Świat

Dzień Van der Poelów. Zwycięstwa tak różne i tak podobne

Mathieu van der Poel
Mathieu van der Poel / fot. Amstel Gold Race

21 kwietnia to wyjątkowa data dla rodziny van der Poelów. Dokładnie 30 lat temu Adrie wygrał najważniejszy wyścig szosowy w swojej ojczyźnie – Amstel Gold Race. I dokładnie rok temu Mathieu powtórzył sukces ojca.

Obaj van der Poelowie w momencie zwycięstwa w słynnym klasyku znajdowali się na różnych etapach swoich karier. Adrie miał 31 lat i kilka sezonów ścigania na szosie za sobą. Wśród sukcesów mógł już zapisać zwycięstwa w Ronde van Vlaanderen, Liege – Bastogne – Liege i Classica San Sebastian oraz tytuł wicemistrza świata.

Mathieu był zaś siedem lat młodszy i nadal był jeszcze odbierany jako przełajowiec, który dopiero zaczyna przygodę z inną odmianą kolarstwa. Oczywiście, przewidywano już, że młody Holender może wkrótce odnosić wielkie triumfy, ale w tamtym momencie jego dorobek – mistrzostwo świata juniorów, wygrane w Brabanckiej Strzale i Dwars door Vlaanderen czy etapowe skalpy w Norwegii – wyglądał blado przy sukcesach ojca.

Czy w czymś młodzian miał przewagę? Był panującym mistrzem świata w kolarstwie przełajowym, podczas gdy Adrie w 1990 roku musiał zadowolić się srebrem, trzecim z rzędu. Na upragniony tytuł miał czekać aż do 1996 roku.

Tyle różnic. Między van der Poelami wygrywającymi Amstel Gold Race były też podobieństwa. Obaj mieli bardzo dobry sezon i do wyścigu przystępowali podbudowani udanymi startami w poprzednich tygodniach. Adrie w 1990 roku dobrze zaprezentował się w belgijskich klasykach i choć nie wygrywał, to kilka razy przyjechał w czołówce. 29 lat później Mathieu przebojem wjechał do peletonu, co większość z kibiców nadal ma jeszcze świeżo w pamięci.

Podobne – nie tylko na papierze – było też zakończenie wyścigu. Co prawda meta Amstel Gold Race 1990 zlokalizowana była w innym miejscu niż podczas ubiegłorocznej edycji, ale także wówczas o zwycięstwie decydowały ostatnie metry. Wtedy w role Juliana Alapillipe’a i Jakoba Fuglsanga wcielili się dwaj Belgowie – Luc Roosen i Jan Goessens. Oni także uciekali i wydawało się, że jeden z nich wygra. W przeciwieństwie do ubiegłorocznych niespełnionych bohaterów, nie byli to kolarze z pierwszego szeregu i zwycięstwo w Amstel mogło być dla nich największym sukcesem w karierze.

Ich akcja trwała tylko minutę. Zainicjował ją Goessens, a Roosen w dobrym momencie doskoczył do koła starszego rodaka. Na ostatniej prostej, gdy kilkudziesięcioosobowy peleton był już tuż za uciekinierami, kolarz Histor-Sigma wyszedł na prowadzenie. W tym czasie Adrie van der Poel zaczynał już sprint. Przewaga była mikroskopijna, ale wydawało się, ze Roosen wygra. On sam zdążył już oderwać ręce od kierownicy i w tym momencie komentator krzyknął… „Van der Poel!”. Zobaczcie sami:

29 lat później historia się powtórzyła. Zanim komentator znowu krzyczał „van der Poel!”, ponownie było dwóch uciekinierów. Wspomniani już Alaphillipe i i Fuglsang uciekali jednak zdecydowanie dłużej niż Goessens i Roosen. Ale także wydawało się, że jeden z nich zdoła wygrać. W przeciwieństwie do Belgów, Duńczyk z Francuzem nie dali jednak z siebie wszystkiego na ostatnim kilometrze. Dlatego najpierw dogonił ich Michał Kwiatkowski, a chwilę później grupa pościgowa. I tak jak 29 lat wcześniej, jako pierwszy wśród goniących zaczął finiszować van der Poel. I także przejechał obok bezradnych uciekinierów. W przeciwieństwie do ojca, miał nawet czas oderwać rękę od kierownicy. Nie wzniósł jej jednak w górę, tylko z niedowierzaniem położył na kasku.

– Na finiszu uznałem, że wszystko albo nic. No i udało się – powiedział Mathieu w rozmowie z “Het Nieuwsblad”. Możliwe, że 29 lat wcześniej Adrie powiedział dokładnie to samo.

To Top