totalnie za mały rower, brakowało tego sprzętu, nagle na cztery dni przed startem nie było jeszcze kierownicy, mechanik jeździł gdzieś po Decathlonach szukać czegoś, co by pasowało.

Także, to nie było to o czym marzyłem, na co pracowałem aby się przygotować. Po prostu nie chciałem aby te moje ambicje, czy pieniądze szły na marne. Druga część sezonu to już była tragedia. Byłem wypalony psychicznie, w Dookoła Norwegii upadłem przy dość dużej prędkości rozprowadzając Grosu, uderzyłem głową o asfalt, miałem dwanaście dni przerwy. Pojawiły się problemy z kręgami, z mięśniami szyjnymi. Wróciłem do ścigania, niestety w Austrii połamałem obojczyk na pierwszym etapie, pozbierałem się szybko. Dostałem zielone światło jeśli chodzi o powrót na rower. Pojechałem na Arctic Race of Norway. Tam ten obojczyk mnie strasznie bolał, na pewno poczułem, że ta blacha zaczyna mi odstawać od skóry, czułem jakby chciała mi tą skórę przebić. Wróciłem do kraju, dowiedziałem się, że musze mieć drugą operację. Wtedy już wiedziałem, że koniecznym będzie odstawić rower na siedem tygodni i tak zakończył się mój sezon. Była propozycja przedłużenia kontraktu z Delko, ale ja po prostu powiedziałem, że nie chcę zostać, podziękowałem za te dwa lata i zrezygnowałem z jazdy dla tej drużyny. Środowisko kolarskie jest dość trudne. Jest wiele osób, które kocha kolarstwo, kocha kolarzy, jak chociażby Patrick Lefevere, który traktuje drużynę jak swoją rodzinę, a kolarzy jak swoje dzieci i tylko jeśli jesteś lojalny wobec niego, on nie pozwoli, by Tobie stała się jakakolwiek krzywda i zrobi dla Ciebie co tylko potrafi. Znam wielu takich szefów. Ale niestety są też osoby, które potrafią wykorzystać człowieka, potraktować jak kawałek mięsa, przeżują, wyrzucą i Cię nie ma.

Łatwo byłoby w tej sytuacji powiedzieć, że trzeba takich ludzi unikać jak tylko potrafimy, ale czasami po prostu to nie zależy od nas i nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć.

Czasami najzwyczajniej w świecie tego nie wiemy. I to ma miejsce w każdej branży, czy to jest kolarstwo, czy to jest futbol, czy jesteś pracownikiem na hali, jesteś stolarzem, czy w biurze, możesz po prostu trafić na ludzi, którzy zniszczą Cię psychicznie, a Ty nie masz na to wpływu.

Dlaczego zdecydowałeś się przenieść do ekipy spoza struktur UCI? Czy był moment zwątpienia? Teraz już wiemy, że na pewno był.

To jest ten temat, który myślę, w Polsce jest dość trudny do zrozumienia. Ja mieszkałem dwa lata w Francji, ścigałem się wcześniej dużo w tym kraju. Ścigałem się również w drużynach kontynentalnych i ja po prostu nie widzę różnicy poza moją obecną drużyną, a drużynami z dywizji Continental. Cała baza drużyny, garaże, biura, siłownia, pokoje, sprzęt, to wszystko jest na fajnym poziomie, niczego nam nie brakuje, mamy ciekawe starty, mnóstwo ekip kontynentalnych chciałoby jechać w takich wyścigach jak Tour de Bretagne czy Tour de Normandie, ale nie mogą, mimo że chciałoby nawet zapłacić za ten start, my te wyścigi mamy od ręki.

Chciałem zostać w Francji, chciałem nadal jeździć te wyścigi, bo one dają przepustkę do zawodowego peletonu, jeśli się tam pokażesz, no i oczywiście ostatni punkt – pieniądze. Mam tutaj je na takim poziomie, których większość kontynentalnych drużyn nie jest w stanie zaoferować. To jest dywizja pierwsza, niekontynentalna, ale masz praktycznie takie same możliwości, jak zawodnicy drużyn Continental. Jednak na ten moment, będzie bardzo trudno w tym sezonie zaistnieć w jakimś większym wyścigu. Te najważniejsze miały miejsce na początku sezonu. Wiem, że drużyna próbuje nas zapisać na jakieś starty po wznowieniu sezonu, jednak w obecnej sytuacji wiele ekip jest chętnych na takie wyścigi, tych wyścigów jest teraz dużo mniej i wszystkie drużyny będą starać się łapać te dni startowe. Zobaczymy jak potoczy się ten sezon, wiem, że są jeszcze fajne starty z cyklu francuskich wyścigów, które są dość ważne, są śledzone przez francuskie drużyny takie jak Cofidis czy Arkea, ktoś powie, że nie ma wyników na ProCyclingStats, a to naprawdę tak nie jest, ponieważ poziom tego kolarstwa jest naprawdę wysoki i nie mówię tego dlatego, że ja się tam ścigam i próbuję się obronić, większość ludzi może tak to odebrać, ja podchodzę do sprawy inaczej.

