Felietony

Grzesznik, który nie chciał oczyszczenia

Riccardo Ricco

Obok Lance’a Armstronga czy Raimondasa Rumsasa Riccardo Ricco z pewnością zalicza się do najczarniejszych postaci kolarstwa w ciągu ostatniego dwudziestolecia. Włoch swoich dopingowych praktyk omal nie przypłacił życiem i odszedł ze sportu w niesławie, niszcząc swoją karierę. W pewnym momencie ktoś jednak wyciągnął do niego pomocną dłoń, ale Ricco z niej nie skorzystał. Warunki, które mu zaoferowano, były dla niego zbyt trudne do spełnienia.

Choć, co mnie nieco zdziwiło, Armstrong po latach przez część fanów kolarstwa jest częściowo wybielany i tłumaczony, Ricco ma niewielu obrońców. Włoch kojarzy się zresztą głównie z dopingiem, bo sukcesów zbyt wielu odnieść nie zdążył. Za szybko wpadł.

Kiedy w 2011 roku został wyrzucony z zespołu Vacansoleil wydawało się, że to już jego koniec. Wtedy jednak rękę do niego wyciągnął szef ekipy Amore&Vita Ivano Fanini, znany z twardych zasad i głębokiej wiary. Jako praktykujący katolik postanowił potraktować Ricco jako grzesznika, który powinien jednak dostać szansę na odpokutowanie swoich występków. I powrót do sportu jako nowy człowiek.

Zaproponował kolarzowi powrót, ale tylko jeśli ten spełni pięć nietypowych warunków. Pierwszym było usunięcie kolczyków, nakłuć a nawet diamentowych wypełnień w zębach. Miało to symbolizować przemianę Ricco i jego nowy image. Kolarz miał również zakończyć współpracę ze swoim trenerem, agentem a nawet prawnikiem, bo zdaniem Faniniego byli złymi doradcami i sprowadzali jego karierę na manowce. Kolejnym z warunków było zaprzestanie stosowania jakichkolwiek środków bez konsultacji ze sztabem ekipy Amore&Vita. Ricco wraz z żoną i synkiem mieli też zamieszkać na farmie niedaleko nowego szefa, by ten mógł stale mieć go na oku. Ostatnim warunkiem była ciągła dostępność włoskiego zawodnika dla śledczych badających dopingowy system.

Oferując mu takie a nie inne warunki Fanini wierzył nie tylko w przemianę Ricco, ale i jego talent. Menedżer ekipy Amore&Vita powiedział otwarcie, że jego zdaniem to jedyny włoski kolarz będący w stanie wygrać dwa Wielkie Toury w jednym sezonie. Bez niedozwolonego wspomagania, bazując na ciężkiej pracy i swojej wrodzonej wydolności.

Kolarz nie chciał jednak takiego oczyszczenia i postanowił podpisać kontrakt z grupą Meridana-Kamen, gdzie nikt nie wymagał od niego pozbywania się diamentowych elementów uzębienia czy przeprowadzki w nowe miejsce. Niebawem jednak światowe władze ogłosiły, że jako dopingowego recydywistę czeka go dwunastoletnia dyskwalifikacja, co w zasadzie oznaczało koniec jego profesjonalnej kariery.

Gest Faniniego, znanego między innymi z tego, że podczas wizyty w Watykanie i audiencji u Jana Pawła II wystąpił w koszulce „Nie dla aborcji”, był bardzo szlachetny, ale chyba od początku skazany na niepowodzenia. Topór nad Ricco już wisiał, a i on sam nie zamierzał tak diametralnie zmieniać swojego życia.

Z drugiej strony, pokazał też, że w kolarstwie nie brakuje ludzi wierzących w to, że każdemu warto dać szansę i nawet najgorszy grzesznik powinien mieć okazję, by się oczyścić, kiedy już odpokutuje swoje winy. To, czy akurat Ricco na taką szansę zasłużył, to już zupełnie inna kwestia.

Temat dopingu i powrotów po zawieszeniach w kolarstwie chyba już zawsze będzie budził kontrowersje. Jednym wybaczyć jest łatwiej, innym absolutnie się nie da, ale każdy taki przypadek przyniesie wiele negatywnych emocji. I choć nawet najsłabszy kolarz to nadal wspaniały sportowiec, to dla mnie nawet najlepszy zawodnik, stosujący doping, jest po prostu zwykłym oszustem. A czy każdemu warto dać kolejną szansę? Ilu jest jeszcze Faninich? Na te pytania każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.

(fot. Wikimedia Commons)

To Top