Bez kategorii

Kurierem na igrzyska

Nelson Vails

Mówi się, że tylko jeśli sport jest twoją pasją, możesz zostać prawdziwym mistrzem. Zapewne to prawda, choć czasem, jak w przypadku Nelsona Vailsa, pasja rodzi się dopiero z czasem. Pierwsza jest chęć zarobienia pieniędzy na życie.

W czasach epidemii, kiedy niemal wszyscy jesteśmy zamknięci w swoich czterech ścianach, warto docenić ludzi dostarczających nam jedzenie, zakupy czy prasę. Każdy z nich na swoich barkach ma obecnie dodatkowy bagaż, który nie znika nawet po dostarczeniu wszystkich przesyłek. Większość z nich robi to, żeby utrzymać siebie i swoją rodzinę, niektórzy jeżdżą skuterami, inni autami, a jeszcze inni na rowerach. Dziś szczególnie o tej ostatniej grupie.

Mówi się, że jeśli coś uda ci się w Nowym Jorku, uda się wszędzie. To miasto, w którym spełniasz marzenia. Niekoniecznie jednak taka perspektywa towarzyszy czarnoskórym dzieciakom z wielodzietnych rodzin, które zamiast o spełnianiu marzeń, muszą myśleć o tym, by zarobić pieniądze na przeżycie. Właśnie w takich warunkach, wraz z dziewiątką rodzeństwa, dorastał pierwszy Afroamerykanin, który zdobył medal olimpijski w kolarstwie Nelson Vails.

Jego rodzina, jak wiele innych w latach 70-tych, była uboga, a dziesiątka dzieciaków na utrzymaniu sprawiała, że trudno było im związać koniec z końcem. Afroamerykanie nie mieli wielkiego wyboru, jeśli chodzi o pracę, a niestety znaczna część wybierała drogę drobnych, a z czasem coraz większych przestępstw. Nasz bohater postawił jednak na uczciwą pracę i zatrudnił się jako kurier rowerowy. Każdego dnia osiem godzin dziennie przemierzał ulicę Nowego Jorku, by dostarczyć wyczekiwane paczki klientom. Ot, zajęcie jak każde inne, grunt, że uczciwe i pomagające wyżywić liczną rodzinę.

Z czasem jednak zaprzyjaźniał się z rowerem coraz bardziej, a w jego głowie rodziły się pierwsze marzenia. Nigdy jednak nie miał kontaktu z treningiem kolarskim, a jazda po ulicach i dostarczanie paczek nie miały z tym wiele wspólnego. Ambitny Vails postanowił jednak dać sobie szansę i każdego dnia, po ośmiu godzinach pracy jechał do Central Parku, gdzie wykręcał kolejne kilometry. Wracał do domu, jadł, kładł się spać i znów wsiadał na rower. Osiem godzin dla pieniędzy, reszta dla pasji. „Eat, sleep, bike, repeat!”.

Zaczął pojawiać się na zawodach dla amatorów na welodromach w swoim mieście i tam wypatrzyli go ludzie z narodowej kadry USA. To był dla Vailsa dar od losu. W wieku 20 lat po raz pierwszy zetknął się z prawdziwymi trenerami, którzy dostrzeli jego wielki talent i dali mu sposobność postawienia na kolarstwo. Nowojorczyk przeprowadził się do Kolorado, gdzie mógł trenować z drużyną i rozpocząć walkę o swoje marzenia.

Dość szybko, wykorzystując naturalny talent i lata spędzone na nowojorskich ulicach, przebił się do drużyny narodowej i zaczął wraz z Team USA podróż po całym świecie, gdzie startował w rozmaitych wyścigach na torze. Po trzech latach profesjonalnych treningów przyszedł też pierwszy duży międzynarodowy sukces. Złoty medal w igrzyskach Panamerykańskich w Wenezueli. Nieco później spełniło się też jego wielkie pragnienie, został włączony do kadry olimpijskiej na igrzyska w Los Angeles w 1984 roku.

To nie były normalne igrzyska, bowiem świat podzielony przez Zimną Wojnę nawet podczas zmagań sportowych akcentował wzajemną niechęć. W Los Angeles nie mogli zjawić się sportowcy z Bloku Wschodniego, przez co rywalizacja nie była tak zacięta, jak mogłaby być. Tym niemniej na torze emocji nie brakowało. W rywalizacji sprinterów Nelson Vails pisał nową historię całego kolarstwa. Dopingowane przez żonę, siostrę i tysiące Afroamerykanów osiągnął życiową dyspozycję, sięgając po srebrny medal igrzysk olimpijskich, ulegając tylko swojemu przyjacielowi z reprezentacji Markowi Gorskiemu. Dla całej społeczności w której się wychował, było to jednak coś więcej niż medal. Była to kolejna granica złamana przez Afroamerykanów.

Vails z miejsca został gwiazdą i błyskawicznie upomniało się o niego Hollywood. Choć początkowo odmówił, wymawiając się brakiem czasu, zaangażował się w film „Quicksilver” z Kevinem Baconem i Laurencem Fishburnem, który grał… kuriera rowerowego. Kolarz uczył go techniki jazdy, pokazywał podstawowe zachowania i tricki, które opanował przez lata na nowojorskich ulicach.

Swoją karierę kontynuował do 1990 roku, startując w rywalizacji torowców, jednak nie zbliżył się już do formy, którą osiągnął w Los Angeles. Sięgał co prawda po tytuły mistrza kraju, wygrywał międzynarodowe zawody, ale po olimpijski krążek już nie udało mu się sięgnąć. Na trwałe jednak zapisał się w historii kolarstwa, a po latach założył fundację, która w założeniu miała wychować jego następców, ułatwiając im start do kariery.

Kiedy skończył karierę, postanowił rozwijać swoją drugą pasję, jaką było podróżowanie po świecie. Wcześniej zwiedzał kolejne kraje, jeżdżąc na rowerze, teraz postawił na… samoloty. Zatrudnił się jako steward w amerykańskich liniach lotniczych i w taki sposób zwiedzał nowe miejsca. Cały czas jednak pozostawał przy kolarstwie, służąc jako doradca techniczny, czy prowadząc fundację.

Nelson Vails często podkreślał, że praca kuriera nie miała wiele wspólnego z profesjonalnym treningiem, ale była świetną bazą. I prawdziwą szkołą życia. Oczywiście w osiągnięciu sukcesu pomogła mu przede wszystkim ambicja i godziny spędzone w Central Parku, po wyrobieniu „dniówki”, ale osiem godzin jazdy każdego dnia również zrobiło „swoje”. Dlatego, kiedy następnym razem zobaczymy rowerowego posłańca, warto go docenić. Może ktoś jeszcze pojedzie drogą amerykańskiego sprintera?

To Top