Świat

Piękne porażki i brzydkie sukcesy. Pedro Delgado kończy 60 lat

Pedro Delgado
Pedro Delgado / fot. Wikimedia Commons

Agresywny styl jazdy, sympatia kibiców i trzy wygrane w wielkich tourach. Pedro Delgado zapisał porządny rozdział w historii kolarstwa. Problem w tym, że jego najważniejsze zwycięstwa zawsze wywoływały niesmak.

Pedro „Perico” Delgado urodził się dokładnie 60 lat temu w znanej turystom Segowii. Nie pochodził z kolarskiej rodziny i początkowo nic nie zwiastowało przyszłych sukcesów. Drobnej postury chłopiec był chorowity i zmagał się z problemami zdrowotnymi – w wieku dwunastu lat spędził trzy miesiące w łóżku z powodu zapalenia wątroby.

“Zawsze podobało mi się kolarstwo. Moja rodzina nie miała dużo pieniędzy, wiec musiałem zapracować na rower” – wspominał kilka lat temu w rozmowie z Cycling Tips. Roznosząc gazety z bratem, zarobił na swoją pierwszą Orbeę. Później za 5000 peset kupił kolejną – tym razem wyścigową, choć ważącą 20 kg. Regularnie startował w lokalnych zawodach i zaczął wygrywać. Pierwsze zwycięstwo niemal stracił z powodu awarii. Zdążył jednak pożyczyć rower od napotkanego chłopca i po raz pierwszy triumfował w wyścigu kolarskim.

Dobra postawa zaowocowała miejscem w zespole Moliner. W 1979 roku filigranowy Hiszpan wygrał etap na Tour de l’Avenir z metą w Morzine i zaczęły interesować się nim grupy zawodowe. Delgado odłożył jednak przejście na profesjonalizm do czasu odbycia służby wojskowej i ukończenia studiów. Wreszcie w 1982 roku podpisał kontrakt z teamem Reynolds (dzisiejszy Movistar).

Podpatrując gwiazdę

Już w pierwszym roku w peletonie Delgado zadebiutował w Vuelta a Espana jako pomocnik ówczesnej gwiazdy hiszpańskiego kolarstwa Angela Arroyo. Perico widział wtedy, jak jego doświadczony kolega wygrywa wyścig dookoła Hiszpanii, a tuż po jego zakończeniu traci tytuł przez pozytywny wynik testu antydopingowego.

Rok później Arroyo i Delgado pojechali na Tour de France. Niespodziewanie młodszy z Hiszpanów radził sobie lepiej od niedoszłego zwycięzcy Vulety. Po 17. etapie z metą na Alp d’Huez zajmował drugie miejsce w klasyfikacji generalnej, z minutą straty do Laurenta Fignona. Następny etap prowadził do Morzine, gdzie kilka lat wcześniej Delgado wygrał w Tour de l’Avenir.

– Wcześniej nie myślałem, że mogę wygrać Tour. To było jak sen. Przyswajałem sobie już to drugie miejsce, myślałem nawet o wygraniu etapu albo założeniu żółtej koszulki – wspominał po latach Delgado. Do Morzine przyjechał z… 25-minutową stratą. Miał mu zaszkodzić napój na bazie mleka, który spowodował ból brzucha. Ostatecznie ukończył wyścig na 15. miejscu w generalce. Drugi był Arroyo.

W następnym roku Delgado znowu był w dobrej formie. Ukończył Vueltę na trzecim miejscu i ponownie jechał w czołówce Wielkiej Pętli. Dobra passa skończyła się, gdy na 19 etapie – prowadzącym do Morzine, rzecz jasna – złamał obojczyk i musiał wycofać się z wyścigu. Po tym sezonie opuścił Reynoldsa, aby założyć niebieską koszulkę teamu Seat-Orbea.

Skardziona Vuelta

Rankiem 11 maja 1985 roku Szkot Robert Millar szykował się do startu 18. etapu Vuelty. Po zwycięstwach etapowych w Tour de France był na najlepszej drodze, aby odnieść pierwsze zwycięstwo w klasyfikacji generalnej wielkiego touru. – Muszę tylko trzymać koło Pacho Rodriugeza i będzie po sprawie – stwierdził w rozmowie z mediami.