Trafiłem do fajnej grupy, do fajnych ludzi, jest dobra atmosfera, dużo młodych kolarzy. Ja jestem ciut starszy, są jeszcze starsi. W tych dywizjach ściga się dużo zawodników którzy mają przeszłość w World Tourze czy Pro Continental. Wiadomo są też luźniejsze wyścigi. Ale ja jeździłem również takie wyścigi w Pro Tourze, gdzie przez pierwsze pięć kilometrów miało miejsce formowanie odjazdu, później bajlando przez 180 kilometrów i ostatnie ściganie przez trzydzieści kilometrów. Tutaj takiego czegoś jest mniej, mamy akcję za akcją, skok za skokiem, jest ciężkie ściganie. Trzeba mieć dużą moc i dużą wytrzymałość, żeby zrobić przez powiedzmy trzy godziny 360 watów. Także, to nie jest do końca tak jak to wszyscy widzą z boku, że kogoś nie ma w kontynentalnej drużynie, to znaczy, że ta drużyna jest słaba. Ja mogę tylko powiedzieć, że życzyłbym polskiemu środowisku takiej drużyny jaką my jesteśmy. Z takim podejściem, szacunkiem do kolarzy, organizacją. Teraz mamy jedno zgrupowanie, następne w okolicach Tourmalet. Liczy się szkolenie, motywacja, rozmowa z zawodnikami, czy też odżywianie.  

fot. Małgorzata Żelezik

A czy pojawiło się zainteresowanie polskich drużyn? Rozważałeś w ogóle jazdę na naszym podwórku?

Tak, kontaktował się ze mną Pan Darek Banaszek, ale było już trochę za późno. Miałem podpisany kontrakt. Mogłem go zerwać, przepisy na to pozwalają, gdy chcesz przejść do dywizji wyżej, to możesz ten kontrakt powiedzmy anulować. Ale z szacunku dla drużyny i dla samego siebie, że już podjąłem tę decyzję, miałem tę wizję w głowie, wizję tego gdzie wystartujemy, gdzie udam się na zgrupowania. Dogadaliśmy się wcześniej, porozmawialiśmy szczerze, obecna drużyna zna moją sytuację, mocno chciałem tam jeździć. Podziękowałem więc Darkowi, trzymam serdecznie kciuki za niego, za ich projekt, wygląda wręcz świetnie. Mam nadzieję, że drużyna będzie się rozwijać, wiem, że wszystko jest tam w porządku, ścigają się tam również moi przyjaciele, mam nadzieję, że wszystko będzie okej i życzę im wszystkiego najlepszego.

Aby jeszcze bardziej zobrazować naszym czytelnikom Twoją nową drużynę, czy mógłbyś nam ją trochę przedstawić. Chociażby pod kątem liczebności, ilu liczy zawodników, ilu mechaników czy masażystów?

Myślę, że to wszystko prawie niczym się nie różni od ekip kontynentalnych. Nawet myślę, ściga się nas tam więcej niż w niektórych projektach z trzeciej dywizji. Jest nas bodajże teraz szesnastu, dwóch zawodników z zagranicy – ja i jeden Irlandczyk, pozostali to Francuzi. Mamy dwóch mechaników, na każdym wyścigu, czy też zgrupowaniu są masażyści. Także, nie widzę żadnej różnicy, mamy dwóch dyrektorów sportowych, którzy czasem wymieniają się wyścigami. Są dwie osoby w biurach. Jest główny menadżer, dość duży biznesmen, który kocha kolarstwo, ma sieć McDonaldów w Nantes i okolicy. Jest to dość spora grupa ludzi, wielu ludzi angażuje się w ten projekt. Wiem, że drużyna ma też aspiracje by awansować do dywizji kontynentalnej, nie wiem kiedy się to uda, ponieważ we Francji jest to trochę inaczej, dla nich kolarstwo jest czymś więcej niż tylko sportem, zawodem. Dla nich to jest miłość i pasja. Może my Polacy czasem wyrażamy się dość niepochlebnie na temat tego narodu, ale ja poznałem to środowisko i wiem, że dla nich kolarstwo jest całym życiem. I być Continental we Francji to już jest naprawdę duża rzecz. Trzeba mieć solidny budżet na poziomie 1,2 mln Euro, są tam już minimalne kontrakty zawodowe, ubezpieczenie. Także gdybym miał zestawić którąś francuską ekipę kontynentalną, to myślę, że można je postawić na równi z wieloma drużynami z drugiej dywizji na całym świecie.

