Felietony

Przyszłość zaczęła się już dziś. Wirtualne kolarstwo przestaje być fanaberią

Zamrożenie światowego kalendarza spowodowane epidemią koronawirusa sprawiło, że ściganie na trenażerach z nierozumianego przez wielu kaprysu stało się generującym wielkie zainteresowanie show. Czy możemy mieć do czynienia z narodzinami nowej gałęzi kolarstwa?

Taki wniosek może się wydawać na pierwszy rzut oka absurdalny, lecz liczby za nim przemawiające nie kłamią. Niedzielną, wirtualną edycję Ronde van Vlaanderen (32 ostatnie kilometry trasy pokonywane przez 13 czołowych zawodników, m.in. Remco Evenepoela i Grega Van Avermaeta) w samej tylko Flandrii oglądało na żywo, w telewizji “Sporza” 600 tysięcy osób. To 10% ogółu mieszkańców. Wydarzenie transmitowało również kilka kanałów YouTube, a nawet – Eurosport, gdzie ściganie okraszone było komentarzem Dariusza Baranowskiego i Adama Probosza.

A to przecież nie wszystko. Grupy kolarskie przy współpracy z wirtualnymi platformami (Zwift, BKOOL) organizują regularnie przejażdżki, podczas których swoich sił ramię w ramię z zawodowcami spróbować mogą totalni amatorzy. Dla przykładu, już w niedzielę taki wspólny start organizuje Team Ineos, w barwach którego pojadą m.in. Michał Kwiatkowski czy Christopher Froome. Pośrednio o rosnącym znaczeniu takiej gałęzi naszego sportu świadczyć może również fakt, że w ostatnim czasie żywo zainteresował się nią RedBull który, jak dobrze wiemy, doskonale “czuje” światowe trendy.

Wielu jest jednocześnie takich, którzy “boom” wirtualnego, kolarskiego świata usprawiedliwiają aktualnym zamrożeniem kalendarza i faktem, że ludzie sięgają po nie jedynie “z braku laku”. W ślad za nimi idzie kilku zawodowych kolarzy (m.in. Tiesj Benoot czy Elia Viviani) którzy mówią, że dla nich ta forma zmagań mogłaby nie istnieć. Jako powód nie wskazują oni jednak niedogodności wynikających z jazdy w zamkniętej przestrzeni, a brak fanów, bez których ściganie nie jest już tym samym.

Muszę przyznać, że początkowo i ja do sprawy podchodziłem z bardzo dużym sceptycyzmem. No bo cóż może być takiego w oglądaniu kilkunastu kolarzy w ich własnych domach oraz ich zmagań, przypominających najnowsze odsłony Pro Cycling Managera? Szybko zdałem sobie jednak sprawę, że podobne dylematy ma większość ludzi “z góry” uprzedzona do wszelkich rozgrywek esportowych. Do sprawy podszedłem z “czystą głową” i… cholera, to ma sens.

Po pierwsze – rywalizacja w cyfrowym wydaniu różni się od klasycznych wyścigów szosowych. Tutaj kolarze nie przejeżdżają dwustu (a czasem więcej) kilometrów, przez 3/4 dystansu rozgrywając przy okazji partię szachów z uciekinierami. Wspomniana “Flandryjska Piękność” liczyła tylko 32 kilometry i w zasadzie odpowiadała (naturalnie – w sporym uproszczeniu) wyłącznie finałowej rozgrywce faworytów, którą moglibyśmy oglądać na “materialnym” bruku. Krótsza, przez co bardziej nafaszerowana emocjami odsłona trzymała w napięciu od startu do mety.

Po drugie (częściowo wynikające z pierwszego) – krótka forma rywalizacji jest atrakcyjna pod kątem transmisji, zarówno tych telewizyjnych, jak i internetowych. Dla tych pierwszych – ponieważ łatwiej ująć ją w ramówce (wyścigi szosowe potrafią mieć w swojej rozpisce kilkadziesiąt minut różnicy w godzinie finiszu w zależności od średniej prędkości), dla drugich – gdyż dzięki temu łatwiej jest przyciągnąć i zaangażować odbiorcę, który wybór ma przecież znacznie szerszy niż nawet kilkaset kanałów TV.

Po trzecie – wirtualne ściganie otwiera nowe rynki. Statystyczny fan kolarstwa to mężczyzna w wieku 25-40 lat. Tych młodszych, a już zwłaszcza poniżej 18. roku życia jest stosunkowo niewielu gdyż “tradycyjna”, szosowa konwencja kojarzy się im wyłącznie z kilkugodzinną jazdą dla kilku minut emocji. Skondensowana, dynamiczna a przede wszystkim – wirtualna (więc budująca pozytywne skojarzenia) może ich skłonić do tego, by “wsiąknąć” w kolarstwo i zostać z nim na dłużej.

Można jeszcze wspomnieć o zyskach dla sponsorów, producentów nowych gadżetów czy nawet samych grup kolarskich – bo przecież nie jest wykluczone, że z czasem za ściganie wirtualne otrzymywać będzie się mocno namacalne nagrody. Wyliczanka jest długa i całkiem możliwe, że nawet, gdy wrócą tradycyjne zmagania na szosie, gałąź wirtualna pozostanie przy życiu. Kto wie, być może jako zimowe zmagania “na przetarcie”? A może pójdziemy jeszcze dalej i spośród aktualnych amatorów wyłoni się grupa “specjalistów”, ogniskujących zainteresowanie wirtualnymi zmaganiami?

Na odpowiedź przyjdzie nam poczekać, ale pewne jest jedno: E-kolarstwu trzeba się bacznie przyglądać już teraz.

To Top