Rodriguez, Kolubijczyk z hiszpańskiej grupy Zor–Gemeaz Cusin, tracił do Millara tylko 10 sekund. Trzeci był kolarz Orbei. Nie był to jednak faworyt gospodarzy Pedro Delgado, tylko młodszy Pello Ruiz Cabestany. Delgado – mimo wygranej na Lagos de Covadonga, po której był liderem – tracił do Szkota ponad 6 minut. Millar nie wiedział jednak, że bierze udział w wyścigu, który później doczeka się miana “skradzionej Vuelty”.

Od początku tego dnia akces do zwycięstwa zgłaszał Jose Recio z Kelme, który uciekł od peletonu. Na zjeździe z Puerto de Cotos dołączył do niego Delgado. – Przysięgam, że nie atakowałem, aby wygrać Vuetlę. Chciałem sprawdzić Millara i pomóc mojemu koledze, Ruizowi Cabestany. Kiedy osiągnęliśmy trzy minuty przewagi, pomyślałem, że mogę wygrać etap. Ale tylko etap – mówił potem 25-letni wówczas Delgado w rozmowie z l’Equipe.

Gdy Perico dołączył do Recio, Millar nie miał już swoich pomocników, których stracił podczas wspinaczki. Obok niego byli za to Pacho Rodrugiez i Ruiz Cabestany. Hiszpan z Orbei oczywiście nie kwapił się do pomocy. Kolumbijczyk też zwlekał. Opłacało mu się czekać aż Millar straci siły na odrabianie strat i dopiero wtedy ruszyć. Poza tym, był kolarzem hiszpańskiego zespołu.

Javier Minguez, dyrektor grupy Zor, już wcześniej odbierał publiczne podziękowania od innych zespołów za pomoc w wygraniu Vuelty. Teraz także wstrzymał ataki Rodrigueza aż do momentu, gdy wyjaśni się, czy Delgado zdoła zbudować wystarczającą przewagę do objęcia prowadzenia w klasyfikacji generalnej. Gdyby to się nie udało, Rodriguez spróbowałby zyskać przewagę nad Millarem. Ale Delgado zdołał odjechać. Następnego dnia obronił przewagę i wygrał swoją pierwszą Vueltę.

– Chciałbym podziękować wszystkim Hiszpanom, zwłaszcza Javierovi Minguezowi, dyrektorowi grupy ZOR, który zrezygnował z atrakcyjnego finiszu Rodrigueza, aby zachować szansę na zwycięstwo dla hiszpańskiego kolarza – mówił w l’Equipe Delgado.

W lipcu tego samego roku Hiszpan po raz pierwszy triumfował na etapie Tour de France. Rok później, już w barwach holenderskiego PDM, powtórzył tę sztukę w Pau, dzięki czemu był czwarty w klasyfikacji generalnej Wielkiej Pętli. W tamtym wyścigu nie miał jednak szans na zwycięstwo. Tour odbywał się pod dyktando La Vie Claire i rywalizujących ze sobą Bernarda Hinaulta i Grega LeMonda. Delgado liczył, że uplasuje się tuż za nimi. – Bardziej niż kiedykolwiek widzę siebie na podium w Paryżu – mówił Hiszpan. Na Pola Elizejskie jednak nie dojechał. Po 17. etapie otrzymał informację o nagłej śmierci matki. Kolejnego dnia wystartował, ale na Croix de Fer uznał, że nie jest w stanie kontynuować rywalizacji. – Nie mogłem jechać. To był królewski etap, ale moja głowa nie brała udziału w wyścigu. W końcu się rozpadłem – opowiadał później.

