Felietony

Być jak Michael Jordan

W serialu „Pitbull” jeden z bohaterów, niejaki Metyl, po odejściu z policji pracę znajduje u detektywa Ostrowskiego. Po jednej z nieudanych akcji były policjant mówi mu: „Chciałeś być jak Rutkowski, ale jesteś debilem”. Myślę, że takie same słowa mogłyby paść, gdyby zatrudnił go Lance Armstrong, który ostatnio zechciał być jak Michael Jordan.

Po sukcesie „The Last Dance”, miniserialu Netflixa opowiadającego o karierze Michaela Jordana, zaczęła się moda na dokumenty sportowe. Stacja ESPN wyemitowała niedawno pierwszą część swojego filmu traktującego z kolei o przygodach Lance’a Armstronga, jednego z największych oszustów w dziejach kolarstwa. Niestety, jeśli zaczniemy porównywać obu głównych bohaterów, trudno znaleźć wiele punktów wspólnych. Przynajmniej teraz, bo kiedyś, po triumfach w Wielkiej Pętli, takie porównania niektórym przychodziły do głowy.

Cała opowieść o tym kim był Michael Jordan i co działo się w jego karierze, nie znajduje się oczywiście w “The Last Dance”. Polecamy również zapoznać się z 23 faktami na temat Jordana na blogu eobuwie.com.pl.

Nie mam zamiaru oceniać filmu ESPN, bo zapewne będzie komercyjnym sukcesem. Wiele osób z chęcią obejrzy, żeby przekonać się, co do powiedzenia ma po latach Armstrong, który nie pozwala o sobie zapomnieć. I właśnie to wydaje się najgorsze, bo Amerykanin, jak się zdaje, zupełnie nie uważa, że zrobił swojej dyscyplinie jakąś krzywdę. W dokumentalnej produkcji nie pada słowo „przepraszam”, nie widać skruchy. Ot, doping zaczął się w połowie lat 90-tych i trwał. I trwał.

W rozmowie z Tomaszem Kalembą Zenon Jaskuła powiedział nawet, że usłyszał od Armstronga tyle kłamstw, że już nawet w jego chorobę zaczyna wątpić. I chyba nie on jeden zaczyna mieć wątpliwości, co do tego, czy nie był to tylko wymysł Amerykanina, żeby nieco „podrasować” sobie karierę. Kiedy w filmie mówi, że najpierw stosował nieskuteczną „kurację” dopingową, a potem przeszedł na bardzo skuteczne EPO, nazywając ten środek „paliwem rakietowym”, to mam wrażenie, jakby opowiadał co najwyżej o szamponie przeciwłupieżowym. A przecież mowa o jednym z największych oszustw w dziejach kolarstwa.

Szokuje wypowiedź byłego kolarza, który mówi, że EPO to w miarę bezpieczny środek, wystarczy tylko stosować się do zaleceń lekarzy. Po pierwsze rodzi się pytanie, jaki lekarz w ogóle zaleca branie dopingu?! Po drugie, jak bardzo trzeba chcieć zaistnieć, żeby mówić takie rzeczy? Kiedy w materialnym dołku znajdował się Mike Tyson, brał udział w przedstawieniach typu „Taniec z Gwiazdami” albo siedział na kanapie u Kuby Wojewódzkiego. Rozumiem, że Armstrong może nie czuć się zbyt dobrze na parkiecie, a w dobie pandemii lot do Polski raczej odpada, ale mimo wszystko, na jego miejscu, wolałbym nie psuć sobie do końca swojego wizerunku, który już przecież w najlepszym wypadku szoruje po dnie. Nie wspominając o tym, że takie wyznania są bardzo niebezpieczne, bo młodzi adepci kolarstwa mogą nie ocenić tego prawidłowo i skorzystać z porad upadłego mistrza.

Armstrong cały czas z uśmiechem na twarzy opowiada o tym, jak nie żałuje, że zaczął brać EPO. Czy pokazując, jaki jest wyluzowany, chciał zaprezentować się jak Michael Jordan? Jeśli tak, to bardzo, ale to bardzo przestrzelił. Chyba nikt, oglądając film „Lance” nie nabiera sympatii do głównego bohatera. Ci, którzy zaczęli go wręcz nienawidzić po tym, jak po wielu latach oszustw przyznał w końcu, że stosował doping, niszcząc przy okazji wizerunek całej dyscypliny, zyskali nowe „paliwo rakietowe”. Nawet dla tych, nielicznych, starających się go zrozumieć, to musi być trudne doświadczenie, kiedy Amerykanin ze spokojem, operując na liczbach, opisuje, ile zyskał stosując niedozwolony doping. Stwierdzenia jego ojczyma, że traktował go jak zwierzę czy opowieści o tym, że już jako nastolatek był dumny z tego, że podrabiał dowód, by móc wystartować w zawodach, tylko dopełniają ten ponury obraz.

Moda na sportowe dokumenty sprawia, że na pewno obejrzymy jeszcze kilka obrazów tego typu. Mam nadzieję, że więcej będzie produkcji takich jak „The Last Dance” niż „Lance”. Jeśli ktoś wpadnie na pomysł, by przenieść na ekran chociażby przygody Riccardo Ricco czy rodziny Rumsasów, dając im przy okazji szansę opowiadania o tym, jakimi byli wspaniałymi sportowcami, raczej nie skuszę się na obejrzenie.

Nie każdy może być jak Michael Jordan. W niektórych przypadkach nawet nie warto próbować. Stacja ESPN wypuszczając „Lance’a” tuż po zakończeniu emisji netflixowego hitu z pewnością świetnie wstrzelili się w gusta kibiców, którzy teraz bardzo chętnie sięgają po tego typu propozycje.  Rozumiem, że każdemu warto dać prawo do wypowiedzi. Choć promowanie kogoś, kto opowiada z uśmiechem na ustach, że EPO to bezpieczne „paliwo rakietowe”, nie wydaje mi się do końca właściwe.

Praktycznie na każdym podwórku, na którym gra się w koszykówkę, jakiś dzieciak, a najczęściej niemal wszystkie, chcą być Michaelem Jordanem. Natomiast chyba żaden chłopiec jeżdżący na rowerze, nie ma zamiaru zostać nowym Armstrongiem. I wydaje mi się, że po obejrzeniu filmu o nim, ta sytuacja może zmienić się tylko na gorsze. Jeśli rodzice również go obejrzą, nie sądzę, żeby chciały, by ich pociechy wchodzi do środowiska, gdzie „EPO jest cool”. I Amerykanin znów może wyrządzić krzywdę całej dyscyplinie.

To Top