Felietony

Pianistka, która daje koncerty na szosie

Czy można zacząć profesjonalną karierę w wieku 34 lat? Czy muzyka jest dobrym przygotowaniem do zawodowego kolarstwa? Oczywiście, że tak! Pod warunkiem, że macie w sobie tyle determinacji i wiary co Emily Newsom.

W czasach, w których króluje u nas wątpliwej jakości rap spod znaku #Hot16Challenge, kalany co i rusz przez kolejnych polityków, warto poświęcić nieco więcej uwagi innym muzycznym działaniom. Rozważania o tym, czy ostrym cieniem mgły można się skaleczyć, albo czy zwrot „socjalistów poszatkuje” wykracza poza granicę dissu czy nie, zostawmy sobie na inną okazję.

Przeglądając wyniki kolarskich wyścigów trudno trafić na nazwisko Newsom, choć po bliższym przyjrzeniu się wiosennym klasykom dostrzeżemy, że Amerykanka ukończyła Omloop Het Nieuwsblad, Spar Omloop van het Hageland i Le Samyn. Lokaty nikogo nie powalają, ale jak na debiutantkę to całkiem niezły wyczyn. I to debiutantkę, mającą 36 lat!

Skąd w ogóle wzięła się Emily Newsom? Początkowo swoją karierę wiązała z grą na pianinie. Muzyka była niemal całym jej światem, marzyła o koncertach w wielkich salach i sławie. Niestety, czegoś zabrakło i po zakończeniu studiów nie udało jej się zdać egzaminu drugiego stopnia na pianistę koncertowego, co oznaczało, że owszem, może zostać przy muzyce, ale co najwyżej jako nauczycielka gry, co zresztą było do niedawna jej sposobem na utrzymanie.

Ambitna kobieta nie chciała jednak pogodzić się z tym, że czeka ją tylko nauka młodych adeptów muzyki. Zawsze lubiła dużo się ruszać i postanowiła, że spróbuje przygotować się do maratonu i wystartować na igrzyskach. Postawiła na bieganie, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Zaczęły przytrafiać się kolejne urazy, uniemożliwiające dalsze treningi. Jak sama wspomina, czuła, że jej organizm ją zdradził, ale nie załamała się. Newsom to osoba głęboko wierząca i wiedziała, że Bóg ma dla niej jakąś ścieżkę.

Jak się okazało, to nawet nie była ścieżka, a szosa. Kiedy leczyła kolejny uraz, wsiadła na rower, żeby podtrzymać formę. I była to miłość od pierwszego naciśnięcia na pedały. Wrodzona wydolność Emily i jej nowy zapał sprawiły, że robiła błyskawiczne postępy i w 2017 rok, mając 33 lata na karku, zajęła 12. miejsce w jeździe indywidualnej na czas podczas mistrzostw USA. Z kolei w wyścigu ze startu wspólnego była jedną z najczęściej atakujących zawodniczek, czym zwróciła na siebie uwagę kilku zawodowych i pół-zawodowych ekip.

I tak, zaskakując nawet samą siebie, kilka miesięcy później podpisała swój pierwszy w życiu zawodowy kontrakt z amerykańską grupą Team TIBCO-SVB. I tak przez trzy, a w zasadzie dwa i pół sezonu stopniowo oswaja się z dyscypliną, której jeszcze kilka lat temu zupełnie nie znała. To zresztą nieco zabawne, że została zauważona przez częste ataki na wyścigu, głównie dlatego, że nie wiedziała o tym, że tak się po prostu nie robi i taktyka wskazuje na nieco inny styl jazdy. Ambicja jednak wzięła górę. I dobrze.

Teraz przez pandemię wróciła do USA, gdzie czekała na nią pięcioletnia córka i czworo uczniów, bo wciąż jest nauczycielką gry na pianinie. Choć teraz stara się koncertować na szosie, z różnym skutkiem, muzyka nadal pozostaje jej bardzo bliska. Na jej instagramowym profilu można zresztą sprawdzić, jak sobie radzi.

Pewnie Amerykanka nie zostanie już królową szos. Może uda jej się w jakimś klasyku wskoczyć do „10” czy wygrać jakiś etap jazdy na czas, ale trudno myśleć o czymś więcej. Newsom swój wyścig już jednak wygrała, bo udowodniła, że nigdy nie jest za późno, żeby marzyć o czymś wielkim i te marzenia realizować. Niezależnie od tego, co nam w duszy gra.

Amerykanka nie jest oczywiście jedyną zawodniczką w peletonie, która kocha muzykę. Dlatego przyznaję, że mimo wszystko chciałbym usłyszeć jakąś „szesnastkę” w wykonaniu przede wszystkim naszych dziewczyn. W przerwach między treningami z pewnością znalazłyby na to czas. Nie muszą przy tym sobie przygrywać na pianinie, choć i to bym bardzo docenił. I na pewno nie tylko ja.

Jakub Kędzior

(fot. Instagram)

To Top