Waleczny Irlandczyk

Delgado nie jechał już w wyścigu, gdy Hinault i LeMond wspólnie wjeżdżali na metę w L’Alpe d’Huez, fundując jeden z najbardziej pamiętnych finiszów w historii kolarstwa. Był jednak rok później na starcie Tour de France w Berlinie, podczas gdy Borsuk skończył karierę, a Amerykanin dochodził do siebie po postrzale w trakcie polowania. I tym razem to Delgado przejął na L’Alpe d’Huez żółtą koszulkę, wyprzedzając w klasyfikacja Stephena Roche’a.

Irlandczyk tłumaczył później, że tamtego dnia liczył się z utratą pozycji lidera i uznał, że jeśli przed czasówką w Dijon, która miała zadecydować o ostatecznym kształcie klasyfikacji generalnej, będzie miał maksymalnie minutę straty, to zdoła wygrać Tour. Po etapie z finiszem na L’Alpe d’Huez różnica wynosiła 25 sekund na korzyść Perico.

Następnego dnia, podczas wspinaczki na Galibier, Roche zdecydował się jednak zmienić taktykę. – Delgado stracił wtedy swoich pomocników i uznałem, że to jest okazja. Mała grupa uciekła, a ja do nich dołączyłem. Myślałem, że zanim zespół Delgado zdoła się przegrupować, to zyskam minutę albo dwie – tłumaczył później w rozmowie z Guardianem Irlanczyk. PDM poradziło sobie jednak lepiej niż przewidywał Roche i już przed decydującym podjazdem na La Plagne Delgado dołączył do Roche’a, a następnie odjechał od zmęczonego rywala, szybko budując półtorej minuty przewagi.

– Wyglądało na to, że przegrałem Tour. Zdecydowałem, że zacznę zmniejszać stratę na ostatnich 5 kilometrach, bo do tego czasu może odzyskam trochę sił – relacjonował Roche.

To były czasy, gdy kolarze nie mieli jeszcze słuchawek i nie korzystali tyle ze wskazówek dyrektorów. Gdy na 5 kilometrów przed końcem Roche ruszył do odrabiania strat, nie wiedział, gdzie jest Delgado, a Hiszpan nie zdawał sobie sprawy, jakim tempem jedzie Irlandczyk. Perico dał z siebie wszystko, aby powiększyć przewagę w klasyfikacji generalnej. Udało się. O zaledwie 4 sekundy…

Po przejechaniu mety Roche upadł na ziemię, trafił do karetki, podawano mu tlen. Jak udało mu się odrobić stratę? Delgado wspominał później, że słyszał, jakoby Roche’owi na podjeździe pomagali Luciano Loro z Del Tongo i Denis Roux z Peugeota, którzy wspierali Roche’a i jego teamowego kolegę Eddy’ego Schepersa. – Najbardziej bolesne było to, że pomagali mu zawodnicy z innych zespołów – oceniał Delgado.

Następnego dnia, na ostatnim górskim etapie, Roche nie tylko obronił się przed atakami Hiszpana, ale przyjechał na metę w Morzine 17 sekund przed Perico. W klasyfikacji tracił już tylko 21 sekund. – Po tym etapie byliśmy we francuskiej telewizji i już poza kamerą Delgado objął mnie i powiedział: „Brawo, zasłużyłeś na żółtą koszulkę”. To nie tylko wspaniały rywal, ale też świetny facet – opowiadał potem Roche. W Dijon przyjechał z czasem o minutę lepszym niż Delgado i wygrał Tour.

Sukces bez blasku

W następnym roku Delgado wrócił do Reynoldsa i zrezygnował ze startu w Vuelcie, co spotkało się z krytyką hiszpańskich mediów. W zamian pojechał w Giro. Tam wygrał Andrew Hampsten, a Delgado zapamiętał przede wszystkim etap 14, podczas którego na przełęczy Gavia odgrywały się dantejskie sceny. – Zjazd był najgorszy. Było tak zimno, że niektórzy schodzili z roweru i biegali, aby się ogrzać. Nie wiedziałem, czy to sen czy rzeczywistość – wspominał Hiszpan.

