Felietony

Emocje zastępcze

Czas pandemii to dla kibiców kolarstwa absolutnie martwy okres. Po czwartym z rzędu seansie mistrzostw świata w Ponferradzie nawet sukces Michała Kwiatkowskiego zaczyna blednąć. Nie ma nawet sposobności do dyskusji o wyższości Flandryjskiej Piękności nad Piekłem Północy, albo długich wywodów na temat tego, że pod kątem emocji Giro jest ciekawsze niż Tour de France. Dostajemy wyścigi wirtualne, emocje zastępcze, których ja jednak zupełnie nie kupuję.

Kolarstwo, podobnie jak i wszystkie inne dyscypliny, zostało kompletnie sparaliżowane przez pandemię koronawirusa. I po czasie załamywania rąk stara się odbić od dna i znaleźć sposób, by zapewnić kibicom choć namiastkę normalnych emocji. Stąd pomysł organizacji wyścigów wirtualnych, podczas których zawodnicy rywalizują na trenażerach. Triumfatorem takiej „e-Piękności” został nawet Greg Van Avermaet z CCC Team. Tylko radość z tego zwycięstwa też była raczej wirtualna, podobnie jak i emocje z tym związane.

Co prawda część fanów to „kupiła”. Czy z braku alternatyw czy z rzeczywistej fascynacji emocjonowano się rywalizacji kolarzy w ich „home offices”. Zaczęły się nawet pojawiać, na razie ostrożne, pytania o to, czy aby nie tak będzie wyglądać przyszłość kolarstwa. Moim zdaniem, gdyby tak było, oznaczałoby to, że ta dyscyplina nie ma żadnej przyszłości.

Oczywiście wszyscy dążą do tego, by jak najszybciej wrócić na rower. I do prawdziwego ścigania. Wyścigi wirtualne to tylko chwilowa recepta na nudę. Tylko moim zdaniem zupełnie zbędna. Nie widzę żadnej frajdy w takiej domowej rywalizacji. Nawet podczas jazdy na czas dzieje się sporo, nie wszystko da się przewidzieć, pojawiają się elementy, których nie spodziewał się nikt, emocje są stopniowane. A tutaj? Nic, ot kręcenie pedałami w domowym zaciszu.

Rozumiem, że organizatorzy szukają alternatyw, jakichkolwiek namiastek emocji, zapychaczy tego smutnego okresu. I pewnie jeszcze kilka takich wirtualnych wyścigów się odbędzie. Będą wirtualni fani i wirtualne hostessy całujące zwycięzcę w policzek. Tyle, że wartość takich wirtualnych całusów jest żadna. Jak i tych wygranych.

Powtórek nie da się oglądać w nieskończoność, to jasne. Nagrania w mediach społecznościowych z treningów kolarzy, ćwiczeń na trenażerach czy pieczeniu ciastek z rodziną także w końcu się znudzą. Nawet słuchanie podcastów o tym, „że już niedługo, już za zakrętem…” po pewnym czasie traci swój urok. Wolę jednak kolarską publicystykę, powtórki z lat 90-tych i Alexa Zuelle w barwach ONCE niż któregokolwiek z obecnych mistrzów na trenażerze udającego, że walczy w prawdziwym wyścigu.

Udawanie, że jest normalnie, nie zmieni obecnego stanu rzeczy. Lepiej zrobić sobie dobrą herbatę, usiąść w fotelu i przypomnieć sobie, jak było kiedyś pięknie, oglądając zjazdy Paolo Savoldellego albo wspinaczki nieodżałowanego Marco Pantaniego. Tak jak napisałem, powtórek nie da się oglądać wiecznie, ale kapitalnych momentów historii kolarstwa było tak wiele, że z pewnością uda się zapełnić kilkadziesiąt wieczorów.

Jeśli ktoś nie chce oglądać, może czytać, literatury kolarskiej również nie brakuje. Można nadrobić zaległości w starszych pozycjach, sięgnąć po jakąś biografię czy poczytać o historii Giro d’Italia. Chyba najlepszy historyk kolarstwa w naszym kraju „Grande” Piotr Ejsmont opisał tyle niesamowitych zdarzeń, że i całej pandemii by brakło, by to wszystko przeczytać. Możliwości jest wiele, a i emocje przy tym są prawdziwe, szczególnie, jak ktoś wcześniej nie słyszał chociażby o Tadeuszu Wieruckim.

Gdyby to ode mnie zależało, odwołałbym wszystkie takie wirtualne wyścigi. Stawiałbym na historię i publicystykę, no i oczywiście na trening, w miarę możliwości. Zapewne na szczęście, nie ja będę o tym decydował. Jeszcze nie.

To Top