Możesz zdradzić nam Twoje wstępne plany na nadchodzący substytut tego sezonu? Jaki będzie największy wyścig w którym wystartujesz?

Aktualnie znajduję się na pierwszym po przerwie zgrupowaniu we Francji, będzie ono dość krótkie, pięć dni, jeden dzień potrenujemy na kozach, jeden dzień poświęcimy na coffee ride ze sponsorami, z całą ekipą. Później mamy dziesięć dni przerwy i wyruszamy potrenować w góry. Na ten moment, wiem, że jestem w szerokiej kadrze na Tour de Pologne. Bardzo chciałbym jechać, mam to w głowie. Te przygotowania, które mam, też mi pasują idealnie, abym mógł przygotować się w stu procentach do tego startu. Ale czekamy na oficjalne informacje kto pojedzie. Rozmawiałem, z jednym człowiekiem z PZKol, że chciałbym bardzo pojechać, jeśli tylko będę w dobrej formie, bo na pewno nie chciałbym pojechać, żeby tylko wystartować i zrobić sobie zdjęcie na starcie, jestem na to zbyt ambitny i zdaję sobie sprawę z tego jak trudny sport uprawiamy. Potrafiłem zrezygnować z Mistrzostw Europy, gdy nie czułem się na siłach. A na ten moment, czuję się zdrowy, silny, jestem w ciężkim treningu. Chciałbym bardzo pojechać i zawalczyć na tym wyścigu, dobrze się pokazać. A nie tylko zabrać w jeden odjazd i odhaczyć wyścig, takie coś było fajne gdy się miało dwadzieścia lat, teraz chciałbym jechać po prostu po coś więcej. Cały czas podczas treningu mam to w sobie, staram się myśleć o tym, że trenuje po coś większego. A co do wyścigów z drużyną, tak jak mówiłem ekipa cały czas stara się o przepustki na wyścigi, ale jest o to bardzo trudno, mamy mniej wyścigów, a więcej chętnych by te nawet mniejsze wyścigi obsadzić. Mamy jeszcze puchary Francji w naszej pierwszej Dywizji, są one dość ważne dla sponsorów, dla drużyny. Także jest jeszcze gdzie się pokazać. 

Czasem trzeba zrobić krok w tył, aby następnie wykonać dwa do przodu. Gdzie chciałbyś siebie zobaczyć powiedzmy za dwa lata? Czy czujesz że to może już ostatni dzwonek zakorzenić się w drużynie chociażby z poziomu Pro Teams?

Trudno powiedzieć tak naprawdę, ja z perspektywy czasu już wiem jak wyglądają transfery, jak ogromną rolę odgrywa menadżer, kontakty. Czasami w kolarstwie są to ważniejsze punkty niż wyniki, to mogę powiedzieć śmiało, ale to jak i w życiu. Trenuję, chce się ścigać, notować wyniki, zobaczymy co będzie na koniec sezonu. Jestem w kontakcie z moim menadżerem, z jakimiś drużynami, ale ten rynek transferowy na chwilę obecną stoi, nie ruszy myślę póki nie będzie Tour de France, tam tak naprawdę mają miejsce największe rozmowy na temat kontraktów, ja tylko mogę starać się jak najmocniej trenować i dać z siebie wszystko, to tyle ile na chwilę obecną mogę zrobić.

Twój największy sukces? Największe spełnione kolarskie marzenie?

Ciężko powiedzieć. Nigdy nie zdobyłem medalu Mistrzostw Świata, czy Mistrzostw Europy, o którym marzyłem. Fajnie było wygrać etap na Tour de Bretange, fajnie było przejechać Tour de Pologne gdy miałem dwadzieścia lat i pokazać się przed rodziną, publicznością, znajomymi, na pewno miło wspominam Mistrzostwa Polski, też gdy miałem dwadzieścia lat i skończyłem czwarty w elicie. Także te pojedyncze starty są tam gdzieś w pamięci, ale nadal mam nadzieję, że to nie jest wszystko co osiągnąłem i na co mnie stać, mam nadzieję, że najlepsze jest przede mną.