Hampsten po zwycięstwie we Włoszech nie odegrał większej roli w Tour de France. Poprzednich zwycięzców Wielkiej Pętli – Grega LeMonda i Stephena Roche’a – w ogóle nie było. Delgado założył żółtą koszulkę po etapie na l’Alpe d’Huez, powiększył przewagę podczas czasówki następnego dnia i zmierzał po upragnione zwycięstwo. Po 17. odcinku, który zakończył się sprinterskim finiszem w Bordeux, miał 4 minuty przewagi nad Stevem Rooksem. Wszystko szło zgodnie z planem. Aż wieczorem Patrick Chêne poinformował w Antenne2, że w organizmie Delgado wykryto niedozwolone substancje. Jeszcze tej samej nocy dyrektor wyścigu Xavier Louy miał przyjść do dyrektora grupy Reynolds José Miguela Echávarriego, aby porozmawiać o wycofaniu Hiszpana z wyścigu.

Następnego ranka informacje zostały potwierdzone – Delgado miał wpaść po wygranej przez niego czasówce do Villard de Lans. Jeśli próbka B również byłaby pozytywna, nie zostałby wyrzucony z wyścigu, ale musiałby zapłacić karę finansową i zostałby ukarany 10 dodatkowymi minutami w klasyfikacji generalnej. – Nie chciałbym w ten sposób wygrać wyścigu. To nie jest sposób, w jaki powinno być rozstrzygnięte Tour de France. Jeśli Delgado zostanie ukarany, pójdę do Segowii i oddam mu żółtą koszulkę – mówił wicelider wyścigu Steve Rooks. Po latach sam przyznał się do stosowania dopingu. Nie wszyscy w peletonie byli jednak tak wyrozumiali. Eric Boyer, kolarz Systeme U, stwierdził, że być może Delgado nie chciał ponownie zająć drugiego miejsca i dlatego oszukiwał.

Wkrótce okazało się, że substancją wykrytą w organizmie lidera był zabroniony przez MKOl probenecyd, który jest wykorzystywany m.in. do ukrycia sterydów anabolicznych. Wówczas jednak w UCI funkcjonowała osobna lista substancji zabronionych i na niej probenecydu nie było. Miał zostać dopisany dopiero w sierpniu. Delgado nie poniósł więc żadnych konsekwencji.

– Prawdziwym problemem jest tak naprawdę to, dlaczego on zażył ten środek. Myślę, że kolarstwo straciło na tej aferze więcej niż Delgado – komentował Bernard Hinault. Hampsten wyrażał się dosadniej. – Wiedział, że ten środek nie jest na liście UCI, ale jako właściciel żółtej koszulki powinien być odpowiedzialny wobec fanów – mówił Amerykanin, sugerując też, że Delgado zażył probenecyd, aby zamaskować inne substancje. Jean Marie Leblanc, który rok później został dyrektorem Tour de France, określił brak konsekwencji dla Delgado „ponurym werdyktem”.

– To był błąd organizatorów wyścigu, którzy orzekli, że miałem pozytywy wynik testu. Nigdy nie miałem. Nie miałem pojęcia, czym jest probencyd, ani jak działa, ale to nie była zabroniona substancja, więc organizatorzy, którzy ogłosili pozytywny wynik testu, popełnili ogromny błąd. To wciąż jest frustrujące, ponieważ muszę tłumaczyć się z czegoś, z czego nie powinienem – mówił po latach Delgado w rozmowie z Peloton Magazine.

Spóźniony z formą

Tour de France 1988 przeszedł do historii nie jako wyścig wygrany przez Delgado, tylko jako wyścig, którego zwycięzca był bohaterem afery dopingowej. Pod względem sportowych emocji również wypadł blado po niezwykle interesujących edycjach z 1986 czy 1987 roku. W następnym sezonie Wielka Pętla ponownie zachwyciła kibiców. Batalia Grega LeMonda i Laurenta Fignona na ulicach na Paryża to do dziś najsłynniejsze zakończenie Wielkiej Pętli.

Wyścig, w którym o zwycięstwie zadecydowało 8 sekund, rozpoczął się w Luksemburgu. Na początek zaplanowano czasówkę. Kiedy nadszedł moment startu ubiegłorocznego triumfatora, rampa była… pusta. Wszyscy rozglądali się, pytając: „Gdzie jest Pedro Delgado?”.

