Felietony

Bogactwo trudne do zniesienia

Paryż Roubaix

Przez pandemię koronawirusa, która wywróciła kalendarz do góry nogami, kolarska jesień będzie niezwykle intensywna, zarówno dla zawodników, jak i kibiców. Imprezy nakładają się na siebie i trudno będzie obejrzeć wszystkie najważniejsze wyścigi. Pojawi się raczej nieznany do tej pory dylemat, co wybrać. Kłopot bogactwa w obecnej sytuacji wydaje się czymś trudnym do wyobrażenia, a przecież za kilka miesięcy czeka nas nerwowa walka z samym sobą, czy obejrzeć Giro, Vueltę czy Roubaix!

Choć walki z wirusem jeszcze nie wygraliśmy, wszystko powoli zaczyna wracać do normalności. Czasy, w których emocjonowaliśmy się narodzinami Royal Baby 2.0 czy wirtualnymi wyścigami na trenażerach na całe szczęście się kończą. UCI ogłosiła nową wersję kalendarza i już wiemy, że przeskoczymy z jednej skrajności w drugą.

Ostatnio wyścigów nie było w ogóle, na jesień będzie ich aż za dużo. Oczywiście nie jest to niczyja wina. Te imprezy muszą się odbyć, bo zobowiązania sponsorskie i reklamowe są decydujące w ich dalszej egzystencji. Włodarze skracali część wyścigów, czego „ofiarą” padło choćby Tour de Pologne, ale i tak już niedługo przeniesiemy się do niezwykle obfitej w kolarstwo rzeczywistości. Kto na tym skorzysta?

Zaczniemy spokojnie, bo w sierpniu tak naprawdę tylko w dniu rozgrywania Mediolan – San Remo będziemy bić się z myślami, czy mocno spóźnioną Primaverę postawić wyżej niż nasz narodowy tour, czy obejrzeć ją z opóźnieniem. To jednak będzie tylko niewinny trening przed tym, co czeka nas w październiku.

Nakładające się na siebie Giro, Vuelta i wszystkie przeniesione z wiosny klasyki będą nie lada wyzwaniem dla kolarskich fanów. Dwa Wielkie Toury i Piekło Północy jednego dnia to moim zdaniem nazbyt okrutny dylemat. Żałuję, że nie udało się rozplanować tego inaczej, bo ktoś na tym mocno straci. Z drugiej strony organizatorzy walcząc o fanów będą wkładać w promocję i oprawę wyścigów więcej sił niż do tej pory. Czyli może tych wygranych będzie więcej?

Podobno jesień, to najlepsza pora do ścigania. Jeśli to prawda, to tym gorzej dla nas.  No bo jak zdecydować, czy wolimy obejrzeć 250 kilometrów heroicznej walki o wygraną w jednodniowym wyścigu niż jeden z etapów kilkutygodniowej rywalizacji? Do tego mając pewność, że wygłodniali startów zawodnicy będą starali się pewnie nawet bardziej niż zwykle. Ktoś powie, że przecież są powtórki, ale to jednak nie to samo. Zresztą, w dobie mediów społecznościowych, kiedy znamy już wyniki, nie widzę w tym żadnej frajdy.

Oczywiście to, że czeka nas aż tyle emocji, nie jest powodem do narzekania. Choć trudno będzie wybrać, niemal każdy wybór będzie dobry. Ten najbogatszy październik w historii kolarstwa przykuje miliony kibiców przed telewizory. Ci, którzy potrafią oglądać dwie rzeczy jednocześnie, będą mieli trwające przez miesiąc święta. Mikołaj tym razem będzie szczupły, wysportowany, w kasku zamiast czapce i oczywiście zostawi renifery i przyjedzie do nas na szosówce.

Chociaż trochę narzekałem, że trudno będzie zdecydować, co oglądać, to tak naprawdę nie mogę się tego doczekać. Już sama świadomość, że gdzieś tam toczy się normalna sportowa rywalizacja, a ludzie zamiast śledzić liczby kolejnych nowych zachorowań, czytają o strategii Movistaru czy szansach na wygraną Petera Sagana, napawa mnie optymizmem. Co prawda do początku sezonu jeszcze trochę czasu, ale już teraz można się zastanowić, na który wyścig postawić. Czy świątynia sprintu czy wspinaczka pod Poggio? Bruki w Roubaix czy walka o wygraną w Giro? Flandria czy… Nie, tu akurat nie mam dylematu.

Wieczory spędzone na płaczu przy czytaniu Konstytucji lub na pomstowaniu na jakość seriali na Netflixie powoli odchodzą w zapomnienie. Przed nami co prawda niełatwe wybory, ale sposób „głosowania” znamy dużo wcześniej, a pilota, w przeciwieństwie do koperty, nie musi nam dostarczać nikt z zewnątrz. Ewentualnie kochająca partnerka lub oddany partner. I tylko, zupełnie jak podczas niedawnej debaty, niezależnie od wyników, wszyscy będziemy czuć się wygrani. Bo w końcu sport wróci, niezależnie od tego czy wybierzemy Driedaagse Brugge-De Panne czy Vuelta a Espana.

Jakub Kędzior

(fot. ASO)

To Top