Polska

Kolarz, który mógł zostać judoką. Przemysław Niemiec kończy 40 lat

Przemysław Niemiec
Przemysław Niemiec / fot. Lang Team

11 kwietnia dokładnie 40 lat skończył Przemysław Niemiec – szósty kolarz Giro d’Italia 2013, zwycięzca etapowy podczas Vuelta a Espana rok później i jeden z naszych najlepszych kolarzy ostatnich dekad, który mógł zostać… judoką.

Jako dziecko urodzony w Oświęcimiu, lecz mieszkający w nieodległych Pisarzowicach Przemek próbował wielu sportów. W jego życiu pojawiała się piłka nożna i lekkoatletyka, lecz o wiele poważniejsza była przygoda z judo, które trenował aż przez cztery lata. Kolarstwo trenować zaczął stosunkowo późno, bo dopiero po 14. urodzinach. W dodatku, wcale nie pałał miłością do tego sportu, a jeździć zaczął tylko dlatego, że… spodobał mu się rower kolegi, trenującego w Sokole Kęty. Bardzo chciał mieć podobny, więc ubłagał rodziców o zgodę na zapisanie do klubu i jak się okazało, był to początek pięknej przygody.

W niewielkim klubie występował przez pięć sezonów, aż do 1998 roku. Kiedy skończył wiek juniora, przeniósł się do policyjnego Weltouru. Spędził tam jednak tylko kilka miesięcy, bo na skutek wewnętrznych nieporozumień przeniósł się do Mikomaksu Łódź, z którym jako 19-latek sięgnął po medal drużynowych mistrzostw Polski. Niedługo później rozpoczął się nowy, włoski etap jego długiej kariery.

W 1999 roku, jeszcze jako kolarz Weltouru Niemiec wystartował w etapowym wyścigu 4 Asy Fiata, który ukończył na znakomitym, piątym miejscu. Bezpośrednio po tej imprezie “klepnięty” został jego kontrakt z mającą wtedy amatorski status ekipą Panna-Miche, której barw bronili m.in. bracia Seweryn i Sławomir Kohut. To razem z nimi początkowo mieszkał i dzięki temu “lądowanie” na zupełnie nowej ziemi nie było zbyt twarde.

Wyjazd do Italii był mimo wszystko skokiem na głęboką wodę. Rzadko wracał do kraju i musiał przystosować się do zupełnie nowych obciążeń – sezon zaczynał się bowiem już w lutym, co dla polskich zawodników, przyzwyczajonych do inauguracji dwa miesiące później było zawsze niemałym szokiem. Kontakt z domem miał dzięki sporadycznym (bo kosztownym) telefonom i… listom, które na przełomie wieków wciąż były “na czasie”.

Sezony 2000 i 2001 to ciągły progres, pierwsze zwycięstwa, a w efekcie – profesjonalna umowa z Amore&Vita – grupą, której nazwę, tu ciekawostka, wymyślił… Jan Paweł II. Był jednym z najmłodszych zawodowców w całych Włoszech, a razem z nim na ten szczebel wkraczali między innymi Damiano Cunego – późniejszy triumfator Giro d’Italia czy Jarosław Popowycz, świeżo upieczony mistrz świata kategorii U-23.

Na pierwsze zawodowe zwycięstwo Niemiec poczekać musiał jednak do 2004 roku. Wtedy, już jako kolarz Miche – grupy, w której spędził kolejne siedem lat okazał się najlepszy w GP Citta di Rio Saliceto e Correggio. Jak wspominał, pozostała mu po tym triumfie bardzo rzadka pamiątka – zdjęcie na finiszu bez założonego kasku. Wtedy przepisy dopuszczały bowiem ich zdejmowanie na dłuższych podjazdach. Triumf ten i kilka innych, dobrych wyników sprawiły, że renoma Polaka na Półwyspie Apenińskim nieustannie rosła.

Umocniło ją zwycięstwo na premierowym etapie Giro del Trentino rok później. Na deszczowym etapie, walcząc z największymi gwiazdami ówczesnego kolarstwa zaatakował kilometr przed metą, dowożąc prowadzenie do samego finiszu. Niedługo po tym wydarzeniu okazał się najlepszy w klasyfikacji generalnej Tour de Slovenie, a ręce po niego wyciągnęła ekipa Lampre, z którą po wielu perturbacjach zdołał związać się dopiero przed sezonem 2011.

Długa przygoda z Miche okazała się ostatecznie… odrobinę zbyt długą. Wkraczając w najlepszy dla kolarza wiek Niemiec jeździł bowiem w ekipie zaledwie licencji kontynentalnej i zamiast regularnie rywalizować w najbardziej prestiżowych wyścigach męczył się, startując głównie we Włoszech. Po sezonie 2010 podjął z resztą decyzję, że albo zmieni grupę, albo zakończy karierę. Na szczęście, udało się dołączyć do formacji Giuseppe Saronniego.

W niej wreszcie (miał już przecież 30 lat) wypłynął na szerokie wody. W 2011 roku zaliczył debiut w Grand Tourze, pojawiając się na starcie Giro d’Italia. Z roku na rok oswajał się z rywalizacją na zupełnie innym niż dotychczas poziomie, szczyt formy uzyskując w sezonach 2013-2014. Pierwszy z wymienionych to – nie bójmy się tego powiedzieć – miejsce w szerokiej, światowej czołówce. Lokaty w czołowej “10” Tirreno-Adriatico (9.), Volta a Catalunya (7.) czy Giro del Trentino (6.) były jednak dopiero preludium do absolutnie znakomitego występu w Corsa Rosa, gdzie jako pomocnik Michele Scarponiego zajął szóste miejsce.

Polskich kibiców irytował wtedy fakt, że Niemiec, wyraźnie silniejszy na podjazdach od Włocha musiał oferować mu swoją pomoc zamiast walczyć na własne konto. On sam w ogóle nie myślał jednak w tych kategoriach. “Nie miałem wyrzutów sumienia. Dla mnie to i tak był wynik życia, poza tym pokazałem, że mogę być użyteczny dla ekipy, co zaowocowało kolejnym kontraktem” – wspominał. Rok później z kolei odniósł kolejny, wielki sukces, wygrywając etap Vuelta a Espana z metą na podjeździe do Lagos de Covadonga. Niedługo po tym sukcesie przyłożył rękę do mistrzostwa świata Michała Kwiatkowskiego, będąc częścią drużyny, która w Ponferradzie w stu procentach kontrolowała przebieg wydarzeń. Za wyczyn ten uhonorowany został Brązowym Krzyżem Zasługi.

Ostatnie, trzynaste zawodowe zwycięstwo Niemiec odniósł w 2016 roku, na etapie Tour of Turkey. Dwa lata później, w tym samym wyścigu uroczyście zakończył zawodową karierę. Jak mówił, gwałtowne zmiany we współczesnym kolarstwie i nieustanna pogoń za wynikiem nie były już dla niego.

Po zakończeniu kariery “bezrobotnym” był przez zaledwie kilka miesięcy. Już w marcu 2019 roku został oficjalnie zaprezentowany jako pracownik Lang Teamu i zajął się przygotowaniem trasy Tour de Pologne. Poza tym współpracuje z firmą Trek i organizuje wyjazdy dla amatorów.

(fot. Lang Team)

To Top