Bez kategorii

Komunijny rowerek

Davide Rebellin

Pasja to coś, co napędza każdego człowieka do działania. Czasem pcha nas do zrobienia czegoś szczególnego, a najczęściej po prostu pozwala nam zmobilizować się do czegoś, czego innym się zwyczajnie nie chce. I z reguły nie słabnie nawet z upływem lat.

Jeżdżąc po drogach i szlakach w Beskidzie Niskim dość często spotykałem pewnego starszego pana, który, co tu ukrywać, za każdym razem mnie objeżdżał, niezależnie od tego, czy jechałem w górę czy w dół. Irytował mnie zawsze, bo jednak dzieliło nas pewnie koło 40 lat. Dość nieoczekiwanie udało mi się kiedyś z nim porozmawiać i powiedział, że zawsze lubił jeździć, ale od kilku lat, od kiedy jest na emeryturze, jeździ codziennie po kilkadziesiąt, a czasem i sto kilometrów, niezależnie od pogody. Na moje pytanie odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że jak siedzi w domu, to „stara” od rana ględzi. A tak, to bezpiecznie się ewakuuje i oboje są zadowoleni.

Nie wiem, czy szacowna małżonka Davide Rebellina również przejawia skłonności do „ględzenia”, ale jeśli tak, niech robi to jak najdłużej. Długowieczny Włoch zapowiedział ostatnio, że zakończy karierę kiedy on tak postanowi, a nie kiedy zmusi go do tego pandemia czy inna plaga. Wspomniał też, że wciąż marzy o zdobyciu koszulki mistrza Włoch, co w 29. zawodowym sezonie byłoby pięknym zwieńczeniem kariery.

Przyznaje, że długo nie byłem fanem Rebellina. Dopingowa wpadka podczas igrzysk w Pekinie kazała inaczej spojrzeć na wszystkie jego zwycięstwa czy miejsca na podium. Włoch miał wtedy ponad 37 lat i byłem przekonany, że to koniec jego kariery. On sam jednak nie zamierzał odchodzić w niesławie i po zakończeniu kary postanowił wrócić do profesjonalnego ścigania, choć w peletonie pojawiali się już zawodnicy, dla których mógłby być ojcem.

Nie wrócił co prawda do ścisłego topu, ale wciąż pozostawał gdzieś w pobliżu kolarskiej pierwszej ligi. Na wyścigach we Włoszech czy imprezach typu Tour of Turkey potrafił błysnąć i przypomnieć fanom, że kiedyś był czołowym kolarzem świata, potrafiącym wygrywać klasyki i etapy na Wielkich Tourach.

Jasne, po 40-stce jego forma zaczęła spadać, ale właśnie wtedy można było dostrzec, jak bardzo kocha to, co robi. Już w barwach CCC zaliczył kilka udanych startów, pomagając przy okazji wypromować polską grupę. Choć miał bardzo bogate CV, dawał z siebie wszystko nawet na imprezach typu Szlakiem Grodów Piastowskich, niczego oczywiście nie ujmując temu wyścigowi. Widząc pasję, z jaką się ścigał, trudno było nie zapomnieć mu błędów z przeszłości, za które zdążył odpokutować.

Ktoś powie, że zbrodnie przeciwko uczciwości w sporcie się nie przedawniają i ja się z tym po części zgadzam, ale jednak łatwiej jest zapomnieć to komuś, kto jest tak zakochany w tym, co robi.

Do Rebellina przekonała mnie właśnie ta jego pasja, która nie słabnie u niego mimo upływu lat. Ba, można nawet odnieść wrażenie, że teraz ściganie sprawia mu większą radość niż przedtem. Coraz rzadziej zdarza mu się plasować w czołówce, coraz bardziej się męczy, ale prze naprzód i spełnia swoje marzenia. Jeśli zdobędzie mistrzostwo Włoch w wieku 49 lat to będzie jedno z piękniejszych wydarzeń w tym smutnym roku.

W moich czasach najlepszym prezentem komunijnym był rower, bez którego ten piękny dzień taki piękny, przynajmniej w oczach dziecka, już nie był. Jednak radość każdego dzieciaka z pierwszej przejażdżki takim rowerem była trudna do opisania i pozostawała w pamięci na długo. Czasem zostawała z człowiekiem na długo, nawet jak sprzęt zmieniał się na lepszy i większy. U Rebellina cenię właśnie tę radość z jazdy. Choć rowerek już nie komunijny, to uśmiech na twarzy podobny.

Jakub Kędzior

To Top