Felietony

Być jak Marcin Sapa

Marcin Sapa

Turniej tenisowy zorganizowany przez Novaka Djokovicia, połączony z wieczornymi “aktywnościami” uczestników, przyniósł niestety fatalne skutki i kilka kolejnych zakażeń koronawirusem, tym razem u czołowych zawodników świata, ze słynnym Serbem na czele. Nie zamierzam tutaj biczować Nole, bo swoje już mówiąc kolokwialnie zebrał, ale teraz każda kolejna impreza sportowa będzie pod dodatkową presją. Choć z drugiej strony – można uczyć się na cudzych błędach.

Już niedługo, coraz bliżej, początek kolarskiego sezonu i wyczekiwany przez wszystkich Tour de Pologne. Choć Czesław Lang nie ogłosił jeszcze trasy wyścigu, to nastąpi dopiero 1 lipca, pewne przecieki już są. I wiemy na pewno, że impreza rozpocznie się na Stadionie Śląskim, czyli w regionie, który niestety cały czas walczy z epidemią koronawirusa. Oczywiście nie będą to pierwsze zawody sportowe na Śląsku, ale pierwsze na tak dużą skalę.

Przed Langiem i całą ekipą przygotowującą Tour de Pologne niezwykle trudne zadanie. Zapewnienie bezpieczeństwa, rygoru sanitarnego, utrzymanie pełni zabezpieczeń, a przy tym zorganizowanie zawodów, mających dawać radość i przynosić emocje, będzie wymagało niesamowitego wysiłku. A i tak nie wiadomo, czy coś się nie “przyplącze”.

Z jednej strony jestem pełen obaw, z drugiej podziwiam cały zespół skupiony wokół Langa, bo podjęli się trudnego zadania. Nie wiem, jak to zrobią, ale trzymam kciuki, żebyśmy zapamiętali tegoroczny Tour de Pologne przede wszystkim ze względu na sportowe emocje, nie na koronawirusowe dramaty czy kwarantannowe zawirowania.

Nasz narodowy wyścig zawsze kojarzył mi się ze świetną atmosferą i świętem, celebracją sportu. Może kolarstwo nie jest w Polsce dyscypliną numer jeden, ostatnio rowerzyści traktowani są jak największe zło na drogach, a popularność nawet najlepszych kolarzy nie sięga nawet mocno rozbudowanych łydek Roberta Lewandowskiego, ale przez te kilka dni, kiedy odbywa się wyścig, spora część naszego społeczeństwa dużo łaskawszym okiem spogląda na kolarzy. W niejednym autobusie i tramwaju rozmawia się o Tour de Pologne. Małe miejscowości wylegają na ulice, żeby choć przez moment być częścią wyścigu i zobaczyć mknących po asfalcie zawodników.

Piękne obrazki. Czy możliwe w tym roku? Mam nadzieję.

Jak do sprawy podejdą sami kolarze? Mają już spory głód ścigania i większość zapewne po prostu ruszy do przodu, nie myśląc zbytnio, mam nadzieję, o postpandemicznej otoczce. Choć część obserwatorów obawia się, że skrócenie i zintensyfikowanie sezonu może przyczynić się do chaosu w peletonie, to moim zdaniem, nawet jeśli coś takiego będzie miało miejsce, to dla kibica, szczególnie nieśledzącego kolarstwa na co dzień, będzie to miało dodatkowy smaczek.

Frapuje mnie tylko co będzie z tymi mniej sportowymi elementami wyścigu. Strefa wywiadów, trybuny, autografy, kontakt z kibicami i dziennikarzami. Obawiam się, że to wszystko może być w tym roku niedostępne. Nie wiem, jak zachowają się organizatorzy i jak rozwiążą ten problem, ale wydaje mi się, że kolarze mogą być “odcięci” od reszty. Wyścig, hotel, wyścig. To oczywiście nie jest najważniejsze i może nawet lepiej, jeśli główni bohaterowie będą trochę wyizolowani. Jednak z drugiej strony klimat tego wyścigu dopełniał się właśnie bliskim kontaktem z fanów z kolarzami.

Nieco starsi kibice pamiętają Marcina Sapę. Bardzo dobrego kolarza, specjalizującego się w długich, często nieco szaleńczych, ucieczkach. Jego mottem było “Kiedyś mnie nie złapią”. I choć zazwyczaj łapali, to odniósł kilka bardzo efektownych zwycięstw. Zazwyczaj dość wcześnie ruszał przed siebie i sam, albo w towarzystwie kilku towarzyszy, większą część etapu znajdował się przed peletonem. Można żartobliwie powiedzieć, że izolował się, zanim to było modne.

Może właśnie tak będzie wyglądał ten sezon? Ucieczki, solowe rajdy, ciągłe próby rozerwania peletonu? Nie tylko dla bezpieczeństwa czasem warto być jak Marcin Sapa.

(fot. Wikimedia Commons)

To Top