Teraz z kolei największe kolarskie marzenie, które pozostaje jeszcze do spełnienia?

Chciałbym wystartować w Tour de France i wygrać etap. To jest największe kolarskie marzenie związane z drużyną i z tym o czym marzyłem od dziecka oglądając telewizję. Ale również zawsze kochałem ścigać się w barwach narodowych, jest to dla mnie wielka duma. Także na pewno Mistrzostwa Świata czy Igrzyska takim marzeniem również są. Jednak zdaję sobie sprawę z perspektywy czasu, że jest to bardzo, ale to bardzo trudne do osiągnięcia.

Wiele się mówi teraz o tragicznych wypadkach na polskich szosach, jak to wygląda we Francji? Jak tam podchodzi się do amatorów i zawodowców trenujących na ulicach?

Tam rower jest po prostu codziennością. Ludzie jeżdżą tam powiedzmy masowo na rowerach, kierowcy są nauczeni do rowerzystów, panuje wzajemny szacunek. Czasami zdarzy się jakaś bardziej nerwowa osoba, która być może miała zły dzień, która Cię strąbi i będzie miała do Ciebie pretensje, że jedziesz zbyt blisko środka jezdni. W Polsce to wygląda trochę inaczej, nasze społeczeństwo dopiero teraz powoli zaprzyjaźnia się z rowerem. Ta moda na rower przyszła tak naprawdę po sukcesach Rafała Majki czy Michała Kwiatkowskiego, ludzie zaczęli interesować się kolarstwem i jeździć na rowerze. Widzimy teraz tłumy rowerzystów na drogach i kierowcy mają problem się z tym oswoić. Myślę, że duża rola w tym mediów społecznościowych, aby społeczeństwo edukować w kwestii współdzielenia drogi. I tutaj chodzi nie tylko o kierowców, ale również o rowerzystów, ponieważ my również nie jesteśmy bez winy, czasem też nie zachowujemy się do końca fair wobec kierowców.

W jakim miejscu na mapie Europy znajduje się Polska jeśli chodzi o rozwój kolarskiej kultury?

Myślę, że jesteśmy jednym z topowych krajów. Które zaczęły uprawiać kolarstwo na poważnie. Tak jak mówiłem wcześniej, dzięki sukcesom naszych chłopaków, ludzie zaczęli się tym interesować, oglądać kolarstwo. Mam wielu znajomych, którzy prowadzą swoje biznesy związane z rowerami. Gdy z nimi rozmawiam, to opowiadają, że wszystko fajnie się rozwija, jest popyt na rowery. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy powiedzmy w czołowej dziesiątce krajów, gdzie rower stał się bardzo popularną aktywnością.

fot. Małgorzata Żelezik

Czy spotykasz się z rozpoznawalnością na ulicach? Czy w Polsce trzeba być Rafałem Majka, aby być zaczepianym na ulicy będąc kolarzem?

Nie, nie, na pewno moja osoba nie jest tak rozpoznawalna i nawet szczerze mówiąc cieszę się, ponieważ nie lubię czuć się zauważany, czy rozpoznany. Szczerze mówiąc nie lubię nawet udzielać wywiadów, tutaj zostałem zaproszony, szanuję to i mnie to cieszy, nie odmówiłem, bo nie chciałbym spotkać się z opinią, że gwiazdorzę, czy kozaczę. Ja generalnie jestem dość zamkniętą osobą. Trenować również lubię sam, wtedy mogę skupić się na tym co robię. A co do rozpoznawalności, myślę że trzeba być Rafałem czy Michałem. A czy oni też są wszędzie rozpoznawalni? Nie wiem, myślę, że bardziej w swoich rodzinnych stronach owszem, ale czy w całym kraju to wątpię.

Takie pytanko poza konkursem, które w sumie urodziło się podczas rozmowy o rozpoznawalności. Ostatnio padł pomysł, aby kolarze mieli na koszulkach swoje numery, nie tylko startowe, ale aby każdy zawodnik miał swój indywidualny numer. Co sądzisz o tym pomyśle? Nie byłoby łatwiej wtedy zidentyfikować swojego ulubionego zawodnika?

Z jednej strony na pewno fajny pomysł. Ale z drugiej myślę, że jednak troszkę problematyczny. Ponieważ czasem kolarze ścigają się w trudnych warunkach i tego numeru do końca nie zauważymy. Oczywiście nie można zrezygnować z numerów przypinanych do koszulek. Gdyż jest to bardzo ważne dla dyrektorów sportowych, kto jest w odjeździe, kto skoczył i takie informacje sędzia czerpie z numerów startowych. Kolejnym aspektem, jest całkowite spersonalizowanie takiego stroju, od koszulek, po cieplejsze ubrania, aż po deszczówki, aby ten numer, gdy się już pojawi, widoczny był zawsze. Na pewno jestem za tym pomysłem, myślę, że można spróbować i zobaczyć jak to funkcjonuje. Z pewnością dałoby to fajny efekt, bliski piłce nożnej czy koszykówce, gdzie można się bardziej utożsamić z swoim ulubionym zawodnikiem. Kolejny aspekt, jak duży miałby być ten numer. Tutaj pojawia się bardzo ważny problem – każda koszulka to miejsce dla sponsorów i nagle kiedy numer ma zastąpić logo sponsora wydającego powiedzmy dziesięć milionów euro to pojawia się spore zamieszanie.

Największym plusem życia kolarza jest?

Na pewno podróże, jeśli ktoś lubi taki styl życia to jest to sport dla niego. Będąc kolarzem można zwiedzić cały świat. Wiąże się to również z kontaktami, ważnymi nawet po zakończeniu kariery kolarskiej. Mogę ze swojej perspektywy powiedzieć, że poznałem dużych ludzi z kolarstwa. Padła nawet propozycja pracy w jednej branży, jednak na chwilę obecną ścigam się na rowerze. Chcę jeździć dalej, zobaczymy co przyniesie nam ten sezon, jak będzie wyglądał przyszły. Jednak tak jak mówię, poznawanie ludzi, którzy mają ogromne wpływy, biznesy, poznajemy sponsorów, to bardzo ważny aspekt tej pracy. Uczymy się języków, ja mówię dobrze w trzech. No i na pewno jakaś tam popularność też może być plusem.

A największym minusem?

Czasami bardzo trudno pogodzić jest życie zawodowe z życiem prywatnym. Jeśli chcesz się poświęcić, rozwijać, odnosić sukcesy to musisz poświęcić swoje życie w dość dużym stopniu. Ja sam zauważyłem, że w profesjonalnym peletonie jest bardzo dużo rozwodników. Nie ma nas w domu, bardzo dużo podróżujemy, starty, zgrupowania. Myślę że to negatywnie wpływa na rodziny. No i niestety, zdrowie. Wiele się mówi, że sport to zdrowie. Jednak nie powiem, że zawodowe kolarstwo na tym poziomie jest zdrowe. Mam 26 lat, a przeszedłem już pięć operacji. Dwa razy był to obojczyk, dwa razy kolana oraz jedną operację uda. Czasami po prostu czuję się jak sześćdziesięciolatek. Uraz obojczyka dał mi bardzo popalić. Do dzisiaj czasem budzę się z drętwym ramieniem, muszę ciężko pracować, aby to ramię pracowało normalnie. Trwa to już kilka miesięcy, cały czas to rehabilituję. To chyba są takie dwa główne minusy, poświęcenie życia prywatnego i zdrowie.

Czas na ostatnie pytanie. Jak bardzo odczuwalny jest dla Ciebie brak kolarstwa? Wiemy, że w tym czasie odbywałoby się Tour de France. 

Myślę, że jest to trudne dla nas wszystkich. Kolarstwo jest obecne w moim życiu praktycznie 24 godziny na dobę, gdy nie trenuję to się ścigam, albo jeszcze oglądam wyścig. Czasami narzeczona pokrzyczy na mnie, prosi abym odpoczął chwilę od tego kolarstwa, abym sobie dał trochę spokoju, zresetował się. Ja jednak w tym kolarstwie jestem, kocham to, śledzę wyniki, statystyki. Mam nadzieję, że to wszystko zmierza już ku dobremu, że niebawem kolarstwo wróci i będziemy mogli cieszyć się z wyścigów i transmisji. My kolarze będziemy się cieszyć z rywalizacji, czy chociażby podróżowania, które gdy człowiek się do niego bardzo przyzwyczai okazuje się wcale nie takie złe.

To wszystko w ramach tej rozmowy. Co nam pozostało dodać? Zwykłe trzymamy kciuki to chyba trochę za mało. Przemek pokazał już nie raz, że jest walczakiem, po tym wszystkim co spotkało go na szosie, jeszcze jedna szansa po prostu najzwyczajniej w świecie mu się należy.

*** Za pomoc w przygotowaniu materiału dziękujemy MOMO Restaurant & Wine w Gliwicach ***

To Top