Polska

Sylwester Szmyd – „Ostatni Pomocnik” Marco Pantaniego

Sylwester Szmyd

Szesnaście lat zawodowej kariery, triumf na szczycie Mont Ventoux i miano jednego z najlepszych pomocników XXI wieku – Sylwester Szmyd przez lata był polskim „rodzynkiem”, którego oglądać mogliśmy w najważniejszych wyścigach świata. Po zakończeniu kariery stał się cenionym trenerem, prowadzącym między innymi Petera Sagana. Jak wspomina lata startów jako zawodnik? Co dawało mu największą satysfakcję i dlaczego za wzór stawiał go sam Marco Pantani?

Rozmawiał Tomasz Czernich

Starsi stażem fani kolarstwa doskonale znają Pańskie sukcesy, jednak tym młodszym warto przypomnieć, że przez lata to właśnie na Pana barkach spoczywała odpowiedzialność za niemal całe polskie, zawodowe kolarstwo. Jak zaczęła się przygoda z tym sportem?

– Zacząłem jeździć na rowerze mając 10 lat, w barwach Rometu Bydgoszcz, którego barw broniłem aż do wyjazdu do Italii, niecałą dekadę później.

Do Włoch pojechał Pan w drugim roku młodzieżowca, mając niespełna 19 lat. Na przełomie wieków codzienne życie i kontakty z rodziną wyglądały zapewne zupełnie odmiennie niż teraz.

– Teraz już nawet nie chcę „edukować” młodych kolarzy ale pamiętam, że dawniej, kiedy jeszcze byłem zawodowcem to trochę im „cisnąłem”. Śmiałem się, gdy zaczynali narzekać, że będą musieli wyjechać z domu na miesiąc czy dwa. Mówiłem im, że to, o co walczą warte jest poświęceń. Nawet, jeżeli nie uda im się zostać zawodowcami to zawsze zobaczą kawał świata, może poznają jakiś język… Poza tym – aby móc liczyć się w świecie, jeszcze niedawno po prostu trzeba było wyjechać. Pokazać można się było wyłącznie za granicą.

A jak początki na Półwyspie Apenińskim wyglądały w Pana przypadku?

Teraz mamy Skype czy WhatsAppa przez które można rozmawiać, a dawniej… nic. Kiedy ja wyjechałem do Włoch, na rynku dopiero pojawiały się telefony komórkowe, a wraz z nimi – SMS-y. 160 znaków, można było coś napisać a nie „bulić” za minuty. Ja swojego dorobiłem się jednak dopiero w drugim roku we Włoszech. Podczas pierwszego dzwoniłem do rodziców raz w tygodniu, w niedzielę za kartę wartą 5000 lirów (według ówczesnego kursu – około 2,5 euro – przyp.red.) która wystarczała na 3 minuty z hakiem. Taki był kontakt z rodzicami i było to normalne. Nie było internetu, komputera nie miałem bo nie był mi potrzebny. Nie odbierała też polska telewizja, więc oglądałem włoską dzięki czemu szybko nauczyłem się języka.

W tamtych czasach do ojczyzny wracałem dwa razy do roku. W czerwcu – przy okazji mistrzostw Polski i potem po sezonie. Miałem od szefa budżet „wyjazdowy” 600 000 lirów, czyli przeliczając – około 300-350 euro. Głównie jeździłem autobusem, a podróż do kraju zajmowała 30 godzin.

Nie było lekko, ale paradoksalnie – wtedy może nawet łatwiej było być kolarzem? Wszelkich „rozpraszaczy” było dużo mniej niż obecnie. Poza rowerem dosłownie nie było nic do roboty.

W trakcie swojej długiej i bogatej kariery reprezentował Pan barwy m.in. Mercatone Uno, Liquigasu czy Movistaru. Który okres wspomina Pan najlepiej?

Patrząc pod kątem wyników – trudno gdybać, bo rzadko wygrywałem, a skupiałem się na roli pomocnika. Był taki okres, w którym całkiem nieźle mi to wychodziło i myślę, najcieplej wspominam lata spędzone w Liquigasie. To w barwach tej ekipy odniosłem jedyne zawodowe zwycięstwo – podczas Criterium du Dauphine, na Mont Ventoux. Paradoksalnie wydaje mi się jednak, że lepiej pojechałem w tym wyścigu rok później, na etapie z metą w Alpe d’Huez, gdzie zająłem trzecie miejsce. Wracając pamięcią dochodzę do wniosku, że chciałbym cofnąć czas i lepiej rozegrać końcówkę tamtego odcinka, bo „noga” na zwycięstwo była.

Triumf Sylwestra Szmyda na Mont Ventoux opisany w “La Gazzetta dello Sport”, źr. sylwesterszmyd.pl

Dobrze wspominam jednak i wiele innych wyścigów, choćby Vuelta a Espana 2009 – niesamowity dla mnie Grand Tour w trakcie którego dosłownie „robiłem, co chciałem”. Pamiętam, że Michele Ferrari na swoim blogu, analizując czasy i moc osiąganą przez kolarzy na kluczowych podjazdach tamtej imprezy zaznaczał, że większość z nich wykręcili tak naprawdę nie liderzy drużyn, ale pomocnik – Szmyd. Dawało mi to wielką satysfakcję.

Poza tym wszystkim – takiej ekipy, jak w Liquigasie właśnie nie miałem nigdy wcześniej ani później. Wszędzie tworzyły się jakieś grupki, podziały, a tam wszyscy byliśmy jak jedna rodzina. To były piękne cztery lata.

U progu swojej kariery, w sezonie 2003 wystartował Pan jako kolarz Mercatone Uno w Giro d’Italia, stając u boku samego Marco Pantaniego. „Pirat” dał się dobrze zapamiętać?

To był jego ostatni wyścig w karierze. Zawsze z przekąsem mówiłem że jestem „ostatnim pomocnikiem Pantaniego”, bo jechałem z nim jego ostatni wyścig, a z całej ówczesnej ekipy moja kariera trwała najdłużej. Już wtedy miałem świadomość, że jeżdżę z żyjącym mitem. To było coś niesamowitego, sceny jak z filmów.

Po etapach nigdy nie musiałem szukać naszego kampera, bo to było oczywiste – stał tam, gdzie kłębią się największe tłumy. Kiedy szliśmy podpisać listę startową, to Gilberto Simoni, lider wyścigu i późniejszy jego zwycięzca przemykał gdzieś bokiem, a cała uwaga skupiona była na Marco. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.

Co do samych startów z nim – w 2003 roku jechaliśmy razem wszystkie wyścigi. Wspominam to miło, bo jeździć z kimś takim jak Pantani dla mnie, tak młodego kolarza było czymś niebywałym. Pamiętam, że zazwyczaj był bardzo wyluzowany. Najmniej „gwiazdorzył” z wszystkich asów kolarstwa, z którymi jeździłem. Poza trasą wszystko zawsze mu odpowiadało, niczego nie narzucał. Na wyścigach bywał wymagający, to fakt. Zawsze trzeba było być tam, gdzie sobie zażyczył.

Pamiętam, że po pierwszym górskim finiszu na Terminillo pochwalił mnie, bo zostałem z nim do samego końca. Ochrzan zebrali za to wszyscy starsi górale, którym stawiał mnie za wzór. Był bardzo życzliwy. Pamiętam, jak na mecie Giro w Mediolanie spytałem go, co z kolejnym sezonem, czy będę mógł liczyć na przedłużenie umowy z Mercatone Uno, czy ekipa dalej będzie istnieć. Powiedział mi krótko: „Będę ja to będzie i drużyna”. Wyszło inaczej…

Jak wiele dał Panu tamten sezon?

Wiele. Bardzo miło go wspominam. Pokazałem się u boku legendy, co procentowało na późniejszym etapie kariery. Zaraz po Giro d’Italia podpisałem przecież umowę z Saeco – prawdziwym „dream teamem”, który teraz można byłoby chyba porównać do Team Ineos. Pamiętam, że gdy zadzwonił do mnie menedżer i powiedział o ofercie z tej grupy to nie mogłem uwierzyć. Pytałem, czy na pewno wykręcił dobry numer.

Numer był właściwy, a Pańska kariera – bardzo bogata. Teraz pisze Pan jednak kolejny jej rozdział, już w barwach BORA-hansgrohe, gdzie pracuje między innymi z Peterem Saganem. Jak zawiązała się Wasza przyjaźń?

Musimy po raz kolejny cofnąć się w czasie, do moich występów w barwach Liquigasu i sezonu 2010. Wtedy dołączył do grupy Sagan, a z Polaków byli Maciej Bodnar, Maciej Paterski i ja. Peter nie mówił po Włosku, za to nasz język rozumiał, dzięki czemu złapaliśmy kontakt. Kiedy przeprowadził się na Lazurowe Wybrzeże, a ja w międzyczasie przeniosłem się do Movistaru, nadal wspólnie trenowaliśmy. W ten sposób zawiązała się przyjaźń, która z czasem ewoluowała w relację trener-zawodnik.

Oczywiście, nie stało się tak od razu po zakończeniu przeze mnie kariery w 2016 roku. Już wcześniej jednak zacząłem tak kierować swoim życiem, by po tym, jak rozstanę się z rowerem stać się „coachem”. Nie stereotypowym trenerem, zajmującym się wyłącznie tabelkami, ale kimś więcej – patrzącym szerzej, na wszystkie aspekty kolarstwa. Uświadamiać zawodnikom, że do wypracowania topowej formy nie wystarczy sam trening.

Skończyłem studia, potem zrobiłem kurs trenerski UCI… jeszcze wcześniej, w czasach Movistaru ukończyłem kurs na dyrektora sportowego i to także bardzo mi się przydało. Koniec końców – trafiłem do BORA-hansgrohe i osiadłem w tej ekipie na dłużej.

Technicznie rzecz biorąc jest pan w Borze trenerem, ale w 2019 roku sporo wyścigów przejechał właśnie jako dyrektor sportowy – między innymi hiszpańską Vueltę. Wspominał Pan, że bardzo to Panu pomogło w pracy „coacha”.

Już przychodząc do Bory zaznaczyłem, że mam uprawnienia w tym kierunku i jeżeli będzie możliwość, chciałbym jeździć. Wiadomo, skupiać chciałem się na swojej pracy, ale widząc zawodnika przed wyścigiem, w trakcie, po jego zakończeniu w zasadzie nie trzeba zaglądać do plików by wiedzieć, co trzeba poprawić i w jakiej jest dyspozycji.

I to faktycznie działa?

Nie w każdym przypadku, ale jest wielu takich kolarzy. Przykładem może być Rafał Majka. Nie pracuję z nim, ale u niego ewidentnie widać. To, w jakim jest nastroju, jak mówi przed wyścigiem jasno pokazuje jaką ma nogę. Czy czuje się przygotowany, czy ma dobry dzień. Nie trzeba zaglądać do pomiaru mocy by wiedzieć, czy będzie w gronie najlepszych. Peter Sagan jest z kolei przeciwieństwem. Jego ciężko rozgryźć.

Biografia Petera zaczyna się od opisu wyścigu po mistrzostwo świata w Bergen. Opowiadał, że przed startem czuł się tragicznie i pożegnał się z mistrzowską koszulką. To przykład tego, jak trudno jest rozczytać, na co go stać?

Tam akurat miał problem ze zdrowiem, w czwartek przed wyścigiem się zatruł, a ja razem z nim. Zjedliśmy coś złego na treningu. Ja nawet nie poleciałem do Bergen, on mimo gorączki i wymiotów wygrał. Do tej pory nie wiem jak to zrobił, bo przecież widziałem w jakim był stanie, poza tym – po problemach żołądkowych potrzeba kilku dni, by wrócić do pełni sił. To, że sięgnął po złoto i dla mnie było szokiem.

Rok wcześniej, w Katarze mówił za to w trakcie wyścigu, żeby rozprowadzać na finiszu nie jego, a Michaela Kolara. Nie wiadomo, co mu wtedy przyszło do głowy, ale koniec końców – przecież to on był najlepszy.

Prowadzi Pan teraz sześciu zawodników BORA-hansgrohe. W jakim stopniu w obliczu przerwania sezonu praca jako trenera się zmieniła? Jak zmieniło się podejście zawodników?

Musimy zacząć gdybanie. Nikt nie wie przecież, jak będzie, kiedy znowu będziemy się ścigać. Nie ułatwia to pracy ani nam, ani kolarzom. Ciężko z nimi nawet teraz rozmawiać, dałem im czas na złapanie oddechu. Do Tour de France, jeżeli odbędzie się w terminie mamy ponad dwa miesiące. Nie ma sensu naciskać na to, by na siłę teraz trenować. Większość moich podopiecznych miało przygotowany szczyt formy na wyścigi klasyczne. Jak teraz odpoczną, to nic im się nie stanie, a wręcz przeciwnie. Złapiemy trochę oddechu.

Jak reagują na całe zamieszanie kolarze?

Wszyscy są spokojni. Jasne, morale na chwilę „siadły”, ale to naturalne, bo jeżeli po długich treningach i wyrzeczeniach, mając świadomość swojej formy wychodzi taka sytuacja to nie działa to dobrze. Nie ukrywam, że i ja nie mogłem się doczekać wyścigów bo widziałem, że moi podopieczni dobrze „kręcą”, byłem z nich zadowolony.

Kiedy to wszystko się skończy, powrót do ścigania nie będzie jednak łatwy. Część zawodników nie może normalnie ćwiczyć, więc będzie mieć gigantyczną „dziurę” w treningach. Ten sezon na pewno będzie inny, dziwny.

UCI wciąż nie ustaliła kalendarza na dalszą część 2020 roku. Gdyby mógł Pan wybierać, jak ułożyłby kalendarz?

Jeżeli sezon zacznie się od „Wielkiej Pętli”, to najlepiej byłoby, gdyby klasyki odbyły się zaraz po nim, bo Grand Tour daje „nogę”, której nie przygotuje się na żadnym treningu. Każdy, kto przejedzie Tour będzie w lepszej formie niż ten, kto tego nie zrobi. To jednak „gdybanie”. Oby wszystko wróciło jak najszybciej, a potem postaramy się to poukładać. Póki co – w ogóle się nad tym nie zastanawiałem.

To Top