– To był mój najlepszy rok. Byłem mocniejszy niż wtedy, gdy wygrałem Tour. Mogłem pedałować jedną nogą – wspomina Perico. Przed wyjazdem na Tour de France wystartował w Vuelcie. Podczas narodowego wyścigu Hiszpanów miał być tylko pomocnikiem dla nowej gwiazdy z Półwyspu Iberyjskiego Miguela Induraina. Kiedy jednak ten złamał nadgarstek, pojawiła się szansa dla Delgado. Hiszpan objął prowadzenie w wyścigu, ale na jednym z etapów miał problemy po ataku Fabio Parry i jego zwycięstwo stanęło pod znakiem zapytania. Wtedy tempo zaczął dyktować Iwan Iwanow z ZSRR i lider utrzymał prowadzenie. Następnego dnia Iwanow dostał od Delgado kopertę, a kolumbijskie media twierdziły, że kolarz ze Związku Radzieckiego zarobił w ten sposób 2500 dolarów. – Myślałem, że moim obowiązkiem jest podziękować mu za gest kopertą. Dałem mu swój adres w Segowii i podziękowałem – tłumaczył później Delgado. – Naprawdę pomógł mi dobrowolnie, bez pytania go – zapewniał.

Trzeci wielki tour wygrany przez Delgado i ponownie kontrowersje – najpierw układ przeciwko Millarowi, potem afera dopingowa, a na koniec koperta dla Iwanowa. Delikatny niesmak pozostał, ale Hiszpan miał świadomość, że jedzie na Tour de France w świetnej formie. Gdzie więc był Delgadu, kiedy nadszedł czas startu w Luksemburgu?

– Rozgrzewałem się z dala od fanów i prasy. Spotkałem Thierry’ego Marie z Systeme U. Rozmawiałem z nim o trasie, a Thierry jest bardzo przyjacielski i rozmowny. W pewnym momencie powiedział: „Hej, spóźnisz się na start”. Myślałem, że to żart, ale potem zorientowałem się, że jednak odjechałem za daleko od rampy. To był mój błąd – wspomina Delgado.

Hiszpan przejechał czasówkę w niezłym czasie, 14 sekund wolniej niż zwycięzca Erik Breukink. Do wyniku trzeba było jednak doliczyć 2 minuty i 40 sekund spóźnienia. W ten sposób Perico rozpoczął Tour na ostatnim miejscu. Na następny dzień planowana była drużynowa jazda na czas. Delgado osłabiony po nieprzespanej nocy został zgubiony przez własny zespół i stracił kolejnych kilka minut. Ubiegłoroczny zwycięzca jako czerwona latarnia wyścigu? Tego jeszcze nie było.

– Myślałem o wycofaniu się. Ostatecznie jednak uznałem, że nie ma sensu jechać do domu i oglądać Tour w telewizji – wspomina Delgado. Ukończył Tour na trzecim miejscu. Trzy i pół minuty za LeMondem.

To było ostatnie podium Perico w Tour de France. Później był jeszcze drugi i dwukrotnie trzeci w Vuelcie. W hiszpańskim wyścigu zaczął dominować Tony Rominger, a we francuskim – Miguel Indurain. Delgado coraz częściej był jego pomocnikiem. Wielu Hiszpanów przekonuje jednak, że choć Indurain zdobył więcej tytułów, to Perico zdobył serca rodaków. – Miguel był prawie perfekcyjny. Ja miałem swoje problemy. Tak jak każdy Hiszpan, miałem wzloty i upadki. Dlatego ludzie dostrzegali we mnie cząstkę siebie – wyjaśnia Delgado, dziś komentator w hiszpańskiej telewizji.

* Pisząc artykuł, korzystałem ze strony Pedro Delgado, a także artykuł El Pais, The Guardian, Cycling Tips, Cycling Weekly, Podium Cafe i Peloton Magazine.

Sebastian Torzewski

To Top