Świat

(Nie)święty z Rwandy. Od “świerszczyków” wolał Biblię, wpadł na molestowaniu

Jonathan Boyer
Jonathan Boyer / Rising From Ashes

Zapisał się w historii, jako pierwszy Amerykanin na trasie Tour de France. Zasłynął mocno niecodziennym stylem bycia, a od popularnych „świerszczyków” wolał lekturę Biblii. Po zakończeniu zawodowej kariery wyjechał do Rwandy, stając się ojcem chrzestnym tamtejszego kolarstwa. Oto Jonathan Boyer – człowiek, który mimo swoich zasług świętym nazywany być nie może.

Początki

64-letni obecnie Boyer przyszedł na świat w liczącym zaledwie pięć tysięcy mieszkańców Moab, położonym w stanie Utah. Miasteczko cieszy się w Stanach dość dużą sławą, przede wszystkim z uwagi na bliskość parku narodowego Arches oraz faktu, że jego okolice były swego czasu ulubionym plenerem filmowym twórców westernów. Swój najbardziej dynamiczny rozwój zawdzięczało jednak nie aspektowi turystycznemu, a odkryciu pod koniec lat 50-tych gigantycznych złóż uranu, które ściągnęły doń kilka tysięcy górników.

Najmłodszy z trójki rodzeństwa spędził jednak w niewielkim miasteczku zaledwie sześć lat. W 1961 roku rodzina przeprowadziła się bowiem do położonego na kalifornijskim wybrzeżu Monterey. To właśnie tam Jonathan po raz pierwszy zainteresował się rowerem. Pod skrzydłami swojego sąsiada, Sama Hopkinsa i lokalnego restauratora – Remo d’Agliano stawiał pierwsze kroki, występując w amatorskich wyścigach. Jak nietrudno się domyślić – przeważnie je wygrywał, a to budziło myśli o tym, by kolarstwem zająć się „na poważnie”. Ponieważ jednak sport ten dopiero u Jankesów raczkował, wyjście było tylko jedno – wyjazd do Europy. Jako 18-latek kupił więc bilet na samolot do Paryża, otwierając w swoim życiu nowy rozdział.

Europejska atrakcja

Pierwsze cztery lata w Europie nie należały do łatwych. Boyer zakotwiczył co prawda na francuskim szczeblu amatorskim, lecz życie „na walizkach” w ekipach dysponujących symbolicznym budżetem nie należało do łatwych. Jak sam opisywał, „sypiał w hotelach, w których woda pachniała moczem”. To był czas próby, który Amerykanin zdołał jednak przetrwać. Po blisko czterech sezonach w końcu zdołał wywalczyć sobie zawodowy kontrakt, trafiając do LeJeune BP – ekipy, w której występował wówczas sam Lucien Van Impe, świeżo upieczony triumfator Tour de France 1976.

Boyer w czasach kariery zawodniczej

Jako świeżo upieczony „Pros” Jankes był nie lada atrakcją. Głównie z uwagi na swoje pochodzenie – kolarstwo w Stanach Zjednoczonych, jak już wspominałem, raczkowało, więc wywodzący się z tego kraju zawodnik pozostawał wielką zagadką. Bo skoro dumny naród zza oceanu oddelegował w końcu swojego przedstawiciela do Europy, to musi to być prawdziwa bomba, prawda?

No cóż, nie do końca. Boyer co prawda był pierwszym Jankesem w historii „Wielkiej Pętli” i wyróżniającym się zawodnikiem, potrafił nawet ukończyć Tour de France na 12. miejscu w klasyfikacji generalnej (w 1983 roku), lecz nigdy nie stał się kolarzem z absolutnego topu. Bardziej, niż jego wyniki w pamięci zapadł nietypowy styl życia. Przez kolegów z peletonu uznawany był bowiem za lekkiego dziwaka. Podczas, gdy po etapach wyścigów ci raczyli się wielkimi porcjami mięsa, on wybierał orzechy i owoce, których zawsze woził ze sobą na wyścigi gigantyczne ilości. Nie był też przesadnie skory do rozrywek. Kiedy podczas Tour de France w 1981 roku jeden z zawodników zaproponował mu „dla rozerwania” przejrzenie „świerszczyków” ten zdecydowanie odmówił argumentując, że… woli poczytać Biblię.

Wszystko w gruzach

Zawodową karierę zakończył w 1987 roku. Poczucie pustki, związanej z opuszczeniem profesjonalnego peletonu rekompensował sobie handlując częściami rowerowymi. Po zaledwie pięciu latach (w 1992) został jednak oszukany przez ówczesnego partnera i zmuszony do powrotu do Stanów Zjednoczonych, gdzie już mało kto o nim pamiętał. W międzyczasie na kolarskiej scenie pojawił się bowiem Greg LeMond, triumfator Tour de France i osobowość niezwykle charyzmatyczna – istne przeciwieństwo Boyera. Mimo to w stronach, w których się wychował udało mu się znaleźć spokój i sens życia. Tak przynajmniej mogło się wydawać. W 1997 roku wziął ślub, a niedługo później trafił do galerii sław amerykańskiego kolarstwa, co przyniosło mu większy rozgłos.

Budowany latami wizerunek ascety i perfekcjonisty legł w gruzach na początki XXI wieku, kiedy to Jonathan został aresztowany pod zarzutem molestowania nieletniej dziewczynki. Sąd skazał go na dwadzieścia lat więzienia, zamienione później na pięć. Po zaledwie rocznej odsiadce zyskał jednak łaskę temidy, która uznała go za „niewielkie zagrożenie i znakomity obiekt do resocjalizacji”. Został wypuszczony w lipcu 2003 roku. Wydawać się mogło, że ujawnienie tak szokujących faktów wyśle go na śmietnik historii. Paradoksalnie, najbardziej chlubny rozdział jego życia nie zaczął się jeszcze wtedy nawet pisać.

Odkupienie

Boyer po raz pierwszy w Rwandzie pojawił się w 2006 roku, przy okazji organizacji wyścigu Mountain Bike Classic. Kraj ten miał za sobą brutalną wojnę domową i ludobójstwo, którego na osobach pochodzenia Tutsi dokonywali ekstremiści szczepu Tutu. Szacuje się, że kosztowało ono życie nawet miliona ludzi, którzy zginęli w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Mimo faktu, że cała Rwanda była w zasadzie „spaloną ziemią”, Amerykanin dostrzegł w tamtejszej ludności potencjał i postanowił pomagać miejscowym talentom. Początkowo miał to robić przez zaledwie trzy miesiące, lecz po uzyskaniu rządowego wsparcia zdecydował, by pozostać na dłużej.

W trakcie swojej pracy zbudował „Team Rwanda”. Angażując młodych, utalentowanych zawodników położył podwaliny pod rozwój rwandyjskiego kolarstwa. Wykorzystując swoje kontakty, sprowadził sponsorów ze Stanów Zjednoczonych dbając nie tylko o swoich bezpośrednich podopiecznych, ale i o lokalną ludność. Przykład? Jego przyjaciel z dzieciństwa, Tom Ritchey dostarczył lokalnym plantatorom kawy specjalnie skonstruowane rowery, umożliwiające przewożenie nasion.

Działania Boyera pierwszy, wymierny efekt przyniosły już w 2009 roku, kiedy to między innymi dzięki jego staraniom powołany został do życia wyścig Tour du Rwanda. Już w premierowej jego edycji trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej zajął Adrien Niyonshuti, wychowanek Jankesa, który miał wtedy zaledwie 22 lata. Trzy lata później to właśnie on napisał historię rwandyjskiego kolarstwa, startując w kolarstwie górskim na igrzyskach olimpijskich w Londynie.

W ciągu dekady kolarstwo stało się w Rwandzie jedną z najpopularniejszych dyscyplin sportu, zaś Tour de Rwanda – najważniejszym, obok Tropicale Amissa Bongo wyścigiem na Czarnym Lądzie. Ikoniczne są obrazki, pokazujące tłumy zgromadzone przy trasie imprezy. Swego czasu pojawiały się nawet informacje, że kraj zorganizować może w 2025 roku mistrzostwa świata. Gdyby tak się stało, historia Boyera spięta zostałaby piękną klamrą. Czy jednak do tego dojdzie – nie wiadomo. W grudniu ubiegłego roku zrezygnował on bowiem z roli trenera kadry narodowej, ujawniając jednocześnie masę nadużyć, jakich dopuszczali się działacze rwandyjskiej federacji. Jego informacje doprowadziły do prawdziwego trzęsienia ziemi i rządowego dochodzenia.

Czy przyniesie ono oczyszczenie – to pokaże czas.

Trailer filmu dokumentalnego “Rising from Ashes” opowiadającego o działalności Boyera w Rwandzie
To Top