Felietony

Kiedy odstawimy portugalskie gitary?

Niepewność, to będzie słowo, które po latach moim zdaniem najtrafniej opisze sezon 2020. Od czasów całkowitego zamrożenia sportu spowodowanego pandemią koronawirusa, kolarzom cały czas towarzyszyła niepewność.

Początkowo nie było wiadomo, co robić dalej. Część wyścigów szybko anulowano, inne trzeba było przerwać w trakcie, jeszcze inne starano się „dojechać” do końca. Później, kiedy już zamrożono kolarski świat, pozostawało czekanie, aż wszystko wróci do normy. Rozpoczęło się odliczanie do pierwszego treningu na świeżym powietrzu, do zdejmowania pierwszych obostrzeń itp.

Teraz, kiedy powoli wszystko zaczyna się klarować, niepewność wcale nie słabnie. Niby kalendarz jest już znany, ale ile wyścigów, na ten moment, jest pewnych na 100%? Już wyliczamy, które gwiazdy pojawią się na Tour de Pologne, ale czy możemy z całą pewnością powiedzieć, że uda się zorganizować tę imprezę nawet w skróconej formie? To samo zresztą tyczy się przecież i Giro d’Italia i Tour de France. I w zasadzie wszystkich innych kolarskich imprez, bo nawet kraje, gdzie poradzono sobie z opanowaniem pandemii będą musiały zastanowić się, jak rozegrać przyjęcie licznych ekip z innych zakątków świata, gdzie niekoniecznie wszystko jest w porządku.

Nawet, jeśli wszystko się uda i wyścigi będą rozgrywane normalnie, niepewność nie zniknie. Kryzys na rynku finansowym sprawił przecież, że część zespołów traci sponsorów, a ich przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Mamy tego smutny przykład na naszym podwórku. O ile taki Greg Van Avermaet nie musi się obawiać o to, że jeśli Jim Ochowicz nie pozyska nowego partnera, to zostanie na lodzie, o tyle spora część jego kolegów już takie obawy ma. Myślę, że prawie cała polska część CCC Team zastanawia się, czy znajdzie się ktoś, kto zapewni im angaż w gronie zespołów World Tour.

To jest zresztą problem nie tylko Pomarańczowych, ale też kilku innych drużyn. Trafnie zdiagnozował to Matteo Trentin, który prognozuje, że zapowiada się bardzo nerwowy sezon. Nie dość, że mocno skondensowany, to jeszcze naznaczony walką kolarzy o nowe kontrakty, co może przynieść wiele nieoczekiwanych rozstrzygnięć, ale czasem i chaos w trakcie jazdy.

Niepewność towarzyszy zresztą również i UCI. Kto może przewidzieć, ile ekip znajdzie fundusze, by w przyszłym roku móc sobie pozwolić na jazdę w elicie? To samo tyczy się też organizatorów wyścigów, szczególnie tych mniejszych, którzy już teraz mają spore obawy, czy na kilka lat nie będą musieli zrezygnować z organizacji imprez ze względu na brak sponsorów.

Wątpliwości jest bardzo dużo, a co najgorsze, trudno przewidzieć, kiedy znajdą się odpowiedzi na stawiane pytania i co ważniejsze, czy pozwolą na choć trochę optymizmu. Miejmy nadzieję, że za kilka lat, kiedy już Mikel Landa znajdzie ekipę, która na niego postawi, a Davide Rebellin wciąż będzie twierdząco odpowiadał na pytania dziennikarzy, czy po 50-tce ściganie sprawia mu przyjemność, również i my będziemy mogli powiedzieć, że ta niepewność była najgorsza, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

Fado, muzyczny symbol Portugalii, oznacza przeznaczenie, los. Każdy kto choć raz usłyszał te melancholijne pieśni wie, że jest w nich sporo smutku, żalu, tęsknoty. Mam wrażenie, że i my teraz wcielamy się trochę w role fadistów z Lizbony (lizbońskie fado, w przeciwieństwie do tego z Coimbry, może być wykonywane zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety). Jesteśmy pełni smutku i żalu, z tęsknotą patrzymy w przeszłość, kiedy zajmowało nas głównie to, czy strategia Movistaru była dobrze dobrana, albo czy Bora w odpowiedni sposób pomaga Rafałowi Majce.

Mam nadzieję, że niedługo odłożymy portugalskie gitary i zamienimy je na elektryczne, o mocniejszym i bardziej energicznym brzmieniu. I choć czasem dobrze jest posłuchać Amalii Rodrigues, szczególnie przy kieliszku portugalskiego wina, to zdecydowanie bardziej wolałbym usłyszeć AC/DC albo nawet Black Sabbath, najlepiej na mecie któregoś z etapów Tour de Pologne